Wchodzisz na tego bloga z sentymentu czy przypadkiem? :>

czwartek, 28 lutego 2013

Podsumowanie miesiąca (luty 2013)

Lawina wydarzeń to u nas już normalka :)

Odalis, Mroczny, Flame i Unriva dalej walczyli z półdemonami. Ta ostatnia, jak się okazało, wywodzi się z rodu Niebieskokrwistych, wilków, które już prawie wyginęły. Dzięki swojej niebieskiej krwi wilczycy udało się razem z swoją siostrą, Deluną, pomóc pokonać nam półdemony. Z Flame był większy problem, gdyż podobno ona sama miała w sobie drugie demoniczne ja, ale i ono zostało pokonane. Z kolei Zuko, który musiał się rozprawić ze swoim, jak się okazało, bratem Eytukanem, zwanym też Wilkiem Cienia, dowiedział się, że jestem Wilkiem Zemsty i Zniszczenia i przegonił swojego złego brata, niestety za cenę ślepoty Jacka. Kiedy już się w miarę uspokoiło, Flame spotkała człowieka, który do niej strzelił z łuku i wilczyca ledwie przeżyła. Odalis zajęła się intruzem i spokój znów chwilowo zapanował w watasze. Chwilowo, bo Victoria miała już dość swych fałszywych wizji i postanowiła się z nimi rozprawić - w tym celu wyruszyła na wyspę Balance, aby potrenować i nie mieć już problemów z wizjami. Tymczasem Flet zaczął grać i Odalis wysłała Shadow i Fever w podróż, aby zablokować portal-drzewo. Waydack przekazał Becie, że gdy to się stanie, on i jego brat nie będą mogli już przebywać w jej umyśle. Unriva zaś była niezadowolona, że nikt jej nie podziękował za pozbędzenie się półdemonów i uciekła z watahy. Navi i Mroczni zostali nowymi Gammami. Grape ukrywa jakąś tajemnicę przed Odalis, a Zuko wyruszył do Rion i jeszcze dalej, gdyż znalazł list od nieznajomego WW. Czy Marchesa wróci ze swojej wyprawy? Czy Zuko i Unriva są cali i zdrowi? Co ukrywa Grape?

Znad Wodospadu Keina pozdrawia Was Beta Odalis
wołająca już po raz trzydziesty niesforną córkę.

Od Victorii: Podróż na (tajemniczą) wyspę Balance, cz. 6

Pałac, w którym zamieszkiwał Faraon był cudowny. Po prostu zapierał dech w piersiach. Gdy minęła 21, wszyscy musieli znaleźć się w swoich legowiskach, ponieważ wszyscy słudzy i mieszkańcy musieli wstawać o 5 rano, by wykonywać rozkazy Faraona i zabrać się do pracy. Gdy słońce zaczęło wschodzić, Brandona nie było już ze mną. Zobaczyłam go obserwującego słońce. Był zdołowany i widać, że chciał jak najszybciej wrócić. Jednak nie mogliśmy zostawić wszystko i pójść, nie znaliśmy dobrze okolic i moglibyśmy zabłądzić. Podeszłam do niego i przytuliłam go, żeby go pocieszyć. Lekko się uśmiechnął, a potem znowu był smutny. Wiedziałam, że musi chodzić o coś bardzo uciążliwego, więc nie wypytywałam go, co się stało. Starałam się go wspierać i w miarę czasu dać mu do zrozumienia, że może na mnie liczyć. Że jeżeli ma problem, zawsze może mi powiedzieć. Gdy siedzieliśmy tak obok siebie, w pewnej chwili Brandon wstał i poszedł. Poszłam za nim. Wszedł na balkon i zaczął wyć na cały głos. Rozpacz... Jest taka uciążliwa... Chciałam podejść do niego i go pocieszyć, jednak widać było, że ja jestem tym problem. Nie odzywał się do mnie, wręcz ode mnie uciekał. Całym jego problemem jestem ja. Cicho skierowałam swe kroki z drzwi komnat i atramentem napisałam na pergaminie list dla Brandona.

Drogi Brandonie
Wiem, że jest to dla Ciebie bardzo uciążliwe. Zarówno ty jak i ja dobrze wiemy, że nigdy nie dam Ci szczęścia. Pochodzimy z dwóch różnych światów. Moją misją jest przetrwać na tej wyspie. Jednak kiedyś ta misja się skończy i będę musiała wrócić. Do domu, mojej watahy... Mam nadzieję, że szybko kogoś znajdziesz i zapomnisz o mnie jak najszybciej. Jednak proszę, nie wymaż mnie całkiem z pamięci. Zapamiętaj mnie jako dobrą przyjaciółkę, która uratowała Ci życie w dżungli. Postanowiłam odejść i poszukać stąd wyjścia, ucieczki przed tą pustynią. Proszę, nie szukaj mnie. Kiedy będziesz czytał ten list, będę już w połowie drogi. A ty już nigdy mnie nie zobaczysz...

Victoria

Położyłam go na jego skórach i szybko pobiegłam po Melody.
- Zbieramy się. - Zaczęłam pakować moje i siostry rzeczy.
- Ale ja nie chcę stąd iść - zbuntowała się przeciw mnie i stała ciągle w miejscu.
- Nie musisz - zapewniłam ją. - Mogę cię przez całą drogę trzymać w pysku. Co wybierasz?
- Ja nigdzie stąd nie idę! - krzyknęła i odwróciła się.
- Jak chcesz - złapałam ją za kark i zabrałam dwa ze skóry antylopy plecaki. Wybiegłam z pałacu i szybko pobiegłam przed siebie. Po godzinie, kiedy byłam pewna, że jestem już daleko od Brandona zatrzymałam się i zrobiłam szałas, w którym z Melody spędziłyśmy całą noc.

środa, 27 lutego 2013

Od Zuko: Do Rion – za góry

Po otrzymaniu listu od WW przygotowywałem się do dłuższego opuszczenia Doliny. Było ciężko, to daleka droga i będzie bardzo długa rozłąka z watahą. To było dość trudne. Żeby Vickey, małe i Odalis wiedzieli gdzie mniej więcej jestem, pozostawiłem po sobie jedynie list, który wyglądał jakoś tak:

Muszę się dostać do Rion i bardzo długo mnie nie będzie. Do Vickey, opiekuj się Taylorem i Nero. Do Odalis, jeśli zdobędziesz jakieś informacje na temat Wodospadu Sourenet, to bardzo cię proszę, wyślij mi telepatycznie jakieś info to nim. Słyszałem, że miliardy wilków tam zginęły. Navi, proszę, wybacz mi wreszcie. Nie chciałem, żeby to tak wyszło. Mam nadzieję, że wyprawa nie będzie na marne. Życzę wam wszystkim bezpieczeństwa.
Zuko

Zostawiłem list w swojej jaskini, obok którego leżał list dostany od WW, więc ten, kto będzie tu wchodził, pozna szybko cel i drogę mojej podróży. Po zostawieniu listu wyszedłem, aby upolować jelenia. Polowanie było udane. Następny przystanek - Szlak Mordoru. Udałem się tam najszybciej jak tylko mogłem. Mocno tam zawsze wiało, bo po drugiej stronie była Finlandia. Słyszałem, że gdzieś w Finlandii jest Lodowa Jaskinia Przeznaczenia. Szedłem normalnie drogą między górami. Wiatr ciągle zakrywał mi grzywką oczy. Z każdym krokiem robiło się coraz zimniej. Z każdym krokiem byłem coraz bliżej zimnej Finlandii. Przez obecną porę roku wszędzie było pełno śniegu, ale śnieg i coraz zimniejszy klimat nie mógł mnie przecież zatrzymać! Dotrę wszędzie gdzie będę chciał, no… chyba, że nie przeżyję podróży. Ale to inna sprawa. Przez ciągłą drogę przez Szlak Mordoru zastanawiałem się, co to za tajemnica, która mnie czeka w Rion. Kim jest WW i o jaką osobę chodzi (ta, której życie też się zmieni)? Ciągle było coraz trudniej znosić temperaturę, która panowała za górami. Nie rozumiem, jak tamte wilki mogą to znosić? W środku drogi szlakiem znalazły się dwie identyczne drogi. W miejscu rozdroża była kamienna tabliczka, w której było wydrapane:
Jedna za góry prowadzi,
Druga cię wyglądem zdradzi,
Wybierz mądrze przybyszu wielki,
Albo zginiesz przeżywając męki.
WW.

To był trudny wybór, ale znów WW?! Kto to jest?! Lubię żyć, więc musiałem podjąć tą decyzję. Musiałem wybrać jedną z dwóch identycznych dróg. W miarę szybko przypomniało mi się, że czuję wibracje w ziemi. Przeczesałem w ten sposób dwie drogi, aż do Finlandii. Z tego, co się okazało lewa droga prowadzi na śmierć. W takim razie poszedłem prawą. Mam nadzieję, że moje umiejętności mnie nie zawodzą. Wziąłem oddech i ruszyłem przed siebie. Podczas drogi rozpętała się burza śnieżna, co przeszkadzało w dojściu do celu. Aby cała podróż nie była taka. Wiatr był bardzo silny i, że tak się wyrażę, upierdliwy. Jednak podjąłem decyzję, że idę do Rion i tam dojdę. Szedłem szybko, bo Szlak Mordoru zaczynał działać mi na nerwy. Po dłuższym czasie drogi było widać tą śnieżną krainę. Wtedy w dużym pośpiechu pobiegłem w stronę światła. Zaraz moim oczom po raz pierwszy ukazała mi się Finlandia…

Od Flame: Nuda

Exalios mówi, że mam nie wstawać. Ale mi się nudzi! Zastanawiałam się, czy ktoś do mnie przyjdzie. I tak mijały minuty... Godziny... Aż wreszcie nie wytrzymałam.
 - Lightning! - krzyknęłam.
 - Słucham cię.
 - Pogadamy o czymś?
 - No, a o czym?
 - No nie wiem...
 - Dlaczego uciekłaś?
 - Z Nieznanej?
 - Taaak?
 - Mogę zapytać cię o to samo - warknęłam, nie chcąc mówić na ten temat.
 - No weź. Powiedz!
 - Nic wielkiego... Po prostu...
 - No wal - powiedziała, chcąc przyspieszyć moją wypowiedź.
 - Smouke się przyznał... Że zabił... Rodziców... I że mnie też chciał...
 - A to świnia! - wykrzyknęła. - Ale wiesz, że jak poprosisz Exaliosa, to połączy cię z nimi?
 - Tak, wiem, ale jak tylko ich zobaczę to mi zaczną wytykać, że uciekłam...
 - Nie, może chociaż spróbuj.
 - Aż tak ci zależy?
 - TAK!
 - Dobra...

Dokończy Lightning

Od Exaliosa: Wraca do zdrowia

- Musisz to zjeść. No, chyba, że nie chcesz wyzdrowieć - powiedziałem.
- Od tego czegoś wyzdrowieję?
- Tak. Leżałaś 2 tygodnie w śpiączce i jesteś bardzo osłabiona. Im dłużej zwlekasz, tym większa jest szansa, że taka mała dawka ci nie pomoże - wskazałem na garnuszek.
- No... dobra - Flame wypiła płyn.
- Świetnie. Kiedy leżałaś w śpiączce, zdążyłem już opatrzyć ci rany. Teraz musisz  tylko odpoczywać i nabierać sił. Staraj się nie wstawać w miarę możliwości, dobrze? Wilki mogą cię odwiedzać, ale na razie ty nigdzie nie możesz iść. Rozumiesz?
Wilczyca pokiwała głową.
- Dobrze. Jakbyś czegoś potrzebowała, zawołaj Lightning. Robi porządki i dlatego może się zajmować tobą. Ja już pójdę.
Wyszedłem z izolatki i kazałem wymienionej zielarce opiekować się Flame.

wtorek, 26 lutego 2013

Od Sii: Powrót

Nadal pamiętałam wszystko, co zrobili dla mnie rodzice. Postanowiłam pokazać im wnuki. Ruszyliśmy o poranku. Po jakiejś godzinie (szliśmy na skróty) znaleźliśmy się tam, gdzie jeszcze kiedyś były zwłoki taty. Z Sanem stanęliśmy nad tamtym miejscem i napisaliśmy:
Ś.P.
Szu vel Roster.
- Sia, ja tęsknię za tatą.
- Ja też. - Przytuliłam Sana, a później szczeniaki, i dodałam:
- To tu umarł wasz dziadek. - One zaś zaczęły tylko cicho piszczeć. Poszliśmy dalej. Po chwili byliśmy u nich. U zdradzieckiej watahy.
- Witaj Sia - powiedział mój były chłopak Magic.
- Odwal się - powiedziałam i podeszłam wraz ze szczeniakami do Shiru.
- Sia, kto to? - zapytał mój partner.
- To Magic. Mój były - powiedziałam. On zaś zaprowadził nas do mojej i Sana matki.
- Mamo kto to? - zapytała Hybris.
- To jest wasza babcia.
- Sia? San?
Mój były partner - Magic
- Mamo! - krzyknął San, a ja chwyciłam go za kark.
- Kto to? - Wskazała na szczeniaki.
- Twoje wnuki - powiedział Shiru.
- A on? - Tym razem wskazała na niego. Na mojego partnera.
- Mój partner! - krzyknęłam i warknęłam. Moja matka wzięła wszystkich, oprócz mnie, do siebie. Ja poszłam z Magicem.
- Mogłaś być Alphą.
- No i?
- Mogłaś być moja.
- Nie chciałam być twoja - On złapał mnie i pocałował.
- Shiru!!! - krzyknęłam.
- Co się stało, kochanie? - zapytał Shiru.
- On mnie chce zabrać ze sobą. On chce, żebym była jego partnerką.
- Zostaw moją dziewczynę.
- Ale sobie znalazłaś chłopaka.
Shiru rzucił się na Magica. Ja wzięłam szczeniaki i uciekłam. Za chwilę był już u nas San z Shiru. Poszliśmy w milczeniu do nas. Już nigdy nie zapomnę tego dnia.

Od Shadow: Znalezienie towarzyszki

Szłam bardzo długo. Wokół mnie panowały przerażające ciemności. Kilka razy skaleczyłam się o ostre, wystające kamienie. W pewnym momencie straciłam grunt pod łapami.
Uderzyłam mocno o ziemię. Głowa mi pękała. Świat wirował...
- A któż to u nas zawitał? Zwykle Strażnicy wrzucają nowych jeńców inną drogą.
- Dziwna ta wilczyca... Wygląda na zdrową, nie licząc tego upadku przed chwilą...
- Wydaje ci się. To niemożliwe. Jeśli i tak jakimś cudem nie doznała krzywdy przed porwaniem, to Strażnicy by ją pobili. Zawsze tak robią dla rozrywki.
- Masz rację...
- K-kim jesteście? - wycharczałam. Kręciło mi się w głowie tak bardzo, że ledwie stałam na łapach.
- Więźniami, jak każdy. Nikt dobrowolnie tu nie przebywa!
- Nie rozumiem... - W głowie miałam mętlik.
- My jesteśmy więźniami. Mamy wykonywać pracę. Zostaliśmy porwani z terenów Strażników i tej ich całej bandy. Już rozumiesz?
Skinęłam głową.
- Da się stąd wydostać? Mam...
- Jakby się dało, toby nas tu dawno nie było! - przerwał mi.
- Explosive, nie denerwuj się. Te młode, nie zaznajomione ze światem wilczyce mają prawo do popełniania takich błędów - odezwał się jakiś posiwiały wilk.
Wszyscy zamilkli. W powietrzu czułam respekt.
- Witaj, przybyszu. Zwą mnie Salie.
- Ja jestem Shadow. Gdzieś jest moja towarzyszka, Fever.
- Na pewno ją znajdziemy. Którędy się tu dostałyście?
Poczułam na sobie mnóstwo par oczu.
- Ach, oczywiście, że porozmawiamy o tym gdzie indziej - starzec dostrzegł moją minę. - Chodź do mojej jaskini.
- Masz własną jaskinię?
- Podczas wędrówki po niezliczonych korytarzach znalazłem jedną grotę i dlatego tu urządziłem nasze obozowisko.
Salie zaprowadził mnie do swojej jamy i spojrzał wyczekująco.
- Ja... My dostałyśmy się tutaj od jakiegoś wilka. Wydaje mi się, że szamana. Mówił, że gdyby znaleźli nas wojownicy, miałybyśmy dużo gorzej. Potem teleportował mnie do jakiejś jaskini i zostawił mięso i eliksiry na zagojenie ran. Podczas zwiedzania swojego więzienia trafiłam do was.
- Szaman, powiadasz... Od dłuższego czasu czułem w kościach, że coś się zbliża. Prawdopodobnie ten twój szaman chce mieć ucznia i wybrał ciebie.
- Mnie?
- Tak. Twoja przyjaciółka trafiła do nas duuużo przed tobą. Opatrujemy ją.
- A-ale u szamana była obok mnie..
- Jeden z moich wilków podejrzał, jak szaman oddawał ją Strażnikom. Zbeształ ich, że jej nie znaleźli. Strażnicy mocno się na niej zemścili za ostre słowa szamana - to mówiąc Salie odsunął zasłonę z liści i moim oczom ukazała się zakrwawiona Fever.

Dokończy  Fever

Od Flame: U Exaliosa

Z trudem uchyliłam powieki. W norze panował półmrok, tylko tu czy ówdzie
przebłyskiwało niebieskie światło. Z doświadczenia wiem, że to szaman.
- Hej, Exalios? - wyszeptałam.
- Tak? No nareszcie się obudziłaś.
- Jestem strasznie głodna...
- No, jak się leży dwa tygodnie, to się nie dziw.
- Ile?! - zapytałam najgłośniej, jak umiałam.
- Dwa tygodnie. Już niosę ci jedzenie - powiedział i zniknął na chwilę. Wyłonił się z korytarza z garnuszkiem w pysku. Zobaczyłam błotnistobrązową zupkę z zielonkawą pianką. Bombelki wydobywały się z wnętrza kociołka i rozbryzgiwały na zewnątrz. Miałam wrażenie, że zaraz usłyszę, jak któryś z nich zakrzyknie cieniutkim głosikiem: "POWIETRZE!".
- Fuuuu! Jak śmierdzi! - zawyłam.
- Nie możesz się opierać, a poza tym to dla twojego dobra. Amciu, amciu! - powiedział głosem, jakby zaraz miał nakarmić dzidziusia.
- No weź, nie dobrze mi się robi.
- Dobra, jedz!

Exalios, co to jest?

poniedziałek, 25 lutego 2013

Konkurs "Miejsca w Dolinie" - sprostowanie

Kilka słów sprostowania:
W konkursie nie będą zaliczane nazwy tych miejsc, które zostały wymyślone do historii już po ogłoszeniu konkursu.

Od Victorii: Podróż na (tajemniczą) wyspę Balance

Szukanie jedzenia nic nie skutkowało, a ja nadal słyszałam śmiech Fire'sa, który nie miał nic dobrego zwiastować... Przebiegłam 10 km w godzinę, żeby poszukać zwierzyny w innej części wyspy. Tym razem znalazłam się na suchej "pustyni", która nigdy miała się nie skończyć. W którymś momencie szukania schronienia Melody zemdlała. Musiałam ją wziąć na grzbiet i iść dalej, mimo tego, że sama byłam bardzo wyczerpana. W pewnym momencie też zemdlałam, leżąc na środku pustyni.

***

Następnego dnia obudziłam się w piramidzie. Nie zdziwiło mnie to tak bardzo, jak widok Faraona. Na początku myślałam, że to tylko halucynacje spowodowane przez ten upał. Jednak jak tylko podszedł do mnie, od razu uwierzyłam, że to on. Przywitał nas gościnnie i zaprosił do swojego królestwa. Z chęcią z Melody przyjęłyśmy zaproszenie. Tylko Rudy narzekał na "niego". Myślałam, że nie lubi historii związanych z piramidami i pustyniami. Jednak potem skapnęłam się, że tu chodzi o coś innego... Zdążyliśmy na ucztę, która nas bardzo nasyciła. Były barany, wielbłądy, konie i różnego rodzaju ptaki (o ile to były ptaki) i płazy. Gdy wszyscy skończyli jeść, Faraon zaczął opowiadać o swojej ziemi, ojczyźnie, którą kocha i bardzo dobrze o nią dba. Z Biblii wynika, że Faraon jest podstępny i zło rządzi w jego sercu. Jednak on nie był taki. Wręcz przeciwnie. Jego opowieści tak mi się spodobały, że na zawsze je zapamiętam. Wracając... Gdy skończył opowiadać, zaczęliśmy rozmawiać. Melody z Rudym siedzieli cicho i patrzyli się.
- Więc jak masz na imię lady?
- Victoria.
- Ach, piękne imię. Więc powiedzcie, skąd przybywacie?
- Ja z Magicznej Doliny, Melody z swojej dawnej watahy, a Rudy... - nie dokończyłam.
- Ze Skalnej Puszczy. I mów mi Brandon.
- Masz tak na imię? - spytałam.
- Tak. I proszę, nigdy nie mów na mnie Rudy - powiedział zirytowany.
- Dobrze.
- Magiczna Dolina... Pewnie jest tak magiczna, jak twoja uroda, lady.
- Ech, nie wiem co mam powiedzieć...
- Ja wiem - Ru... Brandon wstał. - Idziemy stąd.
- Nie - powiedziałam stanowczo.
- Victoria, nie widzisz, że to...
- Władca Egiptu. Pewnie dobrze zna okolice i pomoże nam w odnalezieniu drogi - powiedziałam tak powoli, jak umiałam.
- Świetnie. Więc może ruszycie jutro? Wieczorem jest strasznie niebezpiecznie. A teraz rozgośćcie się. Chyba, że chcecie żebym was oprowadził...
- Nie, sami sobie damy radę. - Złapał mnie za łapę i prowadził mnie za siebie.

niedziela, 24 lutego 2013

Od Unrivy: Historia niekończącej się podróży - ucieczka

Obudziło mnie miauczenie kociaków.
- U-Unriva... Przepraszamy, że cię budzimy, ale jesteśmy bardzo głodni, a nie chcemy niczego zabrać... - powiedział Jayfeather.
Ziewnęłam, wstałam i wygrzebałam z plecaka mięso. Dałam kociakom zająca i trzy myszy, po jednej dla każdego. Zadowolone kociaki położyły się obok mnie. Nagle zauważyłam Kuurę.
- To poważniejsza sprawa. Nie jakieś małe długi. Naliczyłem w nocy chyba z czterdzieści kocich ślepi dookoła nas. Wszystkie patrzały się na kociaki. Trzeba zobaczyć, o co chodzi - mruknął. Przytaknęłam i wstałam.
- Gdzie jest wasz tata? - zapytałam.
- Często można go znaleźć przy ludzkich domach, proszącego o jedzenie... - odpowiedziała Hollyleaf.
Kuura położył się przy kociakach, a ja pobiegłam do środkowej części miasta. Po drodze mijałam wiele kotów. W końcu zauważyłam czarnego kocura o zielonych oczach. Na łapach miał białe skarpetki, jak Ashfur, a na grzbiecie widniały jasne prążki, przez co był podobny do Jayfeathera.
- Znasz Hollyleaf, Jayfeathera i Ashfura? - zapytałam. Kot posmutniał.
- Moje dzieci... Już pewnie nie żyją... I to przeze mnie! - powiedział.
- Żyją, żyją. Opowiedz mi, o co w tym wszystkim chodzi...
- Scourge to najsilniejszy kot z nas wszystkich. Każdy jest w niego zapatrzony jak w obrazek i mu poddany. Moja rodzina była tego dnia bardzo głodna. Nie mogłem zrobić nic innego i ukradłem trochę mięsa... I tak ma go pod dostatkiem! - krzyknął.
- Spokojnie. Ile było tego mięsa? - zapytałam.
- Pięć kilogramów...
- Złapię kilkanaście myszy i...
- Kilkanaście czyli dokładnie... Czternaście myszy...
- No dobra, niech będzie. Wtedy już wszystko będzie w porządku?
- Tak. Raczej tak!
- W ogóle to jak się nazywasz? - zapytałam.
- Darkstripe. Ty jesteś....
- Unriva z Magicznej Doliny - odpowiedziałam i pobiegłam łapać myszy.
Po trzech godzinach (zdecydowanie wolę łapać jelenie niż myszy) weszłam w ciemną uliczkę. Koty rozstąpiły się, gdy przechodziłam. Stanęłam przed Scourgem i wyrzuciłam z torby czternaście myszy. Kot nieugięcie patrzył mi się w oczy z nienawiścią.
- To jest za Darkstripe'a. Tylko spróbujecie go tknąć, to pożałujecie - powiedziałam.
- Pff, ukradł. A to wbrew moim zasadom. Jeżeli dzisiaj nie ucieknie, jutro będzie już martwy! - krzyknął Scourge.
Rzucił się na mnie, ale zrobiłam unik. Przygniotłam go do ziemi.
- ZOSTAWCIE GO W SPOKOJU! - krzyknęłam. Kot wyślizgnął mi się spod łap i uśmiechnął się.
- Nigdy...

* * * * *

Szybko pobiegłam do Darkstipe'a.
- Nie dadzą ci spokoju! - krzyknęłam.
- Więc muszę uciekać! Gdzie idziecie teraz? Chyba nie macie zamiaru tu zamieszkać, prawda?! - mówił szybko kot.
- Do Virratu.
- Możemy iść z wami?
- Ty i kto jeszcze ?
- Moja partnerka, Silverstream!
- Tak! - powiedziałam i zaczęłam uciekać, gdyż w ciemności zauważyłam kocie ślepia.
Szybko dobiegliśmy do Kuury i kociaków. Pobiegłam szukać Silverstream. Znalazłam ją walczącą ze Scourge'm. Przegoniłam go, depcząc mu po ogonie. Złapałam Silverstream za luźną skórę na karku i zaniosłam do reszty. Kuura wziął Silverstream i Darkstripe'a, a ja kociaki. Zaczęliśmy uciekać. Biegnąc po śniegu odwróciłam się i spojrzałam na miasto. Przedmieścia otoczone były kotami, a na ich czele stał Scourge. Po kilkunastu kilometrach zrobiliśmy sobie małą przerwę.
- Dziękujemy wam! - powiedziała Silverstream.
- W porządku, to nic. Virratu jest trochę daleko stąd, a jest już dosyć późno. Musimy znaleźć jakąś jaskinię. Pomożecie? - zapytałam.
Wszyscy przytaknęli i rozproszyliśmy się. Po kilkunastu minutach Silverstream razem z Hollyleaf i Kuurą znalazła małą jaskinię. Rozpaliliśmy ognisko i otworzyliśmy mapę. Była trochę mokra z powodu przygody z jeziorem, ale dało się ją przeczytać. Po kilku godzinach dyskutowania doszliśmy do wniosku, że trzeba iść coś upolować. Daliśmy kotom resztki mięsa do upieczenia, a sami wraz z Kuurą poszliśmy na polowanie. Upolowaliśmy razem trzy jelenie. Wróciliśmy do jaskini i upiekliśmy wszystko na ogniu. Jayfeather przyprawił mięso ziołami, przez co stało się jeszcze lepsze. Trzy czwarte jednego jelenia włożyliśmy do plecaka, aby mieć co jeść, gdybyśmy jutro zgłodnieli. Gdy zaczęło się ściemniać, wszyscy poszliśmy na dwór i podziwialiśmy zorzę polarną, która w Finlandii występuje całkiem często. Po kilku godzinach poszliśmy spać. Jutro musimy bardzo wcześnie wstać by dojść do Virratu. To daleka droga.

Od Zuko: List?

Popołudnie jak popołudnie. Przeleciało już pół dnia. Prawie każdy mój dzień nie jest zbyt miły. Po długim siedzeniu w grocie wystawiłem swój pysk z legowiska, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Wiatr lekko powiewał i śnieg zaczął sypać. Na chwilkę wyszedłem z jaskini, że by zobaczyć, co się dzieje. Spojrzałem w lewy bok. Ogarnęło mnie zdziwienie, bo na lewej stronie legowiska przyczepiony był jakiś kawałek kory. To było coś w formie listu. A było napisane tak:

Do Zuko
Musisz poznać historię swojego prapradziadka, aby zrozumieć całą prawdę o sobie i rodzinie. To zmieni twoje życie. W tym celu musisz wyruszyć w podróż do Rion. Droga do Rion prowadzi przez Lodową Jaskinię Przeznaczenia, która jest daleko za górami. Stamtąd musisz przejść do Lasu Eridian, następnie przez Wodospad Sourenet, Las Zguby. Po przejściu Lasu Zguby znajdziesz się przed Mrocznym Jeziorem przez nie na Czarne Ziemie, Krystaliczną Rosę, która jest w Puszczy Terrassy. Z Puszczy Terrassy kilka dni drogi i znajdziesz się w Rion. W Rion dowiesz się rzeczy, które jeszcze bardziej zmienią twoje życie. Twoje i jeszcze czyjeś.
WW.


Co to ma być? - pomyślałem. O co chodzi i kim jest tajemniczy WW.? To wszystko bez sensu. Ale chyba wyruszę w tę podróż. Jednak trzeba przeprawić się Szlakiem Mordoru (znowu -_-) Mam jednak nadzieję, że nic mnie tam nie zaatakuje, jak wtedy, kiedy spotkałem Wilka Cienia. Jutro, kiedy nikt nie będzie patrzeć, wyruszam do Rion…

Od Sii

 
Poszliśmy znów na spacer, lecz tym razem do lasu. Ja byłam trochę niespokojna po tym, co się wydarzyło. Chociaż minął prawie rok. Wtedy miałam tylko brata. Nie znałam Shiru, ani nie miałam szczeniaków. Wszyscy weszli do środka oprócz mnie.
- Idziesz, kochanie? - zapytał Shiru podchodząc do mnie i łapiąc za łapę.
- Już - powiedziałam patrząc na trochę straszny las.
- Mamo, co będziemy robić? - pytały kolejno szczeniaki.
- Pójdziemy na wyprawę. Pamiętasz ją, San? - Braciszek kiwnął głową.
- No pewnie. Ale tym razem nie będziemy już uciekać! - zachichotał. Ruszyliśmy. Poszliśmy przez las, a potem do dżungli.
- Mamo, daleko jeszcze? - marudził Bones.
- Jeszcze tylko przez góry i będziemy w jaskini. - powiedziałam. Doszliśmy już do gór. Tam zobaczyłam znajomą kozicę z córką.


- Witaj, Skało! - krzyknęłam biegnąc w jej stronę.
- Sia! San! Jak miło was widzieć. - Także zaczęła biec w naszą stronę.
- Przyszłam, żeby pokazać ci moje szczeniaki.
- Przedstawcie się - powiedziała.
- Hybris!
- Nel!
- Melly!
- A ja Bones - warknął zmęczony.
- Witajcie. A to jest Selena, co po grecku znaczy księżyc.
- Cześć! Dawno cię nie widziałam.
- Ja ciebie też. Minął już prawie rok.
- Tak...
- Pokaże wam moje legowisko, z którego widzę waszą dolinę. - Poszliśmy za kozicą.


 - Piękne - powiedziałam patrząc na dół. Zaczęło się ściemniać.
- Idźcie już - powiedziała Skała.
- Dobrze.
- Mamo, czemu? - zapytał Bones wraz z Seleną.
- Wy jesteście razem?
- Tak - powiedziała dziewczyna mojego synka.
- Aha. - Zaczęłam chichotać wraz z Skałą.
- Czemu się śmiejecie!? - krzyknęła obrażona parka.
- Z was. Bo on wilk, a ty kozica górska! - Jeszcze chwilę rozmawialiśmy i gdy zapadła - noc ruszyliśmy. Szczeniaki marudziły, więc poszliśmy spać w górach. Następnego dnia rano ruszyliśmy dalej. Po jakiejś godzinie wędrówki moje dzieci już bawiły się w jaskini.

Od Navi: Ważne decyzje... cz. 2

Długo wpatrywałam się w piękne, błękitne oczy i puszystą sierść Mrocznego, nim zdobyłam się na odwagę, by powiedzieć to, co już dawno chciałam powiedzieć.
- Mroczny - skierowałam wzrok w jego stronę. - Ja cię bardzo lubię... I dla mnie to jest coś więcej niż tylko przyjaźń - przerwałam na chwilę. - Dla ciebie też? - zapytałam z nadzieją, niecierpliwie czekając na odpowiedź.
Chwilę siedział w milczeniu, ze spuszczoną głową.
- Navi...

Od Shadow

Podróżowałam już kilka tygodni razem z Fever. Byłam smutna, że Unriva nie uwierzyła mi, ale nie okazywałam tego jawnie.
Na początku wędrówki szłyśmy przez normalny las, ale stopniowo stawał się coraz gęstszy i gęstszy. Promienie słoneczne ledwie przedzierały się przez grubą warstwę liści i dlatego straciłyśmy rachubę czasu.
Również z przedzieraniem się przez gąszcz miałyśmy problem. Gałęzie drapały nas, drzewa zawalały się na drogę, a liście zasłaniały widok. Czasami zmieniałam się w niedźwiedzia i wyrzucałam rozwalone pnie, ale to nie wiele dawało, bo za nimi było tego jeszcze więcej, a ja nie miałam tyle siły i mocy żeby to wszystko odsunąć.
Zwierzyny w tej dżungli nie mogłyśmy znaleźć. Na szczęście miałyśmy trochę zapasów, a co jakiś czas udawało nam się upolować jakieś ptaki. Wodę załatwiała Fever za pomocą swojego żywiołu.
Czasami widywałyśmy nienaturalne przejścia przez warstwę liści.
Jednak mimo to pewnego dnia prawie trafiłybyśmy do zaświatów...

***

Zwierzyny ani śladu, tak samo z wodą. Fever ugryzł jakiś wąż i ledwie dyszy. Ze mną też nie najlepiej - spadłam do wyschniętego koryta rzeki i teraz z każdym ruchem czuję ból.
Ziemia jest wyschnięta na wiór - od kilkunastu dni nie padał deszcz.
W pewnym momencie straciłam przytomność.

***

Obudziłam się w jakiejś jaskini. Obok mnie leżała Fever. Czułam ciepło bijące od rozpalonego ogniska i od czasu do czasu słyszałam, jak ktoś się porusza.
- Obudziłyście się już? - usłyszałam głos.
- Hhho?
- To dobrze, że się już obudziłyście. Bo muszę was o coś zapytać.
- O hhho? - Poruszyłam się. Dopiero teraz poczułam, że jestem związana. Oczy miałam przykryte jakąś skórą i nic nie widziałam.
- Co robicie tutaj? Pytam was jako przyjaciel - gdyby znaleźli was wojownicy, a nie ja, miałybyście przechlapane.
- Mhhhy... - Nie mogłam powiedzieć prawdy, nie znałam tego osobnika. - Whhrahamy dho whatahy.
- Swojej, tak? A czemu?
- Mhuhałyhmy phomóc mhojej uhmierhającej shiohstrze.
- Wyzdrowieć?
- Thhah.
- Dobrze... - pstryknął palcami i teleportowaliśmy się gdzieś. Rozwiązał mnie i zniknął.
Kiedy zdjęłam z siebie skóry spostrzegłam, że jestem w jakiejś jaskini. Obok mnie leżało mięso i kilka eliksirów "żebyś wyzdrowiała".
- Ghhłodhhna hhjehstem - mruknąłam i pożywiłam się zostawionym mi pokarmem. Wypijając eliksiry poczułam, że ciało przestaje mnie boleć i że mogę normalnie mówić.
- Ciekawe, co porabia Fever...
Rozejrzałam się po jaskini. Jedyne wyjście było zamknięte. Światło dawały pochodnie i ognisko na środku groty. Poszłam w mrok. Zamiast dotknąć ściany, jak się spodziewałam, mogłam iść dalej. Ruszyłam naprzód...

sobota, 23 lutego 2013

Od Odalis: Słowa Grape'a

Było jeszcze ciemno, kiedy latałam nad Doliną. Słońce dopiero wschodziło, a ja już od dłuższego czasu byłam na nogach. Ostatnio z powodu natłoku wydarzeń zaniedbywałam chodzenie na zwiady, ale już tak nie jest. Szczerze mówiąc, mam w sobie coś, co mnie ciągnie do przygód. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze małym szczenięciem razem z Ches, też lubiłam chodzić na wyprawy. Ale byłam mała i rodzice mi nie pozwalali, a spacery z grupie... nie pociągały mnie. Nie lubiłam tłumów, byłam wilczkiem raczej nieśmiałym. Życie w Dolinie bardzo mnie zmieniło, stałam się trochę odważniejsza, a chęć ruszenia po przygodę stała się dużo większa.
Lubię wędrować, ale z drugiej strony nie przepadam za lawiną wydarzeń. Zawsze mnie to zastanawiało...
Unrivy nie ma i nie zapowiada się na to, żeby wróciła. Trop urwał się, kiedy natrafiliśmy na wielką przepaść, którą da się jedynie przelecieć, ale po drugiej stronie nie było żadnych śladów. Możliwe, że przysypał je śnieg, który obficie padał w nocy. Wszystkie te okoliczności uniemożliwiły nam poszukiwanie wilczycy...
Przygotowałam się do lądowania na Harwene, gdzie czekał na mnie Hirik. Obok niego stał uśmiechnięty Grape.
- Co tam? - rzucił swobodnie.
- Reniemiasz i Waydack nie odzywają się do mnie - posmutniałam. Przyzwyczaiłam się do nich i tęskniłam za ich kłótniami.
Grape milczał.
- Ja... A właściwie nic - uciął. - Wiesz może, kiedy Marchesa wróci?
- Nikt nie wie. Pewnie za kilka tygodni...
- To dobrze. Muszę iść - rzekł i nim się obejrzałam już go nie było.
Zaintrygowana tym, co Grape nie chciał mi powiedzieć, wróciłam do Legowisk.

Od Unrivy: Historia niekończącej się podróży - Salo

- Un... Un! - usłyszałam. Otworzyłam oczy. Przede mną stał Kuura.
- No nareszcie, budzę cię od godziny! - powiedział. Wciąż widziałam trochę nieostro.
- P-Przepraszaaam... - Ziewnęłam. Wilk przysunął do mnie liść, w którym było trochę wody. Wypiłam ją, a następnie przeciągnęłam się.
- Zaspaliśmy. Jest siódma. Musimy wkrótce wyruszyć. Dziś jeszcze musimy dojść do Salo.
- Zgadzam się. Więc co? Idziemy?
- Tak - powiedział wilk. Spakowałam mapę, wypiłam miksturę na bieganie i wyszłam z jaskini zaraz za Kuurą.
Poszliśmy na południowy-wschód. Po kilku kilometrach przeszliśmy w bieg. Ciężko biegało mi się z normalną prędkością. O wiele bardziej wolałam biegać 600 km/h niż 60. Często wyprzedzałam Kuurę, jednak ten nie zostawał w tyle. Dziwiłam się, kiedy biegłam 250 km/h, a wilk był tuż za mną. Po kilkudziesięciu minutach zatrzymałam się na wielkiej polanie. Usiadłam na śniegu. Kuura poszedł do przodu. Mruknęłam wiedząc, że prędzej czy później i tak go dogonię. Nagle usłyszałam pęknięcie. Spojrzałam na śnieg pod moimi łapami. Nie stałam na polanie... Byliśmy na zamarzniętym jeziorze! Zaczęłam szybko biec do przodu. Wyprzedziłam Kuurę, który stał i patrzał na otaczający nas las.
- Biegnij! - krzyknęłam. Odwróciłam się w jego stronę, ale już go tam nie było. Płynął na dno w wodzie, jak kamyk wrzucony do kałuży. Skoczyłam do wody. Zimna woda zmoczyła moją szarą sierść. Złapałam wilka i zaczęłam płynąć w górę. Nagle uderzyła mnie ogromna kra. Straciłam przytomność.

* * * * *

Otworzyłam oczy. Leżałam na grzbiecie Kuury. Ziewnęłam przeciągle. Wilk spojrzał w moją stronę i położył mnie na śniegu.
- Un? Żyjesz? Jak się czujesz? - zapytał troskliwie.
- W-wszytko w porządku... Co się stało?
- Moja łapa zaplątała się o kawałek linki. Jej drugi koniec był w lodzie, zamarznięty. Nie mogłem się ruszyć i poszedłem na dno. Wtedy do wody wskoczyłaś ty, i ciągnąc mnie w górę odplątałaś linkę. No i wtedy cię walnęło i wyciągnąłem nas na brzeg. Swoją drogą, jesteśmy już niedaleko Salo. To dosyć duże miasto. Będziemy przebywać na przedmieściach - powiedział wilk. Pogawędziliśmy jeszcze chwilę i znów wyruszyliśmy. Po kilkunastu kilometrach, zauważyliśmy bloki.
- Więc to tutaj... - mruknęłam. Nigdy nie lubiłam ludzi.
Weszliśmy w ciemną alejkę. Na dużym, zielonym śmietniku stał czarny kot, z prawą białą łapą, o niebieskich oczach i prychał na nas. Jego obroża była fioletowa, i miała kły i pazury. Nagle kot rzucił się na Kuurę. Skacząc zrobił salto. Na grzbiecie Kuury pojawiła się mała rana i kot stanął przed nami.
- Witajcie w Salo... - powiedział i zniknął prędko.
- Milutko... - powiedział Kuura zlizując krew z grzbietu.
Okazało się, że to miasto jest pełne kotów, które uciekły z domu. Zabijają się nawzajem i zdobywają rangi. Ten czarny, Scourge, jest najsilniejszy ze wszystkich. Potrafi powalić dorosłego wilka, a ta sztuczka z saltem to tylko jedna z wielu setek sztuczek, które potrafią zmylić przeciwnika i zadać mu ból. Są tu też psy, strażnicy. Tępią koty. Jest ich mało i bronią młodsze psy. Jednak nikt nigdy nie odważył się zaatakować Scourge'a.
- Zostaniemy tu na jakiś czas. Dwa-trzy dni, nie więcej. Chcesz coś zjeść? Jak byłaś nieprzytomna, złapałem dwa zające i osiem myszy. Nudziło mi się i czekałem, aż się obudzisz. W końcu wziąłem cię na plecy i wyruszyłem - powiedział Kuura.
- Mmhm... Daj mi trzy myszy i zająca... - powiedziałam.
Zjadłam ze smakiem mięso. Byłam pełna. Postanowiłam się przejść. Idąc ciemną uliczką, zauważyłam zielone ślepia. Należały to biało-rudo-czarnego kota, którego łapa miażdżyła małego kociaka. Był szaro-biały i miał niebieskie oczy. Rzuciłam się na kota. Ten uciekł gdzieś szybko.
- Wszystko w porządku, mały? - zapytałam patrząc na kociaka. Jego ucho było naderwane. Rana mocno krwawiła.
- T-t-tak-k.... - mówił przerażony.
- Spokojnie, nic ci nie zrobię... - powiedziałam. - Wejdź na mój grzbiet. Zaniosę cię w inne miejsce. Trzeba zobaczyć, co z tym uchem.
- D-dobrze... - powiedział kociak i wszedł na mój grzbiet.
- Trzymasz się ?
- Tak-k...
- To dobrze... - powiedziałam idąc powoli. Po kilkunastu minutach zauważyłam Kuurę.
- Kto to? - zapytał.
- Uratowałam go. Jakiś głupi kot chciał go zabić. Wyciągnij z mojej torby tą miksturę na duże rany i mu posmaruj na uchu. Weź jakiegoś liścia i przyłóż - poleciłam. Kuura wykonał polecenie, podczas gdy ja rozmawiałam z kociakiem.
- Jak masz na imię? - zapytałam.
- Ashfur... Mam siostrę Hollyleaf i brata Jayfeathera. Ich też chcą zabić... Pomożecie im?
- Jasne! Wiesz, gdzie są?
- Niedaleko tamtego miejsca. Musiałabyś iść kilkanaście metrów dalej.
- Kuura, zaopiekuj się nim! Idę po resztę! - powiedziałam. Kuura przytaknął, a ja pobiegłam we wskazane miejsce. Zauważyłam tam dwa kociaki. Jeden z nich był czarny i miał zielone oczy, a drugi był jasnoszary i miał ślepe jasnoniebieskie oczy.
- Jak się nazywacie? - zapytałam.
- Jayfeather i Hollyleaf... - mruknęła kotka.
- Idziecie ze mną. Wskakujcie na grzbiet. - Uśmiechnęłam się. Kociaki wspięły się na mój grzbiet. Po chwili byliśmy już na miejscu. Kociaki cieszyły się, że wreszcie znów się spotkały. Rana Ashfura już się zagoiła. Byłam bardzo zmęczona. Spojrzałam na kociaki.
- Czemu chcieli cię zabić? - zapytałam Ashfura.
- Nie wiem. To chyba przez mojego ojca. Musiał mieć jakieś porachunki... I tak to już nieważne. Kiedy odchodzicie z Salo? Będziemy mogli iść z wami? - zapytał kociak. Uśmiechnęłam się i przytaknęłam.
- A co z rodzicami? - mruknął Jayfeather. Z całej trójki był najspokojniejszy i opanowany.
- Zobaczymy, o co w tym wszystkim chodzi. Ale to jutro. Teraz chodźmy spać - powiedziałam tuląc kociaki. Kuura stał na straży.

CDN, Miźgi <3

Od Sii: Dzień z moją rodzinką

Dawno nie spędzałam czasu z dziećmi i Shiru. Bo większość czasu spędzałam na szukanie watahy wraz z moim braciszkiem. Przecież nie mógł z nami mieszkać wiecznie, a ja nie chciałam, żeby mieszkał w starej. Wreszcie zostaliśmy na jeden dzień w mojej jaskini. Szczeniaki jeszcze spały, a ja z Shiru rozmawialiśmy.
- Może dziś będziemy robić coś razem. Jak prawdziwa rodzina? - zapytałam.
- Jeśli chcesz - uśmiechnął się, podszedł do mnie i przytulił.
- Chcę! - Wstałam i poszłam obudzić szczeniaki, bo San przyszedł z jedzeniem.
- Mamo, ja jeszcze chcę spać! - marudził Nel.
- Ja zgadzam się z bratem! - zaczęła to powtarzać cała reszta.
- To ja i tata wraz z wujkiem zjemy wszystko - uśmiechnęłam się, a szczeniaki zaczęły wstawać i biec do Sana. Zjedliśmy śniadanie.
- Idziemy na spacer! Wszyscy - powiedziałam.
- Mamo! Ja się najadłam i nie ruszę z miejsca.
- My też! - powtórzyli chłopcy.
- To my idziemy. Ale to wy zajmiecie się dzisiaj jedzeniem!
- Już idziemy mamo! - krzyknęli i ruszyli się z miejsca. Po chwili już cała czwórka była na dworze.
- Tato! Pośpieszcie się! - krzyczeli. Wyszliśmy. Zaciągnęłam całą rodzinkę nad jeziorko. Ucieszyłam się bardzo, bo nigdy się tak dobrze nie bawiliśmy. Nie myślałam, że Shiru weźmie koc z legowiska i jedzenie. Zrobiliśmy sobie piknik.
- To może urządzimy sobie jakieś zawody? - zapytała Hybris.
- Może być - kiwnęłam głową. - Każdy wymyśli coś innego: ja wymyśliłam biegi od koca do lasu, Shiru nurkowanie, San zbieranie najładniejszych kryształów, Nel turlanie się ze wzgórza, Hybris wspinaczki na skałę, Melly czołganie, a Bones zapasy, w których ja i Shiru nie braliśmy udziału.
- Dobrze. Zaczniemy od... - zamyśliłam się.
- Nurkowania! - krzyknęli wszyscy.
- Ok. - wskoczyliśmy do wody. Wszyscy oprócz Bonesa. Za bardzo się bał.
- Braciszku właź do wody! - krzyczała Hybris. W końcu dał się namówić.
- Na trzy zaczynamy! Raz, dwa, trzy! - zanurkowaliśmy. Siedzieliśmy tak aż Hybris, która zrobiła z wody jeden przewód elektryczny zaczęła świecić na zielono. Gdy wyszliśmy z wody wszyscy wymawiali minuty.
- Ja wytrzymałam dziesięć minut. - powiedziała Hybris.
- A ja dziewięć... - powiedział Bones otrzepując się z wody.
- Ja piętnaście! - krzyknął Nel.
- Ja jedenaście. - powiedział San trzęsąc się z zimna.
- Ty jedenaście? Ja też! - krzyknął Melly.
- A wy? - zapytał San patrząc na mnie i na Shiru.
- Ja wytrzymałam czternaście.
- A ja? Ja dwanaście. - powiedział Shiru przytulając mnie do siebie. I tak trwały wszystkie inne zawody. Okazało się, że wygrał Nel. Drugie miejsce otrzymała Hybris, a trzecie San. Shiru postarał się i zrobił im medale. Złoty, srebrny i brązowy. Posiedzieliśmy jeszcze chwilkę. Dosłownie do zachodu słońca.
- Mamo, my nie chcemy wracać. - powiedział Nel. Melly, Bones i Hybris kiwnęli głowami.
- Ale musimy. Jeśli się uda, jutro też pójdziemy. Zgoda?
- Zgada. - szczeniaki przytuliły się do mnie. Zwinęliśmy koc i resztę jedzenia. Stanęłam jeszcze na brzegu i spojrzałam na zachodzące słońce.
Zachodzące słońce
Wschodzące słońce

 NASTĘPNEGO DNIA RANO


Dzisiaj wstałam wcześniej i poszłam coś upolować. Poszłam na łąkę. Słońce zaczęło wschodzić.

- Jak tu pięknie. - powiedziałam. Jeszcze chwilę patrzałam na ten piękny widok ale po chwili zbiegły się sarny. Upolowałam piękną łanię. Wróciłam do jaskini. Szczeniaki już nie spały. Czekały na śniadanie. Zjedliśmy wszystko i znów zaczęliśmy dzień tak samo jak wczoraj...

CDN 

Od Marchesy: U Zewnątrznych, cz. 8

- Aaaa!!! - Upadłam na ziemię.
- Co ci jest? - Coamh doskoczył do mnie przestraszony.
- Arrrrr!! Boli!!!
- Ajajaj. Ugryzł cię w łapę owad Ahoba.
- Jadowity?
- Ahoba znaczy 3 centymentry długości, a według innych 3 godziny życia.
- Przecież nie umrę od głupiego robala!!
- Daj tą łapę, muszę opatrzyć...
- Ssssss!! Nie ruszaj!!
- Przecież muszę!
- Aaaaaarrh!!!
- Dobra, nie ruszam. - Cofnął się zrezygnowany. - Hej! Co z tobą? Patrz na mnie. Oczy ci się szklą...

*
 
Otworzyłam oczy.
Coamh stał pochylony nade mną. Pysk świecił mu niebieskawo w ciemności. Mamrotał jakieś słowa. Słyszałam, że wokół mnie są Zewnętrzni nucący jakąś pieśń.
- Mamroczesz? Myślałam, że nie jest to potrzebne przy czarach - powiedziałam odrętwiała.
- Mi to pomaga. To jak oprzeć się o ścianę przy spacerze nad przepaścią. Lepsi ode mnie nie muszą tego robić - odparł.
Potem skinął na mnie głową.
 
*
 
Ocknęłam się po kilku dniach. Jednak mi się wydawało, że to jest to samo popołudnie.
- O, jesteśmy w norze - stwierdziłam z zaskoczeniem. - Śniło mi się, że było jakieś święto. Dziwnie wyglądałeś. I nucili tak ładnie...
- To nie był sen - wytłumaczył Coamh. - Byłaś chora, bo pogryzły cię Ahoba. Ich jest tu dużo. Najpierw jedna i do tego czasu powinnaś wszystko pamiętać. Potem, gdy opatrywałem ci rankę, doszły jeszcze dwie.
- Ojej, czemu?
- Leżałaś na ich ścieżce. Pamiętaj, by nikomu o tym nie mówić, bo tu chodzi o moją reputację.
- Mmm. A mogłam nie żyć... - zobaczyłam wymowny obrazek nas obojga. Zaśmiałam się w duchu.
- Nie rozmawiajmy o tym.
- Jakiż to był... eee... bohaterrrski czyn.
- Słyszałaś?!
- Nno tak. Ja ci bardzo dziękuję za ten heroiczny... mhmhm... ratunek.
- Mam dla ciebie prezent. Twoje ulubione danie, mięso z ziołami Jehak. I jesteś zbyt słaba, by móc odmówić.
Zamknęłam pysk na sztywno na wspomnienie tego obrzydlistwa. Jak Zewnętrzni mogą to jeść? I to niemal codziennie?!
- No, widzę, że się zrozumieliśmy - stwierdził zielarz.
- Mmm?
- Możesz otworzyć pysk.
- Y-y.
- Nie bój się. Jeszcze nie możesz tego jeść.
- Mm?
- Obiecuję.
- No dobrze. Mam pytanie: czarowałeś przy leczeniu mnie?
- Niewiele. Stary Wilk, zanim odszedł, nauczył mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim tego, jak magii nie używać. Wolno mi z niej korzystać tylko wtedy, kiedy Moc zawarta w ziołach zawiodzie. Dopiero wtedy mogę prosić o Moc wiele potężniejsze duchy i demony. A i to jest trudne, bo utrzymanie Mocy jest trudne. Wyrywa się. Jest jak gorący kawałek mięsa. Nie utrzymasz długo w pysku.
- Coamh, jesteś bardzo mądry. Może brak ci wiedzy, ale to ci nie potrzebne.
- Dzięki. A teraz zdrzemnij się. Nadal jesteś słaba, a w nocy musimy się gdzieś wybrać.
- Dopiero co się obudziłam. Nie chce mi się spać.
- To popatrz na mnie. - Coamh skinął łbem w moją stronę.
Czas... przystanął. A mnie otoczyła ciemność snu.

piątek, 22 lutego 2013

Od Marchesy: U Zewnętrznych, cz. 7

W kącie naszego leża siedział żbik. Normalnie żbiki się nie uśmiechają, ale to był żbik, który przyjaźnił się z zielarzem.
Lubię żbiki. One najczęściej także mnie lubią. Ale z tym było na odwrót. Miał przenikliwe spojrzenie i nigdy się nie odzywał.
- Chodź, mam dla ciebie pyśną libkę, kiciu – zagadał Coamh do zwierzęcia. – Ugotowałem zupcię.
- Możesz do niego tak nie mówić? Niedobrze mi się robi. – Skrzywiłam się.
- Bo nic nie jesz.
- Jem…
- Jakoś nie zauważyłem. A wczoraj to co?
- Wczoraj nie miałam ochoty.
- Czemu?
- Bolał mnie brzuch.
- Powiedz jak, to wyleczę.
- Czułam się, jakbym zjadła coś ruchliwego.
- Hmmm… - zamyślił się. – Na to najlepszy jest mięso z ziołami Jehak. Właśnie zrobiłem. Masz i jedz.
- Nie! – Wzdrygnęłam się na myśl o znienawidzonej potrawie, którą Zewnętrzni jedli co drugi dzień.
- Jedz! Szaman karze. Szamanowi się nie odmawia.
- No tak…
Podsunął mi pod nos dymiący kawał mięcha.
- Śmierdzi – próbowałam się wykręcać. – Zepsute. Wyrzuć. Albo daj temu swojemu żbikowi.
(Gość w kącie nie obraził się na to, bo miał specyficzne podniebienie i byłby zadowolony z takiej możliwości).
- Jedz – powiedział twardo Coamh.
Cóż, szaman kazał, to zaczęłam jeść. Tymczasem żbik rzucił się na rybę od przyjaciela. Połknął ją tak szybko, jakby nawet nie miała kontaktu z przełykiem. Może tak to trzeba robić – nie smakować, tylko jednym haustem połknąć to świństwo, pomyślałam.
Wtedy, przysięgam, żbik spojrzał na mnie z uznaniem i skinął głową.

Poszliśmy nad rzekę. Usiedliśmy na kamieniu nad brzegiem.
- O! Brzuch mnie przestał boleć. Jakieś czary – powiedziałam.
- Nie czary, tylko zioła Jehak – odparł Coamh.
- Mimo wszystko dziękuję. Tak swoją drogą… umiesz czarować?
- To raczej zdolności, niż czary. Mam Dotyk, ale nie do końca wiem, co to jest. Jakoś tak potrafię dotknąć kogoś w miejsce, gdzie go boli, i od razu wiem, jaka jest przyczyna i co mam zrobić. Nauczyłem się nawet wyciągać ciernie, które już zarosły i tkwią głęboko pod skórą. Gdy jej dotknę, one wychodzą z powrotem na wierzch. Mogę też przywołać rój owadów albo przywołać i odesłać mgłę* – uśmiechnął się.
Mimo to rozmowa była poważna. Skończyły się kpiny.
- To dlatego, kiedy tu szłam, mgła nie podnosiła się?
- Tak. Ale czasem mi nie wychodzi. Nie mam Mocy.
- Czym jest Moc?
- Tajemnicza siła z zewnątrz, która czasem kieruje tobą, a czasem pozwala tobie kierować innymi. Czasem czuję, jak wypełnia otoczenie, jak wiatr. Wtedy mogę czarować i wychodzą mi zaklęcia. Problem w tym, że aby zostać prawdziwym szamanem, muszę nauczyć się sam ją przywoływać. Tak, żeby była na moje każde wezwanie. A ja… ja jestem zwykłym zielarzem. Moc musi sama do mnie przyjść, albo ktoś musi ją do mnie wysłać.
Na kamieniu po drugiej stronie rzeki usiadł żbik szamana. Głowiłam się, jak dostał się na drugi brzeg i czemu miał suche futerko. Miałam wrażenie, że szpera mi swobodnie w głowie.
 
Cicho podeszli do nas łowcy. Żbik miauknął i zaczął czyścić pazury tak wymownie, że wszyscy odczytali groźbę. Jeden z łowców nie wytrzymał i schował się za kamieniem. Żbik miauknął znów. Wilk starał się nie wystawać zza skały. Po raz trzeci usłyszeliśmy miauknięcie. Łowca skomląc zerwał się i uciekł w krzaki. Żbik z satysfakcją powrócił do czyszczenia futerka.
- Szamanie, chcemy wiedzieć, czy jest odpowiednia pogoda na polowanie – odezwał się jeden z myśliwych.
Coamh polecił przygotować mu gałązkę splecioną w kółko. Przygotowaną rzucił w wyrwę między lodem na rzece.
- Co tam widzisz? – szepnęłam.
- Woda dzięki gałązce się nie marszczy. Sprawdzam, czy niebo jest czyste. Nie ma żadnej chmurki, więc nie będzie padać.
- Nie możesz normalnie spojrzeć w niebo?
- W niebo to oni sami mogą spojrzeć. Ja tu mam czarować.
- A jak się pomylisz?
- Mówię im, że przynieśli mi nieodpowiednią gałąź, albo że woda jest brudna. Albo wymyślam jakieś nieprzyzwoite rzeczy, wtedy każdy wie, że rzeka jest do kitu.
Coamh miał kilka takich „żarcików”, dzięki którym wilki wierzyły w jego Moc.
Gdy Zewnętrzni odeszli, Coamh posmutniał. W końcu odezwał się:
- Tu potrzebny jest prawdziwy szaman, a nie ja.
- Jesteś szamanem! Masz Dotyk, więc o co ci chodz?
- Prawdziwa wiedza szamanów przepadła, gdy odszedł Stary Wilk. Uczył mnie, ale nie zdążył wszystkiego. Znam tylko skrawki receptur i zaklęć. Nie mam Wiedzy.
- Leczysz.
- Po prostu logicznie myślę. Niektórzy po prostu tego nie robią, ale również umieją.
Zamilkł przygnębiony.
- Coamh… - oświeciło mnie. – Czy Stary Wilk przekazał ci jaką wskazówkę, gdy odchodził, gdzie masz dalej szukać Wiedzy?
- „Idź za głosem serca”, ale to mówił wszystkim, nie tylko mnie. – Rozluźnił się. – Ja najczęściej słucham łapy. Złamałem ją kiedyś i teraz zawsze wiem, kiedy są burze z huraganami. Często mi nie wierzą, ale to potem ich dobytek wpada do rzeki, podczas gdy ja grzeję się przy ognisku.
W tej chwili żbik wstał, przeciągnął się i ziewnął, jakby słyszał to już sto razy.
- Warto też słuchać kiszek – kontynuował wilk. – Właśnie słyszę, jak ci w brzuchu burczą, czyli nadeszła pora obiadu.
- Ha ha ha. A co będziemy jeść?
- Polędwicę.
- Nie gadaj! Uwielbiam… Zaraz, zaraz, czy nikt do niej nie nawrzucał znowu garści Jehak?
- Natural… Aaaaa!!! – Zrzuciłam szamana ze skały.
 
*Patrz opowiadanie Od Marchesy: Do Zewnętrznych.

czwartek, 21 lutego 2013

Konkurs - miejsca w Dolinie

Konkurs polega na wysłaniu do alfy jak największej ilości nazw różnych miejsc w Magicznej Dolinie i poza nią. Zaliczają się do nich zarówno te wymienione w zakładce Magiczna Dolina (np. Szmaragdowe Jezioro, Skała Reimonda), jak i te istniejące jedynie w historiach (np. Rzeka Prawdy, miejscówka Soili). Liczą się także terytoria watah (np. terytoria Watahy Mroku).

Za każde wymienione miejsce otrzymujecie 0,5 Punkta. Jeśli ktoś przed Tobą już wysłał dane nazwy, nie otrzymasz nagrody - czyli jeżeli Shadow wyśle Skała Reimonda o 16:05, a Odalis to samo o 16:06, ta druga zostanie odesłana z niczym.

Dodatkowo możecie zostać nagrodzeni, jeżeli wykryjecie nazwę zaczęrpniętą z dzieła literackiego. Np. Szlak Mordoru, a dokładniej Mordor, jest z którejś z książek Tolkiena bodajże.

Te informacje będą pomocą przy remoncie zakładki Magiczna Dolina.

Konkurs kończy się 9 marca.

*
 
Lista wysłanych już miejsc jest aktualizowana co jakiś czas:
- Biała Puszcza
- Czerwone Skałki
- Góra Herwene
- Jaskinia Grape'a na Harwene
- Jaskinia Hayleya
- Jaskinia Narad, Jadalnia
- Kryjówka LINa
- Kryształowa Rzeka
- Krwawa Skała (z historii Zuko)
- Legowiska
- Miejscówka Soili
- Polana Spotkań
- Ruiny świątyni Wilków Pełni
- Salo, Virratu, Imatra, Keuruu, Juva, Seivia, Nivala, Keitele (z historii Unrivy)
- Skała Reimond
- Szlak Mordoru (nazwa zapożyczona z dzieła Tolkiena)
- Szmaragdowe Jezioro
- Tereny Watahy Błękitnego Wodospadu
- Tereny Watahy Krwi (z historii Rapiera)
- Tereny Watahy Mroku
- Tereny Watahy Wilków Śniegu
- Wężowa Grobla (z historii Zuko)
- Wodospad Keina
- Wyspa Balance
- Zakazany Las

- Głębia Lasu
- Rzeka Prawdy
 
Nie wysyłaj już wymienionych, bo i tak nie otrzymasz nagrody.

Od Victorii: Podróż na wyspę Balance, cz. 4, 2/2

Ku mojemu zdziwieniu wyspa była pusta. Otaczali ją tylko strażnicy - smoki, którzy tak jakby strzegli czegoś. Gdy myślałam, że umrę z pragnienia (bardziej chciało mi się pić niż jeść) znalazłam mały strumyczek prowadzący na górę. Trochę mnie to zdziwiło, ale przecież to jest magiczna wyspa. Wdrapałam się na górę. Jeszcze bardziej się zdziwiłam, gdy zobaczyłam wodospad. Byłam uradowana. Melody z Rudym zresztą też. Podeszłam podejrzanie do rzeki. Niepewnie schyliłam się i powoli zaczęłam pić. Woda była gorzka jak grejpfrut. Szybko odskoczyłam. Gdy przyjrzałam się wodzie bliżej okazało się, że to nie był wodospad, tylko grejpospad*. Kolor "soku" był bardzo podobny do wody, jednak bardziej ciemniejszy. W głowie usłyszałam: "Musisz uważać na to co pijesz. Heh''. Byłam jeszcze bardziej wściekła, myślałam, że nie wytrzymam i wrócę do domu. Jednak po tym śmiechu, złośliwym śmiechu, który usłyszałam w głowie od razu zrozumiałam, że to jest test. Z uśmieszkiem poszłam poszukać gdzie indziej wody, ukrywając zirytowanie. Poszczęściło mi się. Parę metrów dalej znalazłam rzekę. Tym razem pełną wody, nie soku z grejpfrutu. W głowie usłyszałam tylko jęk smoka, który wiedział, że nie poddam się tak łatwo. Dobra, następnym krokiem będzie znalezienie jedzenia - pomyślałam. Jednak nie było tak łatwo jak z piciem, zwłaszcza, że zdenerwowałam Fire'sa.

*Grejpospad - połączenie wodospadu z grejpfrutem. [przyp. Autorki]

Od Marchesy: U Zewnętrznych, cz. 6

Pewnego dnia Coamhowi zebrało się na filozofowanie.
- Marcheso… Co się dzieje z ogniem, kiedy wygasa?
- Mmm?
- Rozgrzebujesz popiół, a go tam nie ma. To gdzie jest? Gdzie się schował?
- Strasznie dziś zimno – spróbowałam zmienić temat rozmowy na prostszy.
- Albo w jakim języku myśli ten, kto jest głuchy od urodzenia?
- A poza tym strasznie wieje.
- A jaka jest przyczyna szaleństwa?
- Nerwy. Jak ktoś zadręcza cię pytaniami, można oszaleć.
- Nie żartuj.
- Nie żartuję. Przyczynami szaleństwa może być złość, bezsilność, strach lub smutek. Chyba więcej ie ma.
- A z gorąca?
- Można dostać udaru, ale to nie szaleństwo.
- A z bólu?
- Bezsilność lub strach.
- Marcheso, a ze swędzenia?
- Nie słyszałam, by ktoś oszalał ze swędzenia.
- Widocznie nigdy cię porządnie nie swędziało. A z…
- Zaraz ja oszaleję, jak nie przestaniesz zadawać głupich pytań, Coamh!
- One nie są głupie – odparł poważnie.
- Wiem. Przepraszam. Po prostu tak jestem wykończona po rytuale z dymem, że nie chce mi się gadać.
Mimo wykańczającego święta, które mieliśmy ostatnio w związku z czarami odprawionymi na powodzenie mojej wędrówki… którą Coamh i tak ciągle odkładał na później… Coamh nie przestał mówić i opowiadał mi swoje spostrzeżenia na temat robaków, sprawdzając tylko, czy ciągle słucham. I wcale wtedy nie żartował. Doszedł na końcu do wniosku, że owady nie mogą być wytworami Natury, która tworzy wszystko nas swój obraz, jak nas, wilki, jelenie, ludzi, króliki – o czterech kończynach, tułowiu, jednej głowie itd. - więc w takim razie są dziełem złych demonów. Zgadzałam się z jego zdaniem.

Od Unrivy: Historia niekończącej się podróży - pierwsze dni, najgorsze dni...

Rano obudziły mnie promyki słońca padające na mój pysk. Przeciągnęłam się leniwie. Wyszłam z mojej małej jaskini i udałam się na południe. Była szósta, może siódma. Z jednej strony niebo było jeszcze ciemne, ale jaskinia stała pod takim kątem, że od razu dochodziło tam światło. Byłam strasznie głodna. Wciąż trochę osłabiona zaczęłam szukać jakiejś zwierzyny. Po kilkunastu minutach złapałam trop jelenia. Dużego stada. Szłam za nimi jakieś kilka kilometrów. W końcu zauważyłam je na małej polance. Wygrzebywały spod śniegu trawę. Na samym środku polany był mały jelonek. Miał zaledwie kilka miesięcy. Był jednak wystarczająco duży, abym się nim najadła. Poczekałam kilka sekund, po czym jak pocisk wystrzeliłam w jego stronę. Przeskoczyłam nad ogromnym porożem jelenia i złapałam tego małego. Zwierzęta rozproszyły się. Jeden z nich uderzył mnie w grzbiet. Potknął się potem o kamień i najprawdopodobniej złamał kopyto. Będzie kolejnym łatwym celem. Zjadłam szybko małego jelonka i zaczęłam szukać tego, który nie mógł chodzić. Znalazłam go kilkaset metrów od polany. Najadłam się do syta, a resztę włożyłam do liścia i zawinęłam go. Z małym ładunkiem na grzbiecie znów wyruszyłam w podróż. Dochodziła dziesiąta, kiedy zauważyłam ogromną górę. Była bardzo stroma i wysoka. Postanowiłam wspiąć się na nią i spojrzeć na okolicę. Ostre kamienie wystające spod śniegu kaleczyły moje łapy. Wiele razy potykałam się i zsuwałam w dół. Jednak po kilku godzinach (czy wspominałam, że ta góra była naprawdę ogromna?) stanęłam na szczycie. Widziałam stąd całą okolicę. Mimo iż byłam wiele, wiele kilometrów od mojej watahy, widziałam jej tereny. Bardziej na południe położona była wataha mojej siostry. Spojrzałam w tamtą stronę.
- Odwiedzić nie zaszkodzi... - mruknęłam do siebie i zeszłam z góry. Z tej strony była o wiele mniej stroma.
Tu zaczynała się mroźna Finlandia. Mój ukochany kraj, z którego pochodzę. Wiążą się z nim wspomnienia. Te smutne i wesołe. Po kilku kilometrach śniegu było więcej. Moje łapy zatapiały się w nim i miałam go praktycznie po barki. Teraz podróż dłużyła mi się jeszcze bardziej. W końcu śnieg stał się bardziej ubity. To oznaczało, iż zbliżałam się do watahy.
- Jaide! - krzyknęła Yasira.
- Oh, cześć! - powiedziałam do niej. Znałam Yasirę z opowiadań siostry. Mówiła, iż jest dobrą wojowniczką.
- Zaraz mam trening z Amy, Deluna jest w tamtej jaskini. - Wskazała łapą wilczyca, a ja udałam się w tamtym kierunku. Moja siostra siedziała w kącie i majstrowała przy miksturkach.
- Deluna! - pozdrowiłam ją.
- Oh, Jaide! - powiedziała z uśmiechem, ale i ze zdziwieniem. - Co ty tu robisz ?
- Mrfff, odeszłam z watahy... - powiedziałam patrząc w bok.
- Na stałe?! - krzyknęła moja siostra.
- Nie wiem, chyba wrócę... W sumie to i tak nie mam po co... Nikt mnie ta nie chce... Wiesz, że nawet mi nie podziękowali za te demony?!
- Pff, niewdzięczne kreatury... - mruknęła Deluna i przytuliła mnie - Co to za rany?
- Takie tam, przy bieganiu się zrobiły...
- Też takie miałam. Ale po około pół roku opanowałam to. Teraz mogę biegać z prędkością światła i nic się nie dzieje... Z resztą są na to mikstury i mogą ci pomóc. Coś jak witaminy... Chcesz?
- Taa, daj to. Masz coś na rany? Muszę iść dalej, odpocząć w jakimś sensownym miejscu... - powiedziałam patrząc na zegar słoneczny. Wskazywał godzinę dwunastą.
- Mmhmm... Tym sobie polej te większe rany, a tym te mniejsze. Ten pierwszy lek jest mocniejszy i nie trzeba go stosować na te małe ranki... A to jest ta miksturka, wypij. Staraj się dużo biegać. Jak zaczną się robić rany, to przestawaj na kilkanaście minut. A potem znów zacznij biegać. Za kilka miesięcy opanujesz tą sztukę - powiedziała Deluna wręczając mi trzy buteleczki. Po kilku godzinach gawędzenia i patrzenia, jak moje rany się goją postanowiłam, że już pójdę.
- Masz - powiedziała siostra wręczając mi skórzany plecak. Był mały, ale za to bardzo pojemny. - Tu masz mięso. Włożyłam ci jakieś zapasowe, jakby co. Tu masz tę miksturę na bieganie. Nie pomyl jej z tą, na duże rany. Wiesz co, dam ci jeszcze taką jedną. I jeszcze trzy takie na te małe ranki. Lepiej być przygotowanym. A tu masz mapę Finlandii. Jesteśmy o tu. Tam masz Magiczną Dolinę. No dobra, to wszystko. Nie zabij się tam! I jak będziesz wracać, to zajrzyj do mnie! - Uśmiechnęła się siostra.
Po chwili wyszłam z jej jaskini i znów ruszyłam w podróż. Mimo iż plecak był naładowany to był bardzo lekki. Zaczęłam biec. Po kilkudziesięciu minutach na grzbiecie dostrzegłam maluteńką rankę. Zatrzymałam się i zaczęłam iść. Postanowiłam nie marnować mikstury. Kto wie? Może kiedyś mi się jeszcze przyda? Niepostrzeżenie zaczęło robić się ciemno. Jak to w Finlandii. Godzina wczesna, a już zapada zmrok. Już miałam położyć się za krzakami jagód, gdy usłyszałam szept.
- Ty, szara i ślepa. Tu! - powiedział głos.
- Nie jestem ślepa. Kolor moich oczu stapia się z ciałem szklistym oka... - mruknęłam z niechęcią. Ile razy mam to jeszcze powtarzać?!
- Dobra, bez marudzenia. Tutaj! - szepnął. Weszłam do dużej jaskini ukrytej za liśćmi i krzakami. Na jej środku płonęło małe ognisko. Wilk, który mnie wołał był szamanem.
- Wejdź, dzisiaj będzie śnieżyca. Obudziłabyś się pod trzymetrową warstwą śniegu. W sumie to byś się już w ogóle nie obudziła...
- Mmhmm... Fajnie. Czyli mam tu przenocować?
- Dokąd zmierzasz? - zapytał wyciągając z mojego plecaka mapę i kładąc ją przede mną.
- Prawdopodobnie do Salo. Z Salo odbiję do Virratu. Niedaleko jest Imatra. Potem pójdę w stronę Keuruu a stamtąd udam się do Juvy. Dalej nie wiem, chociaż wtedy najprawdopodobniej wrócę Kuhmo. A z Kuhmo... Z Kuhmo pójdę do Seivi i Nivala. Kolejnym celem będzie Keitele. A potem wracam do domu. Do Magicznej Doliny. Tak. Oto moja trasa. Więc jak będzie? Mogę przenocować? - Spojrzałam na wilka.
- Interesujące, zaprawdę. Mógłbym dotrzymać Ci towarzystwa do Seivi? -  zapytał z uśmiechem. Spojrzałam na niego uważnie. Był czarno-biały. Na jego szyi przewieszona była niebiesko-biała chusta. Była stara i podziurawiona, ale mimo to czysta i zadbana.
- Przepraszam, jestem Kuura. - Uśmiechnął się wilk.

Kuura
- Unriva... Tak, mógłbyś... - powiedziałam. Wilk wydawał się naprawdę sympatyczny.
- Masz, pewnie jesteś głodna! - Zaśmiał się podając mi upieczony kawałek mięsa. Byłam najedzona, ale zjadłam go ze smakiem.
- Jest późno. Powinniśmy już iść spać. To znaczy... Wiem, że jest dopiero dopiero dwudziesta pierwsza, ale... Ja wstaję o piątej. Pasuje ci to? - zapytał wilk. Przytaknęłam.
Położyłam się na miękkich liściach brzozy (skąd on je wziął?) i zasnęłam. Śnił mi się Zuko... I Vickey. Miałam wrażenie, że bardzo dobrze im się teraz powodzi beze mnie. Wszystkim jest pewnie lepiej beze mnie... No tak...

 
CDN, miśki <33
Podobają wam się Historie niekończącej się podróży, która kiedyś się skończy?

środa, 20 lutego 2013

Od Victorii: Podróż na wyspę Balance, cz. 4, 1/2

Po niecałej godzinie byliśmy na wyspie. Była cudowna, po prostu nie da się opisać tego widoku.
- Fire, co teraz?
Żadnej odpowiedzi. Po chwili zauważyłam, że smok zniknął. Nie wiedziałam co robić: zostać, czy pójść dalej? Byłam wściekła na Fire'sa, w końcu zostawił mnie z Melody i Rudym całkiem samych na wyspie. Gdy już chciałam się wycofać i wrócić do domu...
- Masz jeden dzień na zwiedzenie wyspy - powiedział w mojej głowie. - Ale pamiętaj - pilnuj swojej siostry i chłopaka.
- Po pierwsze: czemu nie mogłeś wcześniej tego powiedzieć? A po drugie: to nie jest mój chłopak! - krzyknęłam. Melody z Rudym popatrzyli na mnie jak na wariatkę, a ja nie zyskałam żadnej odpowiedzi od smoka. Uspokoiłam ich, że rozmawiałam z Fire'sem, jednak nadal patrzyli na mnie dziwnie. Poszłam w głąb wyspy mając nadzieję na znalezienie wody i jedzenia.

Od Marchesy: U Zewnętrznych, cz. 5

- Coamh...
- Mhm...
- Muszę w końcu dostać się do Wewnętrznych i odnaleźć Starego Wilka. Codziennie o świcie słyszę muzykę, który mnie tam wzywa. Muszę się pośpieszyć.
- Yyy...
- No weź!
Podniosłam się ze śniegu i skoczyłam ku wilkowi.
- Teraz nie czas - odparł, nie patrząc na mnie.
- No weź - powtórzyłam.
Dyskutowaliśmy w podobnym stylu jeszcze przez godzinę. W końcu Coamh wyznał, że musi odprawić rytuał, aby wędrówka się powiodła. Przystałam bez zastanowienia.
W nocy kazał mi pójść za sobą. U wejścia jaskini, w której zebrali się wszyscy uczestnicy rytuału, szepnął:
- Wiesz... przejdziesz teraz przez dym ogniska... i jakby co, szczypało albo drapało w gardle, albo... coś, to ty lepiej milcz.
- Jakie "albo coś"? - zaniepokoiłam się. - Chyba umówiliśmy się, że ma nie boleć?
- No...
- NIE boleć?!
- Nie będzie... raczej - szepnął i czmychnął.
Wkroczyłam do groty. Zobaczyłam ogromne ognisko, które w jednej chwili zgasło. Węgle się  żarzyły. Wzięłam wdech, zamknęłam oczy i szybciutko przeszłam przez gęsty dym.
Gdy je otworzyłam, zobaczyłam przed sobą poważnego, ale szczęśliwego Coamha. Odwrócił się i wygłosił przemówienie do zgromadzonych pod ścianą wilków. Niewiele rozumiałam, bo jego mowa składała się głównie z nieznanych mi słów.

Od Unrivy: Historia niekończącej się podróży - początki bywają różne

Spojrzałam ze złością na wilczyce. To co powiedziały było miłe, jednak... Nie! Nikt mnie nie chce! Chcą, abym została tylko dlatego, aby stan watahy się nie pogorszył, ponieważ w każdej chwili ktoś może nas zaatakować! Tylko o to im chodzi!
- Nie! - krzyknęłam wstając. Zeszłam w dół góry.
Chwiejnie stawiając łapy oddaliłam się od watahy. Po kilkudziesięciu kilometrach zaczęłam biec. Na moim ciele zaczęły pojawiać się rany. Wcale mnie to nie interesowało. Zaczęłam biec coraz szybciej i szybciej... Śnieg topniał, gdy ściekała na niego gorąca, wzburzona niebieska krew.
- Przepraszam! PRZEPRASZAM! - Krzyczałam najgłośniej, jak potrafiłam. Biegłam przed siebie.
Teraz już nic się nie liczyło. Rany na moim ciele zrobiły się bardzo duże. Biegłam grubo ponad 600 km/h. Nagle zauważyłam przepaść. Starałam się zatrzymać. Kilka centymetrów przed krawędzią udało mi się to. Westchnęłam ze smutkiem po czym krzyknęłam głośno. Nagle krawędź na której stałam, zaczęła rwać się w dół. Zaczęłam uciekać. Nie miałam wyjścia. Mogłam wykonać wielki skok który był niemal samobójczy lub spaść. Szybko skoczyłam. Złapałam się pazurami za ziemię. Tempo zwolniło. Nie miałam sił, aby wspiąć się w górę.
- Przepraszam... - szepnęłam. Byłam wściekła.
Całą swą siłą wyskoczyłam w górę. Padłam na ziemię. Byłam potwornie zmęczona. Nie mogłam się jednak zatrzymać. Wstałam. Zaczęłam iść w drugą stronę. Byłam już daleko od watahy. Idąc powoli zauważyłam małą, ciasną jaskinię. Weszłam do niej. Była pusta i nie wyglądała na zamieszkaną. Mruknęłam i położyłam się w jej kącie. To tyle na dzisiaj. Jestem już wystarczająco daleko od watahy. Nie chcę tam wracać. Przynajmniej na razie....

CDN <333

wtorek, 19 lutego 2013

Wyniki naboru na Gammę

Oto nowymi Gammami zostają Mroczny i Navi, przepraszam, Mroczny i Navi! Gratuluję Wam :)

Dziękujemy wszystkim kandydatom za udział i zaangażowanie.

Pozdrawiam,
Marchesa.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Od Flame: Wave

Obudził mnie szelest. Był sam środek nocy. Coś warknęło. Zamarłam w bezruchu. W pełni księżyca pojawił się zarys wilka. Zaczął łapczywie chłeptać z mojego jeziorka. Zbliżył nos do wodospadziku i...Widocznie spodziewał się dotknąć z tyłu skały, ale tam była moja jama. Spoza strug wody wyłoniła się najpierw głowa, przednie łapy i... Cały wilk stanął w "holu" mojej nory. Delikatnie wycofałam się w cień. Mruknął coś do siebie, ale mimo moich usilnych starań wykrył mnie skuloną w rogu.
- Flame?
- Wave? - zapytałam słysząc znajomy głos.
- O... Ups... Wybacz to najście... To twoja jama? Bardzo pomysłowe.
- Taaak...
- Wyruszyłem cię szukać... A tak w zasadzie Sztorm mnie wysłał.* Dużo się zmieniło. Smoke przejął władzę nad watahą ognia i zażądał wojny. Nawet Fenix odleciał, a Heat został wygnany... Biedaczek...- ciągnął, a ja zachłysnęłam się powietrzem na myśl o przyjacielu i prawie* chłopaku.
- Tylko ty możesz go powstrzymać. Proszę! Wróć!
- NIE! Nie ma mowy! Słuchaj! Uciekłam celowo! Ja tam nie wrócę!
- Przemyśl to!
- Dobra! Zapytamy się Bety, czy możesz tu pobyć. Na razie przenocuj u mnie.

*Potem wszystko będe wyjaśniać. [przyp. Autorki]
*Prawie czyni wielką różnicę. [przyp. Autorki]

niedziela, 17 lutego 2013

Od Odalis: Dzień z rodziną

Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że mamy wreszcie spokój. Jedynie Shadow, Fever i Victoria podróżują, ale to nie zmienia faktu, że w Dolinie praktycznie nic się nie dzieje. A, byłbym zapomniała... Unrivy nie ma, ale niektóre wilki poszły już ją szukać... A ja muszę tu zostać, chociaż tak bardzo chciałabym wziąść udział w jakiejś wyprawie! Exalios żartuje, żebym nie marudziła, że się nudzę, bo znów mnie porwą...
Właśnie, Exalios! Jak dawno nie spędzałam czasu z nim i dziećmi... Dzisiaj to zmienię.
Skierowałam swe kroki do jaskini Kari, bo tam dzisiaj były szczeniaki.
- Gdzie są moje pociechy? - zapytałam ją wesoło.
- Soila jest w swojej miejscówce, Skay bawi się z LINem na trampolinie, Moon gra z innymi wilczątkami w chowanego razem z Odiem, a Dark i Light z resztą maluchów bawi się w berka - wyliczyła wilczyca.
- Dzięki. Do zobaczenia! - pożegnałam się i poszłam do Skay'a.
Wilczek razem z Louco i spółką zrobili konkurs, kto najwyżej skoczy na trampolinie. Skay trochę oszukiwał, pomagając sobie żywiołem powietrza, ale LIN też nie był 100% uczciwy. Louco rozluźniał innym napiętość liści, Indecisos łapał się lian, a Normais rozpraszał szczeniaki wygłupiając się.
- Cześć, jak się macie? - zawołałam do wilcząt.
- A nic, nudzimy się - rzekł Inecisos.
- Jak myślisz, może wybierzemy się do Jaskini Hayleya? Śnieg prawie stopniał, ale Jezioro dalej jest zamrożone, a mamy ochotę popływać. - Wyszczerzył się Louco, który zawsze mówił mi na "ty", mimo moich upomnień.
- Jak wolicie. W takim razie zawołam resztę moich szczeniaków. Spotkamy się przd wejściem do Jaskini - powiedziałam i poszłam po Moon.
Znalazłam ją schowaną za skałą, niedaleko Odiego, który szukał.
Darka i Fire'a spotkałam po drodze do Wodospadu Keina. Kazałam im pobiec do Jaskini Hayleya, a sama wysłałam telepatycznie Soili, żeby przyszła do mnie, gdyż drogi do jej Miejscówki nie zna nikt oprócz jej. Zresztą i tak drzewa są zaczarowane i zmieniają swoje położenie, aby nie można było znaleźć ścieżki.
Po paru minutach z ziemi wyłoniła się moja córka. Otrzepała się z piasku i spytała, czemu miała przyjść.
- Całą rodziną będziemy pływać w podziemnych jeziorach Jaskini Hayleya.
- Świetnie! - Ucieszyła się.
Do Jaskini przyszedł nawet zapracowany Exalios.
LIN ze Skayem, Darkiem i Lightem założyli się, kto zanurkuje głębiej. Exalios dla żartu też się założył, ale wygrał Dark. Ja, Soila i Moon zrobiłyśmy sobie odzielny konkurs, która z nas dłużej wytrzyma pod wodą. Zwyciężyła Moon. Potem niestety musieliśmy wracać, bo zapadła noc.

piątek, 15 lutego 2013

Od Zuko: Pożegnanie

Po walce z bratem-demonem byłem parę dni bardzo słaby, ale nigdy nie byłem tak zadowolony z wygranej. Jednak też bardzo szkoda mi było Jacka. Był najbardziej poturbowany, ale jednak żyje. I to najlepiej. Leah ciągle szuka jakiegoś rzadkiego zioła na wzrok. Dziś musieli wrócić na Krwawą Skałę; teleportują się. Nadszedł czas na pożegnanie. Już dość dawno sprowadziłem ich tu, żeby nam pomogli, ale muszą wrócić do domu. Staliśmy przed Wodospadem Keina, wiatr lekko powiewał na naszą sierść, a niebo było pełne ciemnych chmur. Składało się na burzę. Leah i Sauron powoli prowadzili poturbowanego mocno Jacka. Było mi go naprawdę szkoda.
- To przyszła pora się pożegnać – markotnie wymamrotałem w ich stronę. – Będziecie tu czasami wpadać?
- Pewnie – próbowała mnie pocieszyć Leah. – Zawsze, kiedy będziemy mogli.
- Jack? – spytałem, patrząc na niego zełzawionym okiem, szkoda mi go było i dręczyło mnie poczucie winy. - Trzymasz się jakoś?
- T-tak – odpowiedział Jack. – Nie przejmuj się.
- Jack. J-ja naprawdę strasznie cię przepraszam.
- Nie masz za co mnie przepraszać.
- A właśnie, że mam. Przeze mnie prawie byś zginął! Gdybym od razu zareagował zamiast stać bezczynnie i się gapić, ty nadal byś widział i byłbyś całkiem zdrowy!
- Ale dzięki tobie w ogóle żyję! Gdyby mnie zabił, to miałbyś za co przepraszać.
- Ale?
- Bez żadnych „ale”.
- Ja cię prawie zabiłem.
- Nie zabiłeś. Uspokój się. Chcesz się teraz kłócić o takie byle co?
- Nie. Ale życzę wam wszystkim zdrowia. A zwłaszcza tobie Jack. – Następnie zwróciłem się do Korry, stojącej obok Tahno. – Wszystko ci wytłumaczył, dlaczego nie przychodził na spotkania?
-Tak. Wszystko jest w porządku – pozytywnie odpowiedziała Korra – dostałam telepatyczną wiadomość i wszystko rozumiem Ale wiesz co?
- Co?
- Wtedy mógłbyś im trochę odpuścić.
- No właśnie! – całe rodzeństwo wrzasnęło na mnie wspólnie.
- Odpuściłem trochę Jackowi i do czego to doprowadziło?
- No, w sumie racja… - Ugryzła pazura Korra. – Jakby co, to ja idę z nimi.
- Spoko. To czas się pożegnać… Leah, zaopiekuj się dobrze Jackiem, Arią i Magnolią. Jack, życzę ci zdrowia. Sauron, odwiedzaj mnie często i upamiętnij jakoś naszych rodziców. Tahno i Korra, mam nadzieję, że będzie wam się układać. Iiiiii… Haru, proszę, nie przesadzaj z hazardem.
- Ma się rozumieć. – Strzelił łapami w moją stronę Haru, po czym z tyłu skrzyżował pazury. – Dziękuję, w imieniu nas wszystkich i poniektórych – Da się zrobić. Do zobaczenia!
- Pa.
Haru pożegnał się ze mną, po czym teleportował się z innymi na Krwawą Skałę. Szkoda, że widziałem ich ostatni raz na jakiś czas. Przygnębiony wróciłem do Vickey i małych.

THE END.

czwartek, 14 lutego 2013

Od Kari: Uczenie szczeniąt polowania

Dzisiaj poszliśmy do lasu uczyć się polować.
Zobaczyliśmy pięknego jelenia. Wytłumaczyłam szczeniakom, jak się poluje.
- Mamo, ale ja nie potrafię polować - powiedział Chris.
- Właśnie, dlatego się dzisiaj uczymy.
Szczeniaki okrążyły jelenia i skoczyły na niego.
Wróciliśmy do Legowiska Odalis, pokazaliśmy, co szczeniaki upolowały.
- Wow! - krzyknęła. - Starczy dla wszystkich szczeniąt na kolację!

Od Victorii: Podróź na wyspę Balance cz. 3

Było ciemno. Szłam cały czas wprost, nie wiedząc, gdzie idę i gdzie jestem. Po 2 minutach poczułam, jak temperatura się zwiększa. W końcu moja łapa trafiła na gejzer, który "wypluł" lawę jak najwyżej. Potem inne zaczęły wybuchać. Usłyszałam krzyk Rudego i Melody, pewnie też musieli się poparzyć lawą. Po 30 minutach krzyczenia i biegnięcia przez wybuchające lawą gejzery w końcu "włączyło się" światło. Zobaczyłam czerwone tło, które otaczało nas ze wszystkich stron. Podłoże było tym razem bez pułapek. Znienacka odezwał się głos.
- Kto z was to Victoria?
Melody z Rudym zrobili jeden krok do tyłu. Stałam sama przed tym czymś, co do mnie przemawiało.
- Więc to ty, tak właśnie myślałem. Wybacz mi te gejzery, to pułapki które chronią nas przed wścibskimi wilkami.
- No coś ty? - Zirytowana Melody szepnęła do siebie.
- Słyszałem. Co za maniery... Nie przedstawiłem się. Nazywam się Fires i...
- To ty jesteś smokiem ognia, prawda?
- Tak. Będę czymś w rodzaju twojego trenera.
- Wiesz, zastanawia mnie jedna rzecz. Czemu chcesz mi pomóc i skąd wiedziałeś, że przyjdę do ciebie?
- Chcę ci pomóc, ponieważ jestem wilkiem ognia. A wilki ognia - tak jak wilki wody - muszą się trzymać razem. Posiadam także moc przewidywania przyszłości, więc wiedziałem, że do mnie przyjdziesz. Więc chcesz, żebym pomógł ci opanować twoją moc, prawda? Nie musisz odpowiadać i tak wiem, widziałem to. Więc tak... Jeżeli chcesz zacząć trening, musisz najpierw dostosować się do tych trzech zasad. Po pierwsze - na wyspie możesz przebywać tylko ty...
- Nie, nie zgadzam się. Nie mogę zostawić samą Melody.
- I mnie - odezwał się oburzony Rudy.
- No i jego.
- Przykro mi, ale oni nie mogą poznać sekretów skrywanych na tej wyspie.
- To mi przykro, bo nie zgadzam się. Jeżeli oni nie mogą ze mną pójść, to ja wracam do domu...
- Czekaj! Dobrze, zgadzam się. Drugim warunkiem jest to, że masz się mnie słuchać. Jeśli nie wykonasz mojego polecenia, więcej nie będę ciebie trenował.
- A ostatni warunek?
- Masz pilnować swojej siostry i chłopaka.
- On nie jest moim chłopakiem! - Trochę zaczerwieniłam się.
- Niech ci będzie. Więc chodźcie! Komu w drogę, temu czas.

środa, 13 lutego 2013

Od Victorii: Podróż na wyspę Balance, cz. 2

Idąc z towarzyszem przez "puszczę", napotkała mnie miła niespodzianka.
- Melody! - krzyknęłam, biegnąc do swojej siostrzyczki.
- Victoria! - Rzuciła się na mnie, jakby nie widziała mnie przez rok.
- Co się stało? Co ty tu robisz?
- Uciekłam z watahy. Nie chciałam tam zostać. Zbyt tęskniłam za tobą i tatą... - popłakała się. Nie wiedziałam, czy ze szczęścia, czy ze smutku.
- Ale nie możesz tak robić. Co, jeżeliby się tobie coś stało?
- Nieważne. Nie chcę tam nigdy wrócić! Proszę, Victoria, nie każ mi tam wracać! - Ponownie zaczęła płakać.
Byłam trochę wściekła na Melody. Jednak co miałam zrobić, kazać jej wracać do stada? Pewnie i tak by jej z powrotem nie przyjęli.
- Dobrze. Możesz iść ze mną.
- Dzięki, dzięki, dzięki!! - Przytuliła mnie.
- Nie ma za co. Puść, bo mnie udusisz - uśmiechnęłam się.
- Oj, sorry. Więc dokąd idziesz?
- Na wyspę Balance.
- Eee... - zareagowała tak samo jak nieznajomy samiec.
- Coś się stało? - spytałam troszkę przerażona tym, że Melody i Rudy (nazywam go tak, bo ma rudą sierść) zachowali się tak samo, gdy powiedziałam im o wyspie.
- To ty nic nie wiesz? Na wyspie już od stulecia nikogo nie ma. Sama cisza i wiatr. Nawet nie warto tam iść.
- To niemożliwe. W takim razie po co wysyłałby tam mnie Exalios? - szepnęłam sama do siebie.
- To idziemy?
- Tak, tak - wyrwała mnie z myśli Melody. Po jednym dniu dreptania wyszliśmy z dżungli. Jednak spotkało nas coś jeszcze gorszego niż pustynia i dżungla...

Od Odalis: Święto Zwiadowców

Dalej obżarta po Dniu Jelenia przypomniałam sobie, jak spędziłam Święto Zwiadowców...

***
 
Wszyscy zwiadowcy zebrali się koło mojej jamy. Byłam ja, Forest i Mroczny, bo Zuko musiał szykować się do walki z Wilkiem Cienia.
Razem uznaliśmy, że najlepiej będzie, jak wspólnie zdobędziemy szczyt Harwene. Z tej wysokiej góry łatwo obejmiemy wzrokiem cały teren watahy.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Żeby było trudniej, mieliśmy nie używać swoich mocy podczas wspinaczki.
Na początku ścieżka na szczyt była łagodna, ale już po paru minutach musieliśmy zwolnić, bo coraz trudniej było wchodzić pod górę.
Po godzinie naszym oczom ukazał się wspaniały widok. Zapatrzeni staliśmy nieruchomo kilka chwil. Z odrętwienia wyrwał nas... Grape.
- A któż to przyszedł mnie odwiedzić? - zapytał nas z uśmiechem na pysku wilk, który pojawił się nie wiadomo skąd.
- Czy ty zawsze pojawiasz się z nikąd? - spytałam go.
Brat Exaliosa zrobił urażoną minę.
- A to kto? - Zmienił temat. - Nie znam ich.
- Wilczyca to Forest, a wilk to Mroczny. Mroczny, Forest, to jest Grape.
- Miło mi was poznać - zwrócił się do moich towarzyszy Grape.
- Nam ciebie też. Dlaczego nie należysz do naszej watahy? - odpowiedział Mroczny.
Wilk wzruszył ramionami.
- Masz tu piękny widok - uprzedziłam Mrocznego przed kolejnym pytaniem.
- No tak - odparł Grape.
- Chyba będziemy musieli niedługo wracać - wtrąciła się Forest. - Słońce już zachodzi.
- Masz rację. Chodżmy - Mroczny spojrzał na mnie wyczekująco.
- To my już pójdziemy. Do zobaczenia, Grape - rzekłam i zaczęłam schodzić w dół.
- Poczekajcie! Pewnie jesteście bardzo głodni. Zjedzcie u mnie - odrzekł brat mojego partnera.
- W sumie... - zamyśliła się Forest.
- To dobry pomysł. Co masz do jedzenia? - zapytałam wilka.
Grape poczęstował nas pyszną sarniną, a potem musieliśmy pędzić do watahy, bo zaczął zapadać zmrok.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Od Vickey

Szłam przez las, gdy nagle zobaczyłam odchodzącą Shadow...
Stała tam... daleko... Unriva... słyszałam, co chciała zrobić... i jest mi szczerze smutno, wbrew pozorom lubiałam tą wilczycę... Nie chciałam, by odeszła.Widać było, że bardzo się zdziwiała... że w ogóle przyszłam...
- Unriva! Trudno mi to powiedzieć, ale nie odchodź! Ja... ja tego nie chcę! Proszę, wszyscy cię lubią! Ty, ty smerfie ty... proszę,  zostań, uratowałaś watahę...
- Ja nie wiem... co o tym myśleć...

Dokończy Unriva...

Od Victorii: Podróż na wyspę Balance cz. 1

Nim się spostrzegłam, opuściłam teren naszej watahy. Szłam dalej przez pustynię. Słońce rzucało gorące światło, które opalało mój grzbiet. Nie było nigdzie wody, tylko skorpiony i węże, które zrzucały skóry. Było mi strasznie gorąco. Postanowiłam tym razem pobiec. Użyłam wszystkich swoich sił, by biec najszybciej, jak umiałam. Po paru minutach znalazłam się w gęstej dżungli, w której było dużo drapieżników. Nie przejęli się mną, pozwalając mi ruszać dalej. Po 1 godzinie wędrówki byłam wyczerpana. Zbudowałam szałas, który miał mnie ochraniać przed słońcem i deszczem. Potem zasnęłam. Gdy się obudziłam, padał ulewny deszcz. Niebo było przesłonięte chmurami, przez co nic nie było widać. Stworzyłam kulę ognia, która oświetlała mi drogę. Idąc dalej, nagle na coś wpadłam. Gdy popatrzyłam się do przodu, niczego nie zobaczyłam. Po chwili usłyszałam sapanie czyjegoś wilka. Przygotowałam się do ataku. Skoczyłam za dźwiękiem, lądując na ciele wilka, który stał się widzialny.
- Proszę, nie rób mi niczego - zaczął mnie błagać z łzami w oczach.
- Czemu miałabym ci coś robić? - zdziwiłam się reakcją samca.
- Ostatnio grasują tu wilki, które chcą mnie zabić. Ja nie chcę jeszcze umierać! - wybuchnął płaczem.
- Ale czemu?
- Bo jestem jeszcze zbyt młody...
- Mi chodzi o to, czemu chcą cię zabić?
- Właśnie nie wiem. Straszą mnie, że dorwą mnie w nocy, kiedy będę sobie słodko spać. A wtedy nikt mnie nie uratuje.
- Przykro mi, ale muszę już iść. Mam podróż przed sobą... - powoli zaczęłam odchodzić.
- Czekaj! Mogę iść z tobą? - podbiegł do mnie, błagając mnie swoimi oczami.
- Czemu?
- Chcę ci towarzyszyć. Nie wiesz, co czai się w tej dżungli. Mogę ci się przydać.
- Dobrze - przekonał mnie.
- Więc dokąd się wybierasz?
- Na wyspę Balance.
- Eee... - jęknął, wytrzeszczając oczy ze zdziwienia

Od Shadow: Wróć

Szłam w deszczu przemieszanym ze śniegiem wraz z Fever. Dosyć kiepsko zaczęłyśmy naszą wędrówkę...
Nagle usłyszałam krzyk wściekłości i rozpaczy. Pomyślałam, że to może być ktoś z watahy, dlatego pozostawiłam wszystko i w biegu rzuciłam do Fever:
- Poczekaj na mnie. Muszę to sprawdzić!
Biegłam nie bacząc na krzaki i drzewa. Swoim żywiołem powietrza odgarniałam gałęzie i pędy, żeby mnie nie podrapały. Mimo to raz wpadłam w jesienne szyszki, których nie zauważyłam pod łapami. Trochę pokłuło, ale to mnie nie zatrzymało.
W końcu zobaczyłam leżące ciało.
- U-Unriva...? - wyszeptałam przestraszona. Przelękłam się, że może coś się stało jej poważnego. - Unriva, słyszysz mnie?!
Wilczyca uchyliła z trudem powieki.
- Zostaw mnie. Nikogo nie obchodzę.
- Mnie obchodzisz, dlatego zabiorę cię w ciepłe miejsce.
- Akurat. Potem będzie tak samo, jak wcześniej.
- To znaczy jak?
Unriva zacisnęła powieki. Po chwili wyszeptała ze złością zdławionym głosem:
- Każdy będzie miał do mnie pretensje. Będą woleli, żeby mnie nie było. Jeśli mi się coś stanie, zabiorą mnie do szamana, a przedtem ochrzanią za rzekomą głupotę, podczas gdy ja tak bardzo chciałam, chciałam, chciałam, żeby ktoś się mną normalnie porozmawiał i pobył, a nie tylko widział we mnie kłopoty. - Nabrała tchu, a potem dodała po głębszym namyśle: - Aha, i żeby ktoś docenił to, że beze mnie nigdy byście nie pokonali demonów.
Zapadła cisza.
- Jakimi słowami powinni ci podziękować? - zapytałam.
- Nie musieliby dużo mówić. Jedno słowo "dziękuję". Czy ja żądam wiele?
- Posłuchaj.
Przysunęłam pysk bardzo blisko jej ucha, żeby nie uronić ani głoski. Wilczyca usłyszała po chwili mój urywany szept, niegłośny, ale wyraźny i ciepły.
- Dziękuję ci za przegonienie demonów. Dziękuję ci za twoje żarty i wygłupy, i dziękuję ci za to, że jesteś. A teraz bardzo cię proszę, żebyś dała naszej relacji szansę, bo już dawno chciałam cię bliżej poznać, podczas gdy ty byłaś zajęta ratowaniem naszej watahy.

Od Unrivy: Hahahaha... NIE

Kilka minut później straciłam przytomność. Jak zwykle, w jakiś niewiadomo jaki magiczny sposób, znalazłam się w jaskini Exaliosa. Jak zwykle, dzięki jego ziółkom, rany, które jeszcze kilka godzin temu były prawie śmiertelne, były już prawie zagojone. Westchnęłam siadając. Wtedy do jaskini wszedł Najwyższy szaman.
- Co ty sobie wyobrażasz? - powiedział spokojnie, jednak wyczułam, że był trochę podirytowany.
- Nic - mruknęłam niezadowolona. Exalios spojrzał się na mnie poważnie.
- To już chyba trzeci raz, kiedy robisz coś debilnego i muszę cię leczyć! - podniósł głos.
- Skoro ci to nie pasuje, to wcale nie musisz mnie leczyć... - powiedziałam z pełnym niezadowoleniem.
- Bardzo chętnie, szkoda tylko, że muszę, bo jesteś w watasze! - krzyknął.
- Widzę, że już NIKT mnie tutaj nie chcę.... - burknęłam wychodząc z jaskini. Wystawiłam pysk na zewnątrz. Lało jak z cebra.
- A ty gdzie znowu? Musisz tu przenocować. Twoje rany nie są jeszcze do końca zagojone... - powiedział Exalios. Robiąc mu na złość wyszłam z jaskini. Ściągnęłam bandaże.
- Pfff... - powiedziałam.
- Wracaj - powiedział ostro wilk.
- Ani mi się śni!
- Zobaczymy, gdzie pójdziesz, jak cała przemokniesz.... - mruknął Exalios i schował się w głębi jaskini. Poszłam do lasu. Idąc wprost przed siebie znalazłam to miejsce, w którym wcześniej widziałam szkło. Spojrzałam na nie. Niektóre były jeszcze w mojej krwi. Miałam ochotę znów to zrobić. Pociąć się. Dawno tego nie robiłam... Wzięłam do łapy kawałek szkła. Nacięłam delikatnie drugą łapę.
 - Nie... - powiedziałam do siebie.
Nie chciałam do tego wracać... Rzuciłam kawałkiem szkła. Krzyknęłam na całe swoje gardło. Na cały las. Na całą Dolinę. Tak, aby każdy usłyszał. Usłyszał, jak cierpię. Zaczęłam płakać. Ostatnie wydarzenia tak się we mnie skumulowały, że dzisiaj wybuchły. Ryczałam jak mały szczeniak. Położyłam się na ziemi.
- Dokąd zmierzamy? Jaki jest tego wszystkiego cel? Po co żyjemy? Żeby w końcu zdechnąć? - zapytałam siebie. Wstałam. Nagle wszystkie smutki odeszły. Została tylko złość. Złość na wszystko. Żadne inne uczucia. Sama złość. Zacisnęłam łapy, niby człowiek pięści. Miałam wszystkich dosyć. Nikt, nikt nie podziękował mi za przepędzenie demonów. Wszyscy tylko zapatrzeni we własne oblicze. Ratują tylko własny zad, a o innych nie pomyślą. Nienawidzę wszystkich. Całkowicie straciłam kontrolę nad własnym ciałem. Ogarnęła mnie zbyt wielka złość. Zaczęłam biec przez las. Dobiegłam do jakiejś skały. Zaczęłam drapać po niej pazurami. Dźwięk który temu towarzyszył był okropny. Ostry i głośny. Przestałam to robić dopiero gdy moje łapy zaczęły krwawić. Zostawiłam na skale głębokie wgłębienia wypełnione niebieską krwią. Biegłam w stronę wodospadu. Przeskoczyłam nad nim, starając oddalić się od watahy. Nie miałam zamiaru mieć z nią nic wspólnego. Przynajmniej narazie. Przez kilka tygodni. Musiałam ochłonąć. Biegłam, zostawiając na śniegu krwawe ślady. Wiedziałam, że nikogo nie obchodzę i że nikt nie będzie mnie szukał.
- Po co wam ktoś taki jak Unriva? - krzyczałam. Przystanęłam na chwilę przy granicy naszej watahy.
- Nie chcecie, żebym wróciła, prawda?! Nienawidzicie mnie! Każdy z was! Nikogo nie obchodzę! Chcecie, żebym zdechła! - krzyczałam najgłośniej, jak potrafiłam. Wszyscy to słyszeli. Było późno, a co się z tym wiązało, cicho. Łkając wyszłam poza granice watahy. Chwiejąc się od czasu do czasu szłam przez mroźną Finlandię. Po kilku minutach z wycieńczenia straciłam przytomność.

Ej, macie dwie opcje ludzie ;-;
Albo mi pokazujecie, jak bardzo mnie nienawidzicie
i ignorujecie moje odejście i nic nie robicie ALBO
ktoś idzie za mną i mnie powstrzyma.
Wasz wybór. Mi to tam zwisa i powiewa |D
To co ludzie? Jak macie mnie gdzieś, to ja sobie odejdę na kilka tygodni i potem wrócę. Co wy na to, miśki ? <3 ;*

niedziela, 10 lutego 2013

Od Fever: Wyprawa

Długo rozmyślałam nad tym, czy udać się na tą wyprawę, czy nie. Krążyłam bez celu po terenach watahy i rozmyślałam. Podejrzewałam, że Shadow zaczyna się niecierpliwić, bo ona już dawno odpowiedziała Odalis, że chce wyruszyć w tą podróż. Nie byłam pewna, czy dam radę. Ale skoro idzie ze mną też druga wilczyca, powinno nam się udać. Podniosłam głowę i podjęłam ostateczną decyzję.
Nagle za mną usłyszałam kroki. Zauważyłam Betę i Shadow. Oby dwie przybiegły do mnie i przystanęły obok.
- Zdecydowałaś się? - zapytała mnie Shadow, a Odalis nachyliła się, by usłyszeć odpowiedź. Przełknęłam głośno ślinę i powoli kiwnęłam głową.
- Tak, idę na tą wyprawę - powiedziałam lekko drżącym głosem. - To kiedy wyruszamy? - zapytałam i spojrzałam raz na jedną, raz na drugą wilczycę.

To kto dokończy? Odalis, a może Shadow?

Od Shadow: Pokaleczona wilczyca

Ponieważ Fever dalej się nie zdecydowała, nie miałam nic do roboty. Postanowiłam więc przejść się razem z Luckiem.

***

Niestety, musieliśmy przerwać naszą przechadzkę, bo rozpętała się burza. Zaczęliśmy truchtem zbiegać ze zbocza góry. Z nieba padał rzęsisty deszcz. Przyśpieszyliśmy.
W pewnym momencie usłyszałam cichy jęk. Zatrzymałam się, zdziwiona, kto jeszcze oprócz nas nie zdążył wrócić do jaskini. Cicho i ostrożnie poszłam razem z Luckiem w kierunku źródła dźwięku.
Wśród drzew leżała pokaleczona Unriva. Wokół jej ciała było mnóstwo drobnych, ostrych kawałeczków, chyba szkła. Zaskoczył mnie fakt, że tutaj, w lesie, pojawiło się szkło. Przecież ludzi już od dawna nie ma...
Uważając, żeby nie okaleczyć się odłamkami szkła, podeszliśmy do leżącej wilczycy. W wielu miejscach miała wbite szkło. Z jej ran sączyła się czerwona krew.
Zaraz, zaraz, czy Unriva przypadkiem nie miała niebieskiej krwi? - pomyślałam.
Za pomocą swojego żywiołu powietrza uniosłam ciało wilczycy. Nadal ostrożnie stąpając, zaniosłam swoim żywiołem wilczycę do szamana. Kiedy kładłam jej ciało na skórach, do moich uszu doszło ciche westchnienie szamana "Znowu ona...".
- Gdzie ją znalazłaś? - zapytał Exalios.
- Wśrodku lasu. - Ledwie było mnie słychać, bo moje słowa zagłuszała burza. - Wokół niej było mnóstwo szkła.
- To dziwne... Dziękuję, że ją zaniosłaś do mnie. Możesz już iść.
Pożegnałam się z Najwyższym i mając nadzieję, że Unriva szybko wyzdrowieje, ruszyłam do swojej groty.