W kącie naszego leża siedział żbik. Normalnie żbiki się nie
uśmiechają, ale to był żbik, który przyjaźnił się z zielarzem.
Lubię żbiki. One najczęściej także mnie lubią. Ale z tym
było na odwrót. Miał przenikliwe spojrzenie i nigdy się nie odzywał.
- Chodź, mam dla ciebie pyśną libkę, kiciu – zagadał Coamh
do zwierzęcia. – Ugotowałem zupcię.
- Możesz do niego tak nie mówić? Niedobrze mi się robi. –
Skrzywiłam się.
- Bo nic nie jesz.
- Jem…
- Jakoś nie zauważyłem. A wczoraj to co?
- Wczoraj nie miałam ochoty.
- Czemu?
- Bolał mnie brzuch.
- Powiedz jak, to wyleczę.
- Czułam się, jakbym zjadła coś ruchliwego.
- Hmmm… - zamyślił się. – Na to najlepszy jest mięso z
ziołami Jehak. Właśnie zrobiłem. Masz i jedz.
- Nie! – Wzdrygnęłam się na myśl o znienawidzonej potrawie,
którą Zewnętrzni jedli co drugi dzień.
- Jedz! Szaman karze. Szamanowi się nie odmawia.
- No tak…
Podsunął mi pod nos dymiący kawał mięcha.
- Śmierdzi – próbowałam się wykręcać. – Zepsute. Wyrzuć. Albo
daj temu swojemu żbikowi.
(Gość w kącie nie obraził się na to, bo miał specyficzne
podniebienie i byłby zadowolony z takiej możliwości).
- Jedz – powiedział twardo Coamh.
Cóż, szaman kazał, to zaczęłam jeść. Tymczasem żbik rzucił
się na rybę od przyjaciela. Połknął ją tak szybko, jakby nawet nie miała
kontaktu z przełykiem. Może tak to trzeba robić – nie smakować, tylko jednym
haustem połknąć to świństwo, pomyślałam.
Wtedy, przysięgam, żbik spojrzał na mnie z uznaniem i skinął
głową.
Poszliśmy nad rzekę. Usiedliśmy na kamieniu nad brzegiem.
- O! Brzuch mnie przestał boleć. Jakieś czary –
powiedziałam.
- Nie czary, tylko zioła Jehak – odparł Coamh.
- Mimo wszystko dziękuję. Tak swoją drogą… umiesz czarować?
- To raczej zdolności, niż czary. Mam Dotyk, ale nie do
końca wiem, co to jest. Jakoś tak potrafię dotknąć kogoś w miejsce, gdzie go
boli, i od razu wiem, jaka jest przyczyna i co mam zrobić. Nauczyłem się nawet
wyciągać ciernie, które już zarosły i tkwią głęboko pod skórą. Gdy jej dotknę,
one wychodzą z powrotem na wierzch. Mogę też przywołać rój owadów albo
przywołać i odesłać mgłę* – uśmiechnął się.
Mimo to rozmowa była poważna. Skończyły się kpiny.
- To dlatego, kiedy tu szłam, mgła nie podnosiła się?
- Tak. Ale czasem mi nie wychodzi. Nie mam Mocy.
- Czym jest Moc?
- Tajemnicza siła z zewnątrz, która czasem kieruje tobą, a
czasem pozwala tobie kierować innymi. Czasem czuję, jak wypełnia otoczenie, jak
wiatr. Wtedy mogę czarować i wychodzą mi zaklęcia. Problem w tym, że aby zostać
prawdziwym szamanem, muszę nauczyć się sam ją przywoływać. Tak, żeby była na
moje każde wezwanie. A ja… ja jestem zwykłym zielarzem. Moc musi sama do mnie
przyjść, albo ktoś musi ją do mnie wysłać.
Na kamieniu po drugiej stronie rzeki usiadł żbik szamana.
Głowiłam się, jak dostał się na drugi brzeg i czemu miał suche futerko. Miałam
wrażenie, że szpera mi swobodnie w głowie.
Cicho podeszli do nas łowcy. Żbik miauknął i zaczął czyścić
pazury tak wymownie, że wszyscy odczytali groźbę. Jeden z łowców nie wytrzymał
i schował się za kamieniem. Żbik miauknął znów. Wilk starał się nie wystawać
zza skały. Po raz trzeci usłyszeliśmy miauknięcie. Łowca skomląc zerwał się i
uciekł w krzaki. Żbik z satysfakcją powrócił do czyszczenia futerka.
- Szamanie, chcemy wiedzieć, czy jest odpowiednia pogoda na
polowanie – odezwał się jeden z myśliwych.
Coamh polecił przygotować mu gałązkę splecioną w kółko.
Przygotowaną rzucił w wyrwę między lodem na rzece.
- Co tam widzisz? – szepnęłam.
- Woda dzięki gałązce się nie marszczy. Sprawdzam, czy niebo
jest czyste. Nie ma żadnej chmurki, więc nie będzie padać.
- Nie możesz normalnie spojrzeć w niebo?
- W niebo to oni sami mogą spojrzeć. Ja tu mam czarować.
- A jak się pomylisz?
- Mówię im, że przynieśli mi nieodpowiednią gałąź, albo że
woda jest brudna. Albo wymyślam jakieś nieprzyzwoite rzeczy, wtedy każdy wie,
że rzeka jest do kitu.
Coamh miał kilka takich „żarcików”, dzięki którym wilki
wierzyły w jego Moc.
Gdy Zewnętrzni odeszli, Coamh posmutniał. W końcu odezwał
się:
- Tu potrzebny jest prawdziwy szaman, a nie ja.
- Jesteś szamanem! Masz Dotyk, więc o co ci chodz?
- Prawdziwa wiedza szamanów przepadła, gdy odszedł Stary
Wilk. Uczył mnie, ale nie zdążył wszystkiego. Znam tylko skrawki receptur i
zaklęć. Nie mam Wiedzy.
- Leczysz.
- Po prostu logicznie myślę. Niektórzy po prostu tego nie
robią, ale również umieją.
Zamilkł przygnębiony.
- Coamh… - oświeciło mnie. – Czy Stary Wilk przekazał ci
jaką wskazówkę, gdy odchodził, gdzie masz dalej szukać Wiedzy?
- „Idź za głosem serca”, ale to mówił wszystkim, nie tylko
mnie. – Rozluźnił się. – Ja najczęściej słucham łapy. Złamałem ją kiedyś i
teraz zawsze wiem, kiedy są burze z huraganami. Często mi nie wierzą, ale to
potem ich dobytek wpada do rzeki, podczas gdy ja grzeję się przy ognisku.
W tej chwili żbik wstał, przeciągnął się i ziewnął, jakby
słyszał to już sto razy.
- Warto też słuchać kiszek – kontynuował wilk. – Właśnie
słyszę, jak ci w brzuchu burczą, czyli nadeszła pora obiadu.
- Ha ha ha. A co będziemy jeść?
- Polędwicę.
- Nie gadaj! Uwielbiam… Zaraz, zaraz, czy nikt do niej nie
nawrzucał znowu garści Jehak?
- Natural… Aaaaa!!! – Zrzuciłam szamana ze skały.