Wywiad to świetna rzecz. Siedzi wilk w jaskini, nawet nie zdąży zadać pytania, a ma odpowiedzi. Ach... kocham to.
Patrzyłem na krople wody ściekające z nierównego (i dziurawego!) stropu. Czekałem na wiadomość, sygnał, znak.
Doczekałem się.
*
Rozejrzałem się uważnie. Z tego, co powiedział mi mój ukochany wywiad, powinienem teraz skręcić w prawo. Po godzinie drogi trafię na obozowisko jednego z oddziałów, który notabene ostatnio napadł Ren z wilkami.
Proste?
No nie do końca. Niektórzy mogliby mnie rozpoznać, w końcu walczyłem z nimi w bitwie. Z tego też powodu postanowiłem przyjść w nocy, ubrudziwszy się wszechobecnym błotem, tak dla pewności.
Była też kwestia Priji.
Ewidentnie chciał mnie zabić. Może być zagrożeniem. Pewnie wypadałoby takie zagrożenie wcześniej wyeliminować.
Z drugiej strony zabicie któregoś z nich na pewno nie byłoby dobrze odebrane, więc droga powrotna wiązałaby się z pościgiem. Gdyby nie udałoby mi się ich zgubić, dotarliby do Mrocznych, a co się z tym wiąże - spisek wykryty.
Uśmiechnąłem się nieznacznie. Lubiłem w sobie tę chłodną analizę, której tak bardzo brakowało mi w Fair...
*
- Stać! Kto idzie?
Zatrzymałem się. W ciemnościach nie dostrzegłem wartowników, więc nie mógłbym się bronić. Liczyłem, że nie kierują się zasadą: najpierw zabić, potem pytać. Szczęście było po mojej stronie.
- Posłaniec. Czerwona Armia - wysapałem, gdyż chciałem dać pozoru pośpiechu, jaki mną kierował.
- Wreszcie. Idź do dowódcy.
Przeszedłem te parę metrów, zapamiętując pyski wilków.
- Jakie wieści? - zapytał ktoś, zapewne ów dowódca.
- Alfa odmiana udzielenia wsparcia. Cytuję: te niedojdy tyle razy otrzymywały od nas jednostronną pomoc, że na nic mi taki sojusz - rzekłem bez mrugnięcia okiem.
- Toż to jawna obraza! - zawołał samiec.
- Takie dostałem rozkazy - odpowiedziałem spokojnie.
- Niedojdy, hm? - szeptał do siebie basior. - Ja im dam niedojdy! Veah! Dogońcie dostawę eliksirów. Jak nie chcą sojuszu, to nie będzie sojuszu...
Uznałem, że tyle po mnie. Niezauważenie opuściłem obóz.