Wchodzisz na tego bloga z sentymentu czy przypadkiem? :>

wtorek, 30 kwietnia 2013

Podsumowanie miesiąca (kwiecień 2013)

No proszę, proszę! W tym miesiącu, uwaga...
Nic szczególnego się nie działo.
Dla członków naszej watahy, miłujących rozgardiasz i emocjonujący chaos, to szczególny wyczyn!
Ale taka mała prośba na maj... Niech już będzie chaotycznie i ekscytująco, bo ja się nudzę. :(

Do naszej watahy doszło całkiem sporo nowych wilków. Są to: Shakira, Chever, Vickey cudownie wskrzeszona, Eleonora, Yangi oraz mali Silyen, Euterpe, Drops i Santino.

Odeszli od nas wygnani Laila i Wave. (Niestety w maju również kilka osób zostanie wygnanych, ale nie uprzedzajmy faktów.) Max zginął na warcie. W świat poszły dorosłe już wilczęta Sii i Shiru (Hybris, Bones, Nel i Melly), Odalis i Exaliosa (Skay, Soila, Moon, Dark, Light), Maxa (Antris) oraz Kari (Alfie i Aisha).

My świętowaliśmy sobie radośnie Dzień Śmiechu, na czas którego Unriva przygotowała nam śmierdzący kawał, podczas gdy Zuko walczył ze śmiercią w swojej odległej podróży. Luck spotkał po długiej rozłące swoją siostrę Lucky. Odbył się smutny pogrzeb zmarłego tragicznie ojca Victorii. Stary Wilk, który przybył do nas w zeszłym miesiącu, zaklął tereny Magicznej Doliny i okolice, dzięki czemu na nasze terytorium już nigdy nie wtargną ludzie, po czym odszedł. Przez krótki czas myśleliśmy, że Unriva i Chever są sobie przeznaczeni, ale niestety nic z tego nie wyszło. Navi wyruszyła na podróż wraz z Mrocznym, aby poznać swoją przeszłość. Podczas ich wędrówki Vickey została wskrzeszona, co spotkało się ze zdumieniem, a potem entuzjazmem wszystkich wilków. Unriva poznała swój przydomek. Odalis opuściła watahę, aby odnaleźć Dangerousa, a krótko po tym Victoria wyruszyła w przeciwnym kierunku. Unriva dostała zacieszu przez jakąś podejrzaną substancję Deluny, ale po nieszczęśliwej przygodzie straciła jedno oko. Shairsa gorączkowo próbowała zyskać nowych przyjaciół. Shadow musi zmierzyć się z trudnym problemem - dowiedziała się, że po ostatnim starciu z Evilanem jest śmiertelnie chora. W Dolinie zaczyna się nowa przygoda: tajemniczy wilk w masce, zostawiający ślady w postaci litery X, a w dodatku ratujący wilczyce z opresji, wzbudza liczne plotki.
 
Ze swojej jaskini pozdrawia Was ziewająca z nudów na samą myśl o tym "przeraźliwe mało interesującym miesiącu"
Alfa Marchesa

Od Odalis: Po smoka, cz. XXII – Dangerous!

Miałam tego powoli dość. Chciałam wrócić do watahy…

***

Po wielu tygodniach wędrówki dotarliśmy do Gór Słońca.
- Musimy polecieć do góry – oceniłam. – Inaczej nie przejdziemy.
- Odalis, muszę ci coś wyjawić – przerwał mi Recto. – Otóż mam pewną misję, oprócz szukania rodziny, dostałem zadanie sprawdzić, czy jesteś godna.
Milczałam zaciekawiona.
- To długa historia, osoba, która zleciła mi tą misję, musi podjąć trudną decyzję. Musi zdecydować, jakie chce prowadzić życie. Dostała wybór pomiędzy dwoma różnymi opcjami. To nie jest łatwe… Może żyć jako pan i władca albo tak jak dotychczas, jako sługa. Przebył tą długą drogę, aby posłuchać głosu serca w samotności. Spotkał mnie i kazał mi przeszkodzić ci… go znaleźć. Szukasz go, ale zdecydować musi sam.
- Dobrze. Mogę poczekać. Długo to będzie trwało?
Wilczek zdziwił się. Zakłopotany szukał odpowiedzi.
- Nie, powinien skończyć dzisiaj. Myślałem, że będziesz próbować się do niego dostać.
- Tak bym zrobiła kiedyś. Dziś robię inaczej.
- To dobrze, bo w walce mógłbym cię przez przypadek zabić. Cóż, tam jest przytulna jaskinia, możemy poczekać.
Recto zaprowadził mnie do jamy. Rzeczywiście, była przytulna. Godziny mijały nam na rozmowie, gdy nagle ziemia zatrzęsła się.
- Zapomniałem ci powiedzieć – krzyknął do mnie Recto, żebym go usłyszała. Hałas był okropny – że kiedy zostanie wybrana jakaś trudna decyzja, to te góry walą się i odbudowują na nowo. Uciekamy!
Ledwie dobiegliśmy do wyjść. Sufit zawalił się za nami.
Kiedy kurz opadł, moim oczom ukazał się… Dangerous!
- Dangerous! – zawołałam radośnie, ale zamilkłam.
Czekaliśmy z wilczkiem, aż smok do nas przemówi. Co wybrał? Władca czy sługa?
- Panie – przemówił w końcu Recto – czy możemy wiedzieć, cóż wybrałeś?
Smok dalej milczał. Milczeliśmy i my. W końcu Dangerous rzekł:
- Serce Me Uznało, Iż Smok Dangerous Powinien Być…

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wilczątko Drops


Imię: Drops
Płeć: samiec
Rodzina:
Przybrani rodzice: Sia i Shiru
Przybrane rodzeństwo: bracia Bones, Melly i Nel, siostra Hybris
Żywioł: ziemia
Umiejętności: czasami, gdy goni swój ogon może wytworzyć wielkie skały w tym miejscu
Opis: Drops to miły i energiczny szczeniak. Potrafi naprawdę dobrze rozśmieszyć. Jest odważny, pomocny i kochający. Lubi Się, z którą może się pobawić, a nawet powiedzieć o swoich kłopotach. Ma mały uraz do Shiru, którego często nie ma.

Od Odalis: Po smoka, cz. XXI – Tęsknię za Exaliosem!

Na szczęście szybko znaleźliśmy jakąś watahę i porządnie się posililiśmy. Kiedy stres ustąpił, przypomniałam sobie, że od wczoraj nie miałam nic w pysku.
Nasza podróż wyglądała tak, że ja szłam, a Recto pojawiał się od czasu do czasu. Nie było go, to był. Długo głowiłam się, jak on to robi, ale nie wymyśliłam. Niewidzialny być nie mógł, chować się nie miał za czym… Czasem zastanawiałam się, czy to tylko wytwór mojej wyobraźni.
Reniemiasz… Zawsze kojarzył mi się z Evilanem. Kiedy tego drania ostatnio widziałam, wypędził go Stary Wilk. O ile dobrze pamiętam, nazwał mnie wtedy Anspeire. To był mój przydomek, który z Marchesą ukrywałyśmy. Przypominał nam obławę. Chever nie mówił go przy wilkach z watahy, tak jak my, ale czułam, że nie podoba mu się. Zawsze, kiedy rozmawialiśmy, wymawiał go z dumą.
Exalios! Serce mi się ścisnęło. Jesteśmy partnerami, a tak mało o nim wiem. Kocham go, ale pewnych informacji musiałam się sama domyślić. Na przykład to, że mieszkał w Watasze Zmierzchu. Ach! Nie znam nawet jego przydomka! Wiem jedynie, że uczył się u Starego Wilka. Musiał być bardzo dobry, wywnioskowałam to z ich zachowania, choć ktoś, kto nie badał ich dokładnie, nie mógł niczego zauważyć. Tak mało wiem… Mogę się jedynie pocieszać, że inni członkowie watahy nie wiedzą nic. Czy nadejdzie dzień, kiedy dostanę odpowiedz na wszystkie pytania?
- Ej, a ty co  tak stoisz? – Zaczepił mnie wilczek.
- Nic, rozmyślam – odpowiedziałam spokojnie.
Recto zamilkł. Szliśmy dalej w milczeniu.
- O czym myślisz? – zapytał.
- O mojej rodzinie.
- Opowiedz mi o niej.
- Mam partnera i piątkę dzieci. Są już duże i pewnie… już ich nie ma w watasze – Westchnęłam. – Nawet nie zdążyłam się z nimi pożegnać.
- To przykre.
- Nie mówmy o tym więcej. Znając ich, pewnie zaszyli się gdzieś w lesie i czekają na mój powrót. Mam nadzieję, że szybki.
- Ja też tęsknię za bratem.
- Rozumiem cię. Raz musiałam rozdzielić się z siostrą na parę miesięcy. Na szczęście wróciła.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Od Vickey: Amazonia; ciąg dalszy

Zapadł zmrok... Dzieciaki położyły się obok mnie i zasnęły. Zuko i Eyn stali na straży. Wieczór zapowiadał się spokojnie. Smugi wiatru czesały mą sierść. Myślałam o tych całych przeobrażeniach, na przykład Zuko, dowiedział się, że jest wilkiem Zemsty, każdy może dożyć przeobrażenia. Jest nieprzewidywalne. Eyn usiadł pod drzewem. Spojrzał na mnie i zapytał:
- Nie śpisz?
- E... e, nie, nie czuję się senna. Na razie zapewniam szczeniętom ciepło.
- ...
Usłyszałam szelest liści, Zuko wyszedł zza krzewów. Podszedł i polizał mnie w policzek. Otarłam się o jego bok.
- Nie śpisz? - zapytał.
- Uh, nie. Eyn też się o to pytał. Nie, nie jestem śpiąca.
- No dobrze.
- Zuko, czy doznałeś jakiegoś uczucia po tym jak się dowiedziałeś, że jesteś wilkiem Zemsty?
- Hmmmmm, nie jestem pewien, na pewno taki niesamowity przypływ mocy, tak pasma energii przebiegające przez moje ciało...
- Niesamowite.
- Tak.
Eyn spoglądał na nas nasłuchując. Jego głowa po chwili gwałtownie odwróciła się w kierunku drzew. Wszyscy wstali prócz szczeniąt.
- Bądź za mną - powiedział Zuko. Natychmiast wykonałam polecenie.
Wiatr od drzew zawiał ze świstem, a nas aż przesunęło o parę centymetrów do tyłu, Eyn wpadł na nas ciężko.
- Wstawaj! - wykrzyknęłam.
- Eyn, żyjesz? - zapytał Zuko.
-Tak. Wszystko ok.
W kierunku wichru wynurzyła się jakaś ciemna, ale jednocześnie jasno ubarwiona sylwetka.
- Zuko, Eyn... czy to... czy to... Kayah...? - zapytałam.
- Niestety tak!
Wilczyca skoczyła Zuko do gardła, a ten uderzył ją ogniem.
- Vickey, uciekaj ze szczeniakami!!! Teraz! - wykrzyknął Eyn.
Wzięłam szczenięta a grzbiet, obudziły się...
- Mamo?
- Ciii, musimy uciekać!!!
Pobiegłam wgłąb lasu...

Od Exaliosa: Czyżby X to...?

Spacerowałem sobie po terenach watahy. Odkąd wróciła Vickey z Zaświatów miałem mniej do roboty. Była bardzo dobrą zielarką. Mogłem pozwolić sobie na chwilę relaksu - poradzi sobie z tymi kilkoma stłuczeniami szczeniaków.
Westchnąłem głęboko. Czasami czułem ochotę wykrzyczeć na cały głos wszystko o sobie. To, czego wilki nie wiedzą. Co właściwie wiedzą o mnie wilki? Jedynie, że jestem dobrym szamanem imieniem Exalios. No, i że mam partnerkę i dzieci. Nie wiedzą, że mieszkałem w Watasze Zmierzchu i uczyłem u Starego Wilka. Dzieciństwo... Było całkiem przyjemne. Lubiłem poznawać tajemnice szamanów.
Moi rodzice, Lausha i Eris, pamiętam ich jakby przez mgłę. Natomiast Grape, jego nie znałem w ogóle. Teraz wiem, że miał taką umiejętność wtapiania się w tło. Niewiele wilków ją ma, jest bardzo rzadka. Jako szczenię używał jej nieświadomie. To bardzo źle, bez umiejętności opanowywania jej można stać się na zawsze wtopionym w tło, aż w końcu samym otoczeniem. To jest gorsze niż śmierć - nie masz ciała, ale żyjesz. Nie jesteś duchem. Nie możesz się przemieszczać. Po prostu jesteś tam i tyle. Jesteś. Nic więcej. Rudarciste... Nikt o nas nie wie. Żyjemy sobie i tylko my wiemy, że jesteśmy Rudarciste.
Westchnąłem znowu.
Poszedłem do Grape'a. Spotkam się z nim i Skay'em, dawno się nie widzieliśmy.
- O, hej - przywitał się ze mną biały basior.
- Widziałeś gdzieś Skay'a? Mieszka u ciebie tymczasowo.
- Mieszka u mnie? Skay? Dlaczego nic nie wiem? - zaśmiał się, ale rzekł poważniej. - Przykro mi, nie było go u mnie ani razu. Myślałem, że jest jeszcze u was.
- Dziwne, bo ja również nie widziałem go od czasu, kiedy rzekomo poszedł do ciebie. Gdzie on się podziewa?
- Nie wiem. A teraz wybacz, wybierałem się na polowanie.
Wróciłem zamyślony do watahy. Wpadłem przez przypadek na Victorię.
- Przepraszam - powiedziała. - Widziałeś gdzieś wilka z napisem "X"? Próbujemy dowiedzieć się, kto to jest. Skoczył w przepaść, więc pewnie się zabił.
Pokiwałem w milczeniu łbem. W jaskini mnie oświeciło. Jakiś "X" wskakuje w przepaść, nie chce, żeby wilki go odkryły. Skay miał żywioł powietrza, a nie ma go u Grape'a. Czyżby to miało jakiś związek?

Od Sii: Odchodzą

Wstałam wcześnie rano. Zobaczyłam Hybris z Ciapkiem i Melly'm. Podeszłam do nich.
- Co się stało?
- Nel i Melly odchodzą - powiedziała Hybris.
- A ty nie? - zapytał Nel.
- Ja jeszcze zostanę z mamą.
- Córciu... Możesz odejść. Będę za tobą tęsknić, ale jesteś już dorosła.
- Gdzie ona będzie mieszkać? - zapytał Nel.
- Będę mieszkała w górach. Pomogę w obronie kozic. Przecież teraz ludzie wkroczyli na ich teren. Trzeba im pomóc - powiedziała Hybris.
- A wy, chłopcy?
- Ja idę do Ameryki. Będę tam Gammą. Zaproponowali mi to - uśmiechnął się Melly.
- Idę z Melly' m. Ale ja będę partnerem alfy w tamtej watasze. - Nel pokazał język Melly'emu.
- Dobrze, dzieci. Tylko chłopcy, żeby bycie Alphą i Gammą nie namieszało wam w głowie.
- Spokojnie, mamo. Będziemy was odwiedzać - powiedzieli równo.
- Idźcie już. Długa droga przed wami - powiedziałam. Wszyscy wyszli równo.

Od Odalis: Po smoka, cz. XX – Głosik się ujawnia.

Czekałam dalej w milczeniu. Rozmówca również zamilkł.
- Czemu się nie odzywasz? – zapytał w końcu.
- Czekam, aż dokończysz – odpowiedziałam spokojnie.
Najwyraźniej głosik był zakłopotany.
- Powinnaś się zniecierpliwić i kazać mi przejść do sedna – oznajmił. – Tak robią wszyscy.
- Życie mnie nauczyło, że lepiej jest robić tak, jak ja robię – odparłam pogodnie.
- No, wiesz… Skoro tak… A może nie… - Niewidoczny głos nie mógł się zdecydować. – Jestem Recto.
Moim oczom ukazał się mały wilczek.
- Miło mi cię poznać. Odalis – przedstawiłam mu się.
- Chyba pójdę z tobą – powiedział mi. – Od dawna poszukuję gdzieś mojej rodziny. Musieliśmy się rozdzielić. Ojciec poszedł ze mną, ale został zamordowany na tej pustyni przez Ognistych. Mnie nie zabili, bo im zaimponowałem – ich błąd, spaliłem w nocy trzech i uciekłem. Tak, w nocy są bezbronni. Matka i mój brat… Nie wiem, gdzie są. Nawet ledwie pamiętam ich imiona. Jedynie brata… Nazywał się San, a może Satigo, nie pamiętam dokładnie. Byliśmy bliźniakami, nie można było nas rozpoznać. Obaj czarni z dziwnymi znakami przypominającymi ogień. Minęło tyle lat, że matka na pewno nie żyje, ale brat był silny, tak jak ja. Musiał przeżyć. Nie tak łatwo nas wykończyć. Wracając do twojego smoka – zmienił temat – poleciał za Góry Słońca.
- Nie znam – stwierdziłam.
- Takie wysokie góry sięgające prawie nieba. Plotka głosi, że w jednej z nich można znaleźć dawną kryjówkę Reniemiasza.
- Naprawdę? – uśmiechnęłam się pod nosem. Czyli idziemy mniej więcej tą drogą, co Vicky z resztą, kiedy mieli odbić Lucka! Wracają wspomnienia…
- Ocucić go, czy ma tak leżeć? – spytał Recto, wskazując na Veda.
- Ocuć, ale pilnuj, żeby nie popełnił samobójstwa.
Na szczęście Ved mógł się poruszać, ale tak jakby umysł dalej miał sparaliżowany.
- Nie przyda nam się – ocenił wilczek. – Odstawimy go do pierwszej napotkanej watahy.
- Są tu jakieś na tym pustkowiu? Oprócz Ognistych?
- Nie, więc będziemy musieli zboczyć trochę z drogi.
- Jeśli dzięki temu będzie szybciej, to się zgadzam.
- Świetnie. To w drogę.

sobota, 27 kwietnia 2013

Od Marchesy: Nareszcie z Evelin

Biegłam nieprzerwanym truchtem wśród pachnących modrzewi. Panowało przyjemne ciepło w tym zacisznym, gęstym lesie. Gdzieniegdzie musiałam przeskakiwać przez duże zaspy śniegu. Widocznie jeszcze się nie stopiły, ale lawiny nie mogły już zagrażać na drodze do Czerwonych Skałek...
Wpadłam do zagajnika. Wyczerpana przysiadłam i odetchnęłam pełną piersią, wciągając do płuc powietrze o tak dobrze znajomym zapachu drzew iglastych.
Do moich uszu dobiegły radosne piski. Podniosłam się i podeszłam raźno jamy, osłoniętej od wiatru, zimna i ukrytej przed oczami obcych konarami dwóch starych, rosnących po obu stronach modrzewi. Wcisnęłam pysk między pokryte kłującymi, drobnymi młodymi igiełkami gałęzie.
- Jesteście? To ja, Marchesa - powiedziałam głośno, usiłując przekrzyczeć wesoły szczenięcy rozgardiasz.
- Marchesa? - To ten sam znajomy głos!
Wbiegłam bez oporów do środka. Panował półmrok, gdyż jedynym źródłem światła była nieduża dziura w sklepieniu. Poczułam na sobie spojrzenia licznych zaciekawionych oczek. Wśród szarych sylwetek szybko wyłowiłam tą właściwą. Doskoczyłam do niej jednym susem.
- Evelin - ucieszyłam się. - Nie wyobrażasz sobie, jak tęskniłam przez tą zimę. Cieszę się, że jesteś.
- Ja również - odparła uszczęśliwiona i wtuliła się w moją sierść.
Przyjrzałam się szczeniętom, brykającym po całej norze.
- Już o tej porze roku...? - zapytałam.
Evelin miała nieszczęśliwą minę.
Wrócił Astar. Spędziliśmy razem ciepły wieczór. Przenocowałam w Czerwonych Skałkach, a rano szczęśliwa po tak udanym spotkaniu ze starą przyjaciółką wyruszyłam w drogę powrotną do Magicznej Doliny.

Od Odalis: Po smoka, cz. XIX – Dialog

Kiedy przekonałam się, że Veda nie da się ocucić, szukałam dalej. W końcu siadłam obok nieprzytomnego samca. Byłam bezradna. Nie wiedziałam, co robić.
- Nie dość, że nie ma tu nikogo, to jestem jeszcze wariatką i słyszę głosy! – jęknęłam.
- A jakież to głosy słyszysz? – Nie no, znowu to! Ten głosik!
- Na przykład ciebie – odpowiedziałam.
- Tak? Ale ja jestem normalny.
- Przecież cię nie ma.
- Jestem. Jak bym z tobą rozmawiał, gdyby mnie nie było?
- Właśnie dlatego jestem świruską. Bo słyszę coś, czego nie ma.
- Mimo to nadal uważam, że jestem w pełni materialny.
- Ale cię nie widzę?
- Nie wiesz, że można być niewidzialnym?
- Potrafię widzieć niewidzialnych, a nawet duchy.
- Hm! W takim razie muszę ustąpić. Jesteś wariatką.
- Ach! – westchnęłam. – Skoro tak, to na pewno nie znajdę smoka.
- Smoka? Jakiegoż to smoka?
- Turkusowego. Powiedziano mi, że tutaj był, ale nie znalazłam nikogo, kto wie, gdzie poszedł dalej.
- Znalazłaś.
- Jak to. To ty?
- No ja.
- No to pokaż się.
- Wystarczy ci tylko informacja, gdzie poszedł.
- Nie znam tych stron.
- A ten leżący?
- A, on. To gdzie poszedł smok?
- Nie tym tonem, mogę ci nie powiedzieć, ale lituję się nad twą niedolą.
- To gdzie?
- Spokojnie! Nie denerwuj się. Poleciał hen daleko…

Od Shadow: Wieczorna opowieść

- A opowiesz mi? - zapytała cichutko Shairsa.
- Cóż... - zaczęłam opowieść, usadowiając się wygodnie, bo zanosiło się na długą historię - dołączyłam do watahy akurat w momencie, kiedy Dolina była zajęta przez ludzi. Wilki nigdzie nie mogły czuć się bezpiecznie. Długo z nimi walczyliśmy. Już pierwszego dnia mojego pobytu tutaj Alfa zaproponowała mi, Lunie i Luckowi, żebyśmy zamienili się w ludzi, dołączyli do tamtych i w ten sposób ich szpiegowali. Ludzie  szybko nas przyjęli.
Ludzie są bardzo towarzyscy. Poznałam Rapha, Arthura, naszego szefa, wielu robotników. To były świetne osoby i aż było mi wstyd, kiedy chowaliśmy im narzędzia i niszczyliśmy po kryjomu ich prace. Przyjęli nas do siebie, z początku byli nieufni, ale potem zrobili się bardzo serdeczni i wylewni.
Właściwie więc nie mogę narzekać na brak przyjaciół podczas moich pierwszych, czyli tych najtrudniejszych dni w Dolinie - powiedziałam ze śmiechem. - Wspólna praca z Luckiem i Luną, to miażdżące poczucie odpowiedzialności, które przytłaczało naszą trójkę, bardzo nas do siebie zbliżyło, a poza tym byli ci mili ludzie. Takimi naprawdę ciężkimi chwilami w watasze, kiedy czułam się obco i nie mogłam się zaaklimatyzować, były te dni tuż po odejściu ludzi, kiedy my od nich już jako wilki uciekliśmy. Dopiero wtedy zaczęłam poznawać moją watahę. Wcześniej nie było jak - zakończyłam.
Wilczyca przyjrzała mi się.
- Nie wyobrażam sobie ciebie jako ludzkiej kobiety - wyznała w końcu.
- I dobrze! - zapewniłam. - Taka wizja na pewno nie byłaby ujmującym widokiem.
Shairsa uśmiechnęła się.
- Chcesz jutro iść ze mną nad Kryształową Rzekę? - zapytałam serdecznie.
Ostatni fatalny humor poprawił mi się. Powiał chłodny wiatr. Zimno zaczęło ciągnąć od ziemi.
- Nie lepiej nad Szmaragdowe Jezioro? Rzeka jest przecież zaraz za Polaną, można przyjść nad nią przy bez żadnej specjalnej okazji - stwierdziła.
Podniosłam się ciężko i wolno z ziemi. Ścierpłe łapy drżały z zimna. Zachwiałam się. Wilczyca posłała mi wyczekujące spojrzenie.
- Nie - wyszeptałam. - Jezioro... jest dla mnie trochę za daleko.

piątek, 26 kwietnia 2013

Od Shairsy: Wadero, weź się w garść!

I rzeczywiście. Przemowa Unrivy tak do mnie przemówiła, że stanęłam oko w oko z prawdą.
- To moja wina! - krzyknęłam ze złością.
Posiedziałam jeszcze chwilkę i poszłam do kogoś. Natknęłam się na biegnącego Exaliosa. Nie zdążyłam powiedzieć mu "Cześć". No trudno. Idąc dalej doszłam nad jezioro. Tam zobaczyłam Marchesę, Unrivę i Victorię. Nie chciałam im przerywać, więc cicho odeszłam.
Wlokąc się do jaskini, zauważyłam Shadow. Dobra - pomyślałam.
- Cześć - zagadnęłam.
- Ooo, cześć - powiedziała.
- Nigdy cię tu wcześniej nie widziałam... - powiedziała.
- Niedawno dołączyłam i próbuję się zaaklimatyzować - powiedziałam.
- Wiesz, ja też tak miałam - zagadnęła.
- A opowiedz mi? - zapytałam cicho, żeby wszystkiego nie zepsuć.

Shadow?

Wyniki głosowania na nowe nazwy

Od dzisiaj Szlak Mordoru - to nie Szlak Mordoru, a Opuszczona Ścieżka, a Zakazany Las staje się Lasem Cieni.
Zuko i Unriva, pomysłodawcy nazw, otrzymują w nagrodzie po 6 Punktów.

Gratulacje!
Alfa Marchesa

Wznowienie zakładki Adopcje

Czy jest wśród nas, kto pamięta jeszcze "dawne" czasy, gdy funkcjonowało biuro adopcyjne w Czerwonych Skałkach?
Nic dziwnego, że niewielu, gdyż długo pozostawało nieczynne. Teraz jednak, po zimowej przerwie, znów można mieć szczenięta, bez konieczności spełniania trudniejszych warunków! Zapraszam do przeglądu strony, link znajduje się nad Sklepem.

Z Opuszczonej Ścieżki pozdrawia Was Alfa Marchesa,
w euforii podążająca na pierwsze spotkanie po zimie 
z Evelin, zamieszkującą Czerwone Skałki.

Od Zuko: W Amazonii

Ja, Vickey, Eyn, Nero, Taylor, Silyen i Euterpe przedzieraliśmy się przez gigantyczną amazońską dżunglę. Szczeniaki były niezwykle zmęczone długą drogą i położyły się spać na naszych grzbietach. Nosiłem Nero i Silyena, a Vickey Taylora i Euterpe. Eyn szedł bez żadnego ładunku. Nie chciałem obciążać brata, i tak ściągnął na siebie klątwę w postaci Przysięgi Krwi. Dawniej był aniołem ciemności, teraz stał się jednym z nas. Po całej tej wyprawie mam zamiar odwiedzić resztę rodzeństwa. Dręczy mnie pytanie: czy Eyn jest jedynakiem? Jeśli nie, to mogę poznać resztę rodziny, o której nawet nie wiem. To pytanie męczy nie od czasu, kiedy dowiedziałem się, że jest moim bratem. Nie potrafiłem już wytrzymać w tej niewiedzy.
- Eyn! – zawołałem go; prowadził i był z przodu. – Jesteś jedynakiem?
- Nie – odpowiedział, ale nie wiedział, czemu otrzymał takie pytanie. – Czemu chcesz to wiedzieć?
- Bo chcę poznać resztę, jeśli faktycznie są.
- Wymienić ci ich?
- Pewnie!
-  Nasze siostry Zafrina, Tamina, Sahara i bracia Kanavi oraz Oblivion.
- Oblivion znaczy zapomnienie.
- I to pasuje do naszego brata. Ma umiejętność wykasowania innym pamięci.
- Ale czad. Gdybym ja tak mógł, to zapewne wszystkim swoim wrogom wykasowałbym pamięć i nagadałbym im głupot.
- To bardzo przydatne. I zapewne byłbym ofiarą utraty pamięci.
- Teraz nie, ale wcześniej owszem.
- A chcesz wiedzieć, po co idziemy na Czarne Ziemie?
- Jasne.
- To słuchajcie uważnie. Zawołaj Vickey. Ona też powinna to wiedzieć.
- Vickey!
Samica podbiegła tu i zatrzymaliśmy się na chwilę.
- W głębi Amazoni są Czarne Ziemie – zaczął, mam to wszystko tłumaczyć i rozrysowywać. - Wypalony teren, który jest Sercem całej Amazonii.
- I co? – zapytałem, bo nie wiem jakie to ma znaczenie.
- Nie wcinaj mi się. Do tego zmierzam. Wypalony teren jest doskonałym miejscem dla Klanu Cienia.
- Czym jest Klan Cienia?
W tym momencie Euterpe się obudziła i zaczęła podsłuchiwać, ale nikt z nas nie zdołał tego zauważyć. Udawała, że wciąż śni.
- To czarnozielone bestie z długimi, czarnymi ogonami. Są trochę jak Wilki Cienia. Mają te same umiejętności, ale mimo to jest to najgorsze, najgroźniejsze stado, jakie stąpa po ziemi. Tylko poprzez Pieczęć Cienio-mówcy można się z nimi porozumieć.
- A jak można zdobyć tę Pieczęć? – zapytała Vickey.
- Musieliby cię uznać za godną noszenia Pieczęci Cienio-mówcy. Mają klucz do wrót Rionu.
- Czemu ten cały Rion jest tak dobrze strzeżony?!
- Idziesz do Rionu i nawet nie wiesz, co to za miejsce?!
- Skąd mam wiedzieć?
- W Rion jest najdokładniejszy opis wszystkich dni przeżytych przez wszystkie wilki z całego świata. WW jest legendą.
- Więc WW ma szczegółowy opis wszystkich moich dni?
- Twoich, moich, Vickey, nawet twoich małych.
- I co, może są jej miliardy przy każdym wilku? – spytałem kpiąco, a Eyn przewrócił oczami.
- Każde zwierzę jest jej szpiegiem. W ten sposób wie o każdym dosłownie wszystko. Ale żeby cię nie zabili w Rionie, musiałbyś zostać wybrany przez WW.
- A jeśli wysłała do mnie list?
- Wybrała cię. Dobrze, że nie idziesz tam z własnej woli, bo od razu po przekroczeniu wrót poszedłbyś do Krainy Zmarłych.
- Mam szczęście. A co z Klanem Cienia?
- Skoro WW cię wybrała, będą łagodniejsi. Ale To, co otwiera wrota nie jest wcale kluczem. To Czarne Pióro.
- I tylko tyle? Wyrwę piórko krukowi i już.
- Tylko ci się tak wydaje. Gdybyś wsadził w wrota cokolwiek innego niż właśnie to pióro, ziemia pod tobą by się zawaliła, a ty spłonąłbyś na miejscu. To musi być tylko i wyłącznie Czarne Pióro Klanu Cienia.
- To go ukradniemy.
- Trzeba będzie. Ale jeśli cię nakryją, albo uznają cię godnym i obdarzą Pieczęcią Cienio-mówcy, albo od razu pozabijają nas wszystkich.
Przytaknąłem i Eyn prowadził dalej. Otaczały nas pytony wśród gałęzi drzew amazońskich. Euterpe przez udawanie snu usłyszała wszystko od swojego obudzenia, ale teraz znów zasnęła. Szliśmy spokojnie by nie wzbudzić niepokoju wśród pytonów. Jednak pyton nie będzie jedynym zagrożeniem w tych lasach tropikalnych. Vickey zaczepiła mnie (rzecz jasna szepcząc).
- Na czym polega Przysięga Krwi, którą Eytukan złożył dla nas?
- To magiczna przysięga. Inaczej czasem zwana klątwą, którą ktoś sam na siebie ściąga. Jeżeli złamie warunek przysięgi, będę musiał go zabić. Wtedy ten kto złamie przysięgę nie może się w ogóle poruszyć i czarna magia napawa nienawiścią, tego kto ma być tym uśmiercającym. Co sprawia, że zbrodnia zostaje popełniona.
- O matko. Tylko proszę. Ty nigdy nie składaj takiej przysięgi.
- Na pewno nie zrobię tego bez naprawdę ważnego powodu.
- Tyle dobrze.
Zaraz zapadł zmrok. Było bardzo ciemno. Vickey i małe poszły spać. Ja z Eynem stanowiliśmy ochronę…

Od Victorii: Jak zdemaskować "X'"

Byłyśmy z Marchesą gotowe. Przynętą była Unriva, ponieważ była jedyną osobą, która chciała nam pomóc. Plan był taki: Przynęta (Unriva) miła zacząć się topić w jeziorze koło wodospadu (na niby) a wtedy ,,X" pojawia się tam. Gdy Unriva zostanie wyciągnięta, zdejmuje ,,X'' opaskę z oczów, a my, jakby chciał nam uciec, wychodzimy z kryjówki i chwytamy go. Proste, co nie? A jednak nie za bardzo... Wszystko było tak jak powiedziała, oprócz jednego szczegółu... Nie udało nam się go zdemaskować. Wszystko zaczęło się tak...

Parę godzin wcześniej...
- Unriva, jesteś gotowa? - zapytałam Unrivy, pływającej w jeziorku.
- Tak, jestem! - zanurkowała i zaczęła opadać na dno. Po chwili usłyszałyśmy czyjeś kroki. Schowałyśmy się z Marchesą w krzakach. Wilk przebiegł obok nas, zmierzając w kierunku jeziora. Wychyliłam głowę, by zobaczyć przebieg akcji. Tak jak było w planie. "X'' wyciągnął Unrivę. Jednak nie minęło parę sekund, a już zaczął uciekać. Przebiegł znowu w te same miejsce. Z Marchesą szybko zaczęłyśmy za nim biegnąć. W pewnej chwili Marchesa zatrzymała się. Ja jednak nie odpuszczałam i biegłam dalej. Byłam bardzo blisko niego, wystarczająco, żeby go złapać, gdy... Skoczył w przepaść. Byłam pewna, że na pewno nie żyje, więc wróciłam do Unrivy i Marchesy.
- I co, udało ci się go złapać? - zapytała Marchesa.
- Nie, zabił się. Skoczył w przepaść.
Gdy już chciałam wrócić do Legowiska, Unriva mnie zatrzymała.
- Nie sądzicie, że to dziwne? Że tak po prostu sobie skoczył?
- A więc co sugerujesz?
- Może ma tam jakąś kryjówkę?
- A nawet jeżeli tak, jest zbyt głęboko i ciemno żeby tam zlecieć, a tym bardziej zejść.
- Więc tak to zostawimy? - zapytała.
- A macie jakiś inny pomysł? 

Niech któraś dokończy

Od Yangi: (Zwykły) sen i radość z życia

- Nie mamy wyboru - mówił mój ojciec, Peter. Miał poważną minę.
- Ale... Co z Yangi i z Bagginsem? - spytała Zaza, moja matka.
- Nic się nie stanie - próbował ją pocieszyć wilk i zwrócił się do mnie. - Córeczko, masz ochotę na wycieczkę w góry?
 - Tak!!! - zawołałam z radością. Nie miałam wtedy tak dobrze rozwiniętej mocy przewidywania przyszłości i nie wiedziałam, co nas spotka.
Wyruszyliśmy od razu o świcie. Wilczyca alfa - X-Rey kazała rodzicom (jako, że byli łącznikami) przekazać wiadomość dla innej, oddalonej watahy. Byłam jedynym szczeniakiem w naszej sforze, więc oczywiście nie było żadnych opiekunek szczeniąt. Po południu usłyszeliśmy nadbiegające stado.
- ZABIĆ ICH! - zawołał przywódca wojowników.
- Córeczko, Yangi... Proszę cię, stań się niewidzialną... Jeśli nie przeżyjemy, uciekaj jak najdalej... - mówiła szybko mama.
- Ale czemu alfa to robi? - zapytałam.
- Boi się, że ktoś, na przykład twoja matka może ubiegać się o pozycje alfy. To dlatego zniknęły inne wilczyce. A teraz szybko...-  wytłumaczył Peter. Posłusznie stałam się przezroczysta. Widziałam jedynie jak rodzice walczą... Jak leje się krew. Parę wilków poległo, aż wreszcie... Zabito ich...
- A gdzie ta ich szczeniaczka? Wiecie... Ta mała Yangi? - spytał jeden z nich.
- Pewnie umarła podczas podróży. Najważniejsze jest to, że wypełniliśmy zadanie X-Rey - odpowiedział drugi. I stado wilków pobiegło w stronę watahy zostawiając świeżo zamordowane ciała moich rodziców...

 * * *

Obudziłam się ze strachem. Ten sen nawiedzał mnie już bardzo długo. Rodzice... Od kiedy trafiłam do tego stada sen stawał się na szczęście mniej dramatyczny, ale w mojej głowie na zawsze zachował się obraz krwawej bitwy.
Postanowiłam pójść nad Wodospad Keina. Spotkałam tam pewnego wilka o imieniu Lucky. Rozmawialiśmy bardzo długo, a potem szczęśliwa poznając nowego przyjaciela wróciłam do domu...

Od Unrivy: Shairsa

Dołączam zdjęcie kolczyków w uszach Unrivy,
gdyby ktoś się nad nimi zastanawiał c: [przyp. Autorki]
Wybiegłam z jaskini. Przedzierając się przez krzaki natknęłam się na Shairsę. Spojrzałam na nią przysłaniając jak najbardziej to możliwe miejsce w którym powinno być oko. Wysłuchałam wilczycy. Coś ją dręczyło. Starałam się jej pomóc.
- Słuchaj, mnie od początku nikt nie lubił... Wszyscy myśleli, że jestem ślepa i się ode mnie zarażą... - Zaśmiałam się. - Ale jakoś nigdy nie narzekałam. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Bardzo uważnie. To, że z nikim się nie przyjaźnisz to twoja wina. Powiedz mi... Do watahy dołącza nowa wilczyca. To raczej ona powinna starać się nawiązać znajomości, prawda? Radzę ci zaprzyjaźnić się z Vickey lub z Victorią. Albo z Shadow. To fajne wilczyce. Gdyby nie one, prawdopodobnie nie wróciłabym do watahy. Wiesz, jakiś czas temu dopiero wróciłam. Odeszłam z watahy, ponieważ myślałam, że sprawiam wszystkim kłopoty. To... To nie było do końca tak. Najpierw kilka razy prawie się zabiłam i Exalios zawsze miał pełne łapy roboty ze mną. Potem okazało się, że moja krew jest niebieska. Wtedy Exalios musiał zdobyć jakieś informacje na ten temat. Później znowu prawie się zabiłam... W końcu wszyscy byli nieco tą sytuacją zdenerwowani. Mówili, że odkąd Unriva przybyła, Exalios nie ma nawet chwili odpoczynku... I takie tam. Więc zdenerwowałam się i odeszłam. Chciałam zostać w mojej watasze. Dotarłam tam, ale... Nie mogłam tam zostać... - powiedziałam wymijająco aby nie zaczynać tematu o mojej rodzimej watasze... - Więc wróciłam. Niechętnie, ale wróciłam. I wiesz co? I cieszyli się. I Shadow się cieszyła, i Victoria. Jednak wracając do ciebie... To ty musisz się z kimś zaprzyjaźnić. Siedzenie i użalanie się nad swoim losem nic tu nie pomoże... A tak w ogóle... To dzięki za ostatnio... - Uśmiechnęłam się i zniknęłam w krzakach.
Mam nadzieję, że moja przemowa da Shairsie do myślenia.

Od Odalis: Po smoka, cz. XVIII – Walka

Po nieprzespanej nocy (przynajmniej przeze mnie) szukaliśmy dalej. Szukaliśmy i szukaliśmy i nic nie znaleźliśmy. Raz nawet zapaliłam się na chwilę, ale Ved mnie zgasił. Powoli zaczynałam tracić nadzieję, że trafimy na ślad Dangerousa i że cała podróż na marne. Natomiast Vedusale z dnia na dzień był coraz bardziej zrozpaczony stratą Zaniego, a ja z kolei miałam tego coraz bardziej dość. Na każde słowo zaczynające się literą „Z” reagował głośnym sykiem, a wymówienia całego słowa „Zani”, „ogień” lub jego synonimów to była zbrodnia. Poza tym basior potrafił całymi dniami leżeć i gapić się w niebo. Musiałam go pilnować, boby lawa go zalała. Po prostu masakra.
- Znalaz… - zaczęłam, ale samiec syknął. No tak, zapomniałam.
- Czy coś tam jest? – zapytałam inaczej.
- Lawa – odpowiedział mi ponury głos Veda.
- Wiesz, o co mi chodzi.
- NIE! – huknął. – Daj mi, wilczyco, spokój święty! Nie wiem, czemu w ogóle się zgodziłem! Mogłem być w rodzinnej watasze i żyć szczęśliwie ze swoim przyjacielem!
- Ale…
- CICHO! Ani słowa! Nie chcę cię słyszeć! – krzyknął i pobiegł.
Stałam osłupiała. Zaszokowało mnie jego zachowanie. Po chwili pobiegłam za nim.
- Ved! Ved, uspokój się! – wołałam.
- Nie! Nie zmusisz mnie! – wrzasnął i rzucił się na mnie.
Odepchnęłam go, ale on powtórzył atak. Broniłam się, uważając przy tym na otaczającą nas magmę. Basior nie zważał na nic i pchał mnie prosto na nią. Wzbiłam się w powietrze i uniknęłam przy tym ciosu.
- Walka na żywioły, co? – warknął odmieniony.
Po tych słowach niebo było pełne błyskawic. Omijałam je, jak mogłam, ale byłam coraz bardziej zmęczona. W końcu pchnęłam powietrzem samca, który upadł. Podbiegłam do niego. Chciał się na mnie rzucić, ale wytrzeszczył tylko oczy i zdrętwiał cały.
-  Ved, Ved! – Próbowałam go ocucić, ale na nic.
- Nie uda ci się – Znowu ten głosik!
- Skąd wiesz?
- Po ja to spowodowałem.
- Ale dlaczego?
- Chciałaś dalej z nim walczyć? Nie mogłem patrzeć na to.
- Gdzie jesteś? – Rozejrzałam się, ale nikogo nie zobaczyłam. Może towarzysz ma rację, że jestem świruską?

czwartek, 25 kwietnia 2013

Od Marchesy: X i YOLO

- Nie, ale coś mi się zdaje, że musi być to ktoś z watahy... Trzeba wymyślić plan i zdemaskować ,,X" - oznajmiła z przekonaniem Victoria.
- Ja już wiem nawet jak - zapewniłam. - Ktoś może zacząć wzywać pomoc, oczywiście na niby, w rzeczywistości nie będzie to konieczne. Wtedy ten wilk na pewno się pojawi. Możemy go spróbować śledzić. Jestem ciekawa, kto to jest!
- Ja również. Gdyby szedł za szybko, żeby śledzić go niezauważenie i nie stracić go przy tym oczu, mogę go spowolnić.
- Dobry pomysł. Tak zrób. Jutro spróbujemy.
Wróciłam podekscytowana do swojej jaskini, bo był już późny wieczór. Ledwo weszłam do środka, z tyłu wskoczyła do wnętrza szarawa wilczyca.
- I, i jak? - zapytała uśmiechnięta.
Otworzyłam pysk ze zdziwienia.
- Unriva...? - wydusiłam.
W pierwszej chwili jej nie poznałam. Końcówki jej grzywki były zabarwione na świetlisty, zielony kolor, lekko fosforyzujący w ciemności. W uszach miała różnokolorowe kawałki metalu.
- Ładnie, prawda? - Wilczyca obróciła się wokół własnej osi, prezentując nowy wygląd.
- Śliczna grzywka - pochwaliłam zachwycona poświatą jaskrawej sierści.
- Patrz. - Przysiadła i uniosła łapę, na której były na czarno wypisane litery YOLO.
- Yolo - przeczytałam i dodałam ciszej do siebie: - You only live once.
- Dokładnie - potwierdziła.
- Gdzie ty się tak wystroiłaś? - zapytałam ze śmiechem.
- Deluna mi pomogła. Idę pochwalić się innym. Cześć! - zawołała i wybiegła w podskokach z jamy.

Od Odalis: Po smoka, cz. XVII – Złoty Wulkan

Uderzyło nas gorące powietrze. Zapach spalenizny unosił się wszędzie.
- Ale gorąco… - jęknęłam. – Kurczę, nie widzę miejsca bez lawy. Nie mamy gdzie wylądować.
- Tam – odparł krótko Ved.
Spojrzałam w tamtym kierunku. Przez parę dostrzegłam półkę skalną. Wylądowaliśmy tam.
- Co teraz?
- Teraz albo się spalicie, albo przeżyjecie – oznajmił nieznany głosik.
Jedno spojrzenie w górę wystarczyło.
- UCIEKAJ! – krzyknął Vedusale.
Uniosłam nas w powietrze. Odwróciłam się. Tam, gdzie przed chwilą staliśmy płynęła sobie lawa.
- W ostatniej chwili – odetchnęłam.
Znaleźliśmy kolejną platformę i usiedliśmy.
- Nie ma tu żywej duszy – stwierdził basior. – Nie ma i smoka.
- Na pewno ktoś tu jest. Przecież słyszeliśmy głos.
- Głos? Nie pamiętam…
- Jestem tego pewna. Chyba nie jestem świruską? – zapytałam żartobliwie, ale zamilkłam, bo mina samca wystarczająco dużo mówiła. – Pokręćmy się wokół Wulkany, może coś znajdziemy.
- Albo stracimy…
- No nie wiem – Nie byłam pewna, czy wilk wie, że jestem nieśmiertelna.
- Wiem.
- Ach, no tak, ty czytasz w myślach. Zresztą nieważne. Idziemy.
- Na śmierć – dodał.
No dobra – pomyślałam. – Można być przygnębionym po stracie przyjaciela, ale mam już tego powolutku dość. Zrozumiałeś, jeśli czytasz w moich myślach? O, i na przyszłość tego nie rób.
Towarzysz milczał, więc zapewne nie czytał we mnie.
- Noc zapada – powiedział.
- Ojoj… Musimy przełożyć poszukiwania na jutro. Idź spać, ja trzymam pierwsza wartę.
- Spoko. Uważaj na lawę.
- Będę. Dobranoc.
- Dobranoc.

Od Shairsy: Może nareszcie mam przyjaciela?

I znów zostałam sama. Wszyscy się bawili... chodzili razem... A ja stałam przy granicy watahy i płakałam. Nie było wyjścia... Albo zginąć... Albo zostać i walczyć... Tak mówiła moja matka. Ale jej już nie było. Trzeba było wziąć się w garść. Nagle usłyszałam kroki. Z krzaków wyszła Unriva. Podeszła bliżej.
- Co ci jest? - zapytała cicho.
- Nic... Tylko jestem... Taka... Sama... - wydusiłam.
- Sama? - zapytała patrząc na mnie jednym okiem.
- Tak... z nikim nie mogę porozmawiać... spędzić trochę czasu... - wyjaśniłam ocierając łzy łapą.
- Ze mną możesz - powiedziała i siadła obok mnie.
- Tak, wiem o tym, ale i tak zaraz pójdziesz jak reszta i w ogóle... - powiedziałam smutno.
- A ty nie masz żadnych obowiązków? - zapytała.
- No właśnie nie... - wychlipałam.
- Hmmm - zamyśliła się.

Unriva? Dokończysz?

środa, 24 kwietnia 2013

Od Unrivy: Whatever

Wyszłam z jaskini lekko zdezorientowana. Wciąż ciężko było mi się przyzwyczaić do braku jednego oka. Mimowolnie doszłam do Deluny. Weszłam powolnie do jaskini wiedząc, iż jest ona na mnie zdenerwowana za moją nieuwagę, która spowodowała stratę mojego oka.
- Cześć... - westchnęła zagłębiając się w księdze.
Podeszłam do niej. Nagle poczułam ból w lewej łapie. Podniosłam ją i westchnęłam głośno.
- Hmm? - mruknęła Deluna.
- Kolec. Kolec mi się wbił... - szepnęłam siadając na skórze i czekając, aż Deluna mi go wyjmie.
W końcu udało jej się. Wrzuciła kolec do małego ogniska otoczonego kamieniami. Spojrzałam na swoją łapę ze zdziwieniem.
- Spokojnie, to tylko kolec. Nic ci się nie stało... - Uśmiechnęła się, ale ja wciąż wpatrywałam się w moją łapę jakbym nigdy wcześniej jej na ocz... Oko nie widziała.
- K-Krew... - powiedziałam półszeptem.
Deluna przelotnie spojrzała na moją łapę. Po chwili jednak z impetem podskoczyła do ogromnej księgi i zaczęła ją kartkować. Po kilku minutach odwróciła się do mnie i przyjrzała się krwi.
- Już wiem czemu.. Czemu twoja krew jest zielona... - powiedziała z nosem w księdze.
- Więc? - zapytałam patrząc na zakurzoną stertę kartek.
- Zacytuję... "Kilka tysięcy kilometrów dalej znajdowała się wataha żółtokrwistych. Nie żyli z nami w zgodzie. Alfy zawsze byli wrogami i nigdy nie potrafili dojść do porozumienia. Mimo to wiele par było z różnych watah. Dla niebieskokrwistych i ich wrogów kilometry nie były przeszkodą. Przecież potrafiły biegać z taką dużą prędkością. Wracając do par. Wiele z nich miało już od dawna szczeniaki. Niestety tylko nieliczne przeżywały, ponieważ nie były uznawane za "czyste". Krew ich była żółta lub niebieska; w zależności, jaki kolor krwi miała matka szczeniaka. Po wielu latach Alfy pogodziły się i całkowicie naturalne były pary o różnej krwi. Jednak po wielu latach, wszystko zaczynało mieć efekty uboczne. Jeśli dorosły wilk którego matka miała nieczystą niebieską krew był w parze z dorosłym wilkiem którego matka miała nieczystą krew żółtą ich szczeniaki miały zieloną krew. Szybko to zauważono i ponownie zakazano nieczystokrwistym parom o różnych kolorach krwi miłości. Zielonokrwiści zawsze byli uważani za "nieczystych" i traktowano ich jako margines społeczny. Nie mieli przyjaciół, a nawet rodziny się od nich odwracały. Czasem zdarzało się tak, że na początku wilk posiadał niebieską krew, jednak z wiekiem stawała się ona coraz bardziej zielona. Ten okres mógł trwać przez całe życie lub przez kilka minut! Niestety, nawet ja - Najwyższy z Szamanów całej Europy nie wiem, dlaczego zmienia ona kolor..." - powiedziała Deluna. Wysłuchałam całości kilka razy.
- Więc... Więc jestem zielonokrwista? - zapytałam po raz ostatni.
Siostra przytaknęła. Nagle uśmiechnęła się i wysypała z małej szkatułki jakieś małe metalowe przedmioty.
- A to to co? - zapytałam dotykając srebrnych cudeniek.
- A to znalazłam dawno temu, kiedy jeszcze nie mieszkałam tu blisko. Obok były szczątki człowieka, który chyba umarł z głodu. To chyba element ozdobny. Yasira mówiła, że noszą to na uszach. Kiedyś widziała. Zgaduję, że na wilka też będą pasować! - krzyknęła radośnie.
Jednak gdy tylko usłyszałam słowo człowiek odsunęłam się kawałek.
- A co jeżeli jest zakażone i będziesz mi musiała amputować ucho?! - wrzasnęłam.
- To w czym je moczyłam przez ostatni rok jest tak silne, że nawet niezniszczalne bakterie zostałyby zniszczone... - mruknęła i przyniosła igłę świerkową nasączoną kwiatem snu.
- Musisz zasnąć, bo inaczej może trochę boleć... - powiedziała wstrzykując środek usypiający.

* * *

Obudziłam się rano. Słońce wstawało. Deluna nie przywitawszy się nawet ze mną podała mi w ciszy lusterko. Zauważyłam pięć kolczyków różnego rodzaju w lewym uchu. Po chwili zauważyłam kilka innych w prawym. Uśmiechnęłam się, gdyż wyglądały ładnie. W tym momencie moje oczy ujrzały grzywkę. Jej końcówki były zielone. Spojrzałam ze zdziwieniem.
- Natarłam je tylooma składnikami... Pozostaną już takie na długo! - wykrzyknęła radośnie.
W sumie... Wyglądały ślicznie. W dodatku widać było, iż Deluna lekko je obcięła. Nagle wilczyca wskazała na futerko na moich łapach. W jednym miejscu było one zabarwione na czarno w ten sposób, że wyglądało jakby pisało na nim "YOLO" czyli "You Only Live Once". Po kilku godzinach dziękowania i gawędzenia wróciłam do watahy. Pierwszą osobą której chciałam się pochwalić była Marchesa. Wskoczyłam do jej jaskini i stanęłam na baczność.
- I, i jak? - zapytałam.

Od Victorii: "X"


Obudziłam się rano z ostrym bólem głowy. Poszłam się przejść nad wodospad. Myślałam, że ból sam przejdzie. W pewnym momencie potknęłam się o kamień i wpadłam do jeziorka. Cała sparaliżowałam. Zaczęłam tracić tlen. Wpatrywałam się w górę, opadając na dno jeziora. W końcu straciłam przytomność (...). Poczułam jak wpatruje się we mnie pewien wilk. Otworzyłam powoli oczy - nikogo nie było. Zaczęłam się rozglądać i szukać bohatera, jednak na marne. Jedynie co zostawił po sobie, to znak litery ,,X''. Wróciłam do "domu", nagle wpadła na mnie Marchesa.
- Cześć!
- Cześć. Nie wiesz, co się wydarzyło...
- Nie tylko u ciebie! Nie uwierzysz... Gdy tak spacerowałam, ruszyłam w kierunku wodospadu. Wtedy zobaczyłam wilka w czarnym kapeluszu i czarnej pelerynie z literą ,,X''. Uratował jakąś wilczycę, a potem wskoczył na drzewo i ją obserwował.
- To ja byłam tą wilczycą.
- Na serio? Victoria, dlaczego...
- Wpakuję się zawsze w jakieś kłopoty - dokończyłam. - To był tylko wypadek.
- Widziałaś może twarz tego wilka?
- Nie, ale coś mi się zdaje, że musi być to ktoś z watahy... Trzeba wymyślić plan i zdemaskować ,,X".
- Ja już wiem nawet jak...

Dokończy Marchesa

Od Zuko: Jak to możliwe?!

Cały poprzedni dzień była tylko i wyłącznie droga. Nic specjalnego się nie działo. I to jest podejrzane. Od trzech dni nic nie jedliśmy i to samo się tyczy wody. Ja i Vickey możemy to wytrzymać, ale z młodymi jest gorzej. Chwilowy przystanek i polowanie poprawi sytuację. Zatrzymaliśmy się przy małym strumyku. Młode rzuciły się do wody jak opętane. Szybko zaczęły pić. Potem podeszliśmy do niej ja i Vickey. Moja partnerka chciała zostać z młodymi, kiedy ja miałem iść na polowanie. Wyczułem zapach dzikich zajęcy. Te Nowozelandzkie są dwa razy takie jak nasze normalne. Dla każdego spokojnie wystarczy. Potrzeba sześciu, ale tam gdzie je czuję jest ich o wiele więcej. Udałem się w ich kierunku. Doszedłem do ich miejsca. Siedzą i kicają tam jak gdyby nigdy nic. Nie chciało mi się jakoś specjalnie wysilać, więc otoczyłem sześć z nich pierścieniem ognia.

***

Na spokojnie zjedliśmy zające. Duże zające. Potem daliśmy młodym odpocząć, a sami mogliśmy normalnie porozmawiać.
- Vickey. – Zaczepiłem swoją partnerkę. – Jest jeszcze jedna sprawa, którą powinnaś wiedzieć.
- Co takiego? – zapytała.
- Pamiętasz, kiedy byłem nawiedzany przez demona?
- Tak.
- Pokonałem go, bo…
- Jesteś Wilkiem Zemsty i Zniszczenia. – przerwała. Byłem zaskoczony jej odpowiedzią.
- Skąd to wiesz?!
- Domyśliłam się, wnioskując po tych wszystkich zdarzeniach, które miały miejsce, kiedy byłeś opętany.
- Aha. Nie przeszkadza ci to?
- W tobie nic mi nie przeszkadza.
- A mi w tobie.
Wtuliła się w moje futro. I wbiegły szczenięta. Euterpe, Nero, Silyen i Taylor naskoczyli na nas. Przewróciliśmy się, ale też śmialiśmy się z tego.
- A wiesz, że Eyn jest już normalnym wielkim? – zapytałem Vickey. – To już nie jest demon.
- To raczej dobrze – odpowiedziała z zadowoleniem.
http://magicznawataha.blog.onet.pl/wp-content/blogs.dir/928656/files/blog_iy_4775421_8053554_tr_quazer_5.jpg
Po chwili z nieba wystrzelił zielony błysk światła, który chwilowo nas oślepił. Wszyscy zasłoniliśmy oczy łapami, ale było za późno. Chwila ślepoty doprowadziła szczeniaki do histerii. Mnie i Vickey także to wkurzyło. Jednak to zjawisko oznacza, że ktoś wrócił z Krainy Zmarłych. Zza drzew wyszedł duży czarny wilk, a jego czerwone oczy siały postrach wśród naszych szczeniąt. Poznaję tego wilka. Widziałem go, gdy chwilowo byłem w Zaświatach po upadku z wodospadu. To Eyn! Nie wiem, czy się cieszyć czy nie. Był demonem i prawie mnie zabił (nie mówić już o Jack’u) ale teraz jest normalny i ma dobre chęci. W sumie nie spodziewałbym się, że nawet teraz tak wygląda. Podobnie jak teraz, ale trochę inaczej. Po chwili odzyskaliśmy wzrok. Wilk podszedł do nas, jak gdyby nigdy nic. Spokojnie. Dał znak, że nic nam nie zrobi, ale nie wiem, czy mogę mu ufać, po tym, co zrobił. Szczenięta schowały się za nami (mną i Vickey). A my przybraliśmy pozycje bojowe.
- Czego ty tu chcesz? – rzuciłem ostro.
- Chcę pomóc – powiedział spokojnie – nie macie pojęcia gdzie są Czarne Ziemie.
- I co z tego? Poradzimy sobie.
- Nie poradzicie i ty o tym wiesz.
- No dobrze. Wiem. I co? Może ty nas tam doprowadzisz? – spytałem prowokująco.
- Tak. Mogę złożyć przysięgę.
- Przysięgę Krwi?!
- Tak.
- To nie jest możliwe.
- To słuchaj. Składam Przysięgę Krwi, na bezpieczne doprowadzenie was do Rion. Przysięgam to na własną krew. – Złożył przysięgę. Leciutko rozciął swoją skórę pazurem i kroplą swojej krwi napisał na kamieniu „Eytukan Ostatni Cień”. Przysięga została złożona. – Masz słodkie szczeniaki.
- Dzięki. – Byłem zaskoczony.
Już jeden wilk kiedyś złożył dla mnie Przysięgę Krwi, ale został wygnany z watahy. Teraz Eyn zrobił dla mnie to samo.
- To gdzie są Czarne Ziemie? – zapytałem brata.
- W Amazonii.
- Jak mamy się dostać do Amazonii?!
- Przez moje teleportacje.
- Ale nie teleportuj nas w ogóle do Rion, chcę przejść tę podróż.
- Spoko.
Zaczął biegać wokół nas i mamrotał coś pod nosem. Jak błyskawica wystrzeliliśmy w niebo, lecąc do Amazonii. Po chwili byliśmy w głębi Amazońskiego lasu.

Od Odalis: Po smoka, cz. XVI – W każdej legendzie jest ziarno prawdy

- Xyxyl! Kogo przyprowadziłeś? – zawołał do naszego „przyjaciela” wściekle czerwony wilk. Podbiegły do nas inne purpurowe i zainteresowane zamieszaniem wilki.
- Spokojnie, Sunsid. To jacyś obcy, łazili po pustyni – odpowiedział spokojnie zapytany.
- Obcy, powiadasz? Czego szukają?
- Nie chcą powiedzieć, ale my znamy sposoby na otworzenie cudzych pysków! – zaśmiał się złowieszczo i zapłonął. Kiedy zgasł, był tak samo wściekle czerwony jak inni.
Naraz otoczyli nas czerwoni i związali nas niewidzialnymi sznurami. Leżeliśmy na ziemi brzuchami do góry i pociliśmy się obficie. Podszedł do nas Xyxyl i zrobił sobie ognisty pejcz.
- Pora na zabawę – oznajmił Sunsid i również zrobił sobie bicz.
Ogniści stanęli przed Zanim i w tym samym momencie smagnęli go ognistymi batami. Basior zawył przeraźliwie.
- Skąd idziecie? – zapytał go prześladowca i znów walnął narzędziem tortur.
- Z-z… Auuuuuuu! – wrzasnął ziemisty i zwinął się z bólu.
Nie mogłam na to patrzeć.  Odwróciłam wzrok. Byłam bezsilna. Zaraz…
Kolejny krzyk.
Ved! Ved, posłuchaj mnie uważnie…
- Aaaaaaaauuuuuaaaaaaaaa!
Masz energię, tak? Zrób własną broń i trzepnij ich, byle porządnie, jasne!
- Nieeeeeeee! – ryknęła ofiara i zamilkła.
Zapadła cisza.
- Zużył się – zauważył beztrosko okrutnik. – Pora na następnego.
Dręczyciele powolnym krokiem zbliżyli się do Vedusalego.
TERAZ!
Błyskawica uderzyła w Xyxyla, a potem w Sunsida. Zachwiali się. Krępujące nas rzemienie zniknęły. Zerwaliśmy się na równe łapy. Zmusiłam się do podniesienia siebie i samca do góry. Było mi ciężko, gdyż już na ziemi było upalnie jak nie wiem.
Manewrowałam w powietrzu, starając się uniknąć kuli z ognia. Towarzysz uderzał raz po raz goniące nas wilki błyskawicami. Był bardzo przygnębiony – zabili mu przyjaciela.
- Przed nami Wulkan, Ved.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Od Odalis: Po smoka, cz. XV – Parzy?

Słońce leniwie sunęło się po niebie… Czy ono w ogóle się ruszało? Wydawało się, że ognista kula na złość stoi w jednym miejscu na niebie i nabija się z nas. Piasek parzył nam łapy, a słońce przypiekało karki. Na dodatek udało mi się przywołać jedynie mały wiaterek, zanim nie zganił mnie Vedusale.
- Widzisz to? – Wskazał mi wysuszoną na wiór kępkę trawy.
Wytężałam wzrok, ale nic nie zobaczyłam.
- No, co? – spytałam.
- Patrz!
Zobaczyłam. Z kępki zaczęła unosić się mała smuga dymu. Trawa paliła się.
- Tutejszy ogień jest bardzo złośliwy. Wiatr nie gasi go, lecz przenosi w inne miejsce. Łatwo w ten sposób spowodować wielki pożar – wyjaśnił Ved.
Gorący dzień niemal nas nie spalił, ale noc nie była lepsza. Było zimno i drżałam cała.
- W-wiecie, dlaczeg-go t-tak s-się dz-dzieje? – zagaił Zani.
- Nie – odpowiedzieliśmy chórem. Nie mieliśmy nastroju do pogawędki.
- Z-znam t-taką l-legend-dę… - zaczął wilk, ale Ved mu przerwał.
- Chodź do ognia, a nie się jąkasz z zimna.
Basior posłusznie podszedł i kontynuował:
- Otóż według tej legendy tę pustynię zamieszkują wilki, które nie posiadają żadnych mocy, żywiołów. Wyrzutki wilczego społeczeństwa. Wymyślili, że za pomocą magii będą zabierali całe ciepło z tej pustyni, która na początku wcale nie była pustynią. Zdecydowali się, że ciepło będą zabierać z nocy. Dlatego teraz jest nam zimno, a w dzień gorąco, ponieważ ci oszuści wtedy bawią się żywiołem ognia. Tak powstała ta pustynia.
- Myślisz, że to prawda? – zapytałam.
- Może… Wszystko jest możliwe – odparł wymijająco mówca.
Zapomnieliśmy o tej rozmowie, gdyż poszliśmy spać, a następnego dnia rozmyślaliśmy o zupełnie czymś innym. Do czasu…

***

- Kto tam jest? – Pokazałam łapą ciemną sylwetkę na horyzoncie.
- Za chwilę się dowiemy.
- તમે શું ભાષા બોલે છે? - rzekł przybysz, kiedy spotkaliśmy się.
- Eee, co on mówi? – zapytałam.
- Nie wiem – odrzekli na raz samce.
- વેલ હું તમને કહી શું ભાષા વિશે તમે વાત છે! તમે મને કહી ન હોય તો અમે સંપર્કવ્યવહાર કરવા માટે સમર્થ હશે નહિં! - powtórzył nieznajomy.
- Zaraz… Chyba wiem, co on mówi! – zawołał ziemisty.
- તમે મને માત્ર જેથી છું નથી સમજી નથી. તમે શું કહે છે તે પછી મને કહી ન હોય તો, તે સાથે મળી નહીં.! - krzyknął zniecierpliwiony obcy.
- સામાન્ય વરુ પછી - wyjaśnił Zani.
- Na reszcie, myślałem, że się nie doczekam. Skąd i gdzie idziecie? – rzekł nieznany.
- Niby czemu mamy odpowiadać na twoje pytania? – przerwał mu Ved.
- Bo mogę was z łatwością spalić.
Momentalnie nasze futra polizał płomyczek ognia.
- Stamtąd tam – łapą wskazał kierunki jasnobrązowy basior.
- W takim razie pójdziecie ze mną – oznajmił władczo wilk.

Od Lucky'ego: Pierwsza podróż; Wyspa Ognia


Już nie mogłem usiedzieć w miejscu, więc postanowiłem wyruszyć na swoją pierwszą podróż, moim celem była Wyspa Ognia.
Wyruszyłem w nocy, aby na razie nikt o tym nie wiedział.
Szedłem i szedłem i nagle usłyszałem burczenie, przestraszyłem się, ale okazało się, że byłem głodny, upolowałem sobie zająca, po tym jak zjadłem, odpocząłem i poszedłem dalej.
Przed pierwszą przeszkodą doszedłem rano. Doszedłem do Glassgo, były tam wilki, ale jeden nie przypadł mi do gustu, był cały poharatany i nagle do mnie podszedł i powiedział:
- To moje terytorium. Wynoś się stąd.
A po tym zaczęła się bójka. Ja wygrałem, a on uciekł z piskiem.
A do tego dodałem:
- I co, łyso ci teraz, będziesz miał nauczkę, ty gnomie - powiedziałem.
Potem poszedłem dalej i doszedłem do góry śmierci, wszedłem na szczyt i nagle spadłem. Obudziłem się w całkiem innym miejscu...

Od Zuko: Przeprawa przez Mroczne Jezioro

Budowa tratwy trwała prawie całą noc. Jak na razie jezioro jest cudowne. Błękitna, połyskująca w słońcu woda tajemniczo malowała się na czarnym, mrocznym tle lasu. W tle widać nieduży potok spływający po skałach niczym wodospad. Niebo było bezchmurne, ale słońce mocno świeciło. Jedynie lekki wiatr przeczesywał naszą sierść swoim zimnym powiewem. Spojrzałem w jasną wodę w jeziorze. Po chwili rozległ się krzyk, ale zaraz ucichł. Czarne kruki przeleciały nad naszymi głowami. Zwróciłem głowę w kierunku głosu. Zapewne coś się stało. Ale znam już ten głos. Słyszałem go już kiedyś. To Kayah! Dogania nas. Musimy się pospieszyć. Arokai wzbiła się w powietrze, z gałęzi, na której siedziała. Euterpe, Silyen, Taylor i Nero schowali się za mną i Vickey. Vickey widziała, że coś mnie martwi.
- Zuko? Co się dzieje?
- Muszę ci coś powiedzieć. Jestem ścigany.
- Co? W co ty się wpakowałeś?
-Z łapała mnie taka jedna wataha. Miałem do czynienia z Alfą Kayah. Chciałem uciekać, bo mi się śpieszy, więc próbowałem się jej pozbyć. Zamknęli mnie, ale uciekłem z trzema wilkami, które nie dożyły dalszej drogi. Pani Kayah… - złapałem oddech. - Ruszyła w pościg.
- To trzeba się śpieszyć.
- Przecież wiem.
- Musimy być ostrożni i się śpieszyć. Musimy być uważni i uważać na szczeniaki.
- Więc nie traćmy czasu na rozmowy i chodźmy.
Arokai podleciała do nas i zabrała Taylora na grzbiet. Sowa rozpostarła skrzydła, uniosła się w powietrzu i przeniosła młodego na drugą stronę jeziora. To samo zrobiła z Silyenem i Nero. Euterpe poleciała na własnych skrzydłach. Lata bardzo szybko i ostrożnie. Młode były już bezpieczne na drugiej stronie jeziora. Tahno ma przyrostek związany z tym jeziorem. Wraz z Vickey przepchaliśmy głowami tratwę do wody. Zostawiliśmy za sobą ślady. Woda już popchała tratwę z Vickey. Zostałem chwilę na ziemi. Roztarłem ślady w ziemi. Wlazłem na nisko położoną gałąź i przebiegłem po niej, by wskoczyć na dużą i solidną tratwę. Jednak gałąź była za krótka, a Vickey za daleko. Skoczyłem w ostatniej chwili. Wadera złapała mnie za łapę i pomogła spaść na tratwę. Chwilę płynęliśmy spokojnie. Nic się nie działo. Szczenięta w spokoju obserwowały całą akcję. Zaraz ogromne pnącze wystrzeliło z wody jak petarda i właśnie miało zaatakować Vickey, ale ona rozcięła je wodą. Potem atakowały kolejne. Jeden z mojej drugi ze strony Vickey. Strzeliłem ogniem w liany, które się zapaliły, a Vickey kolejno cięła wodą wodorosty. Jednak te nie odpuszczały. Następnie zaatakowało ich ponad osiem. Było ciężko.
-Vickey skacz! Najwyżej jak będziesz umiała. Zaufaj mi.
Kiwnęła twierdząco głową i skoczyła naprawdę wysoko. Błyskawicznie zakręciłem się kilka razy wokół siebie, tworząc wielki pierścień ognia, który szybko i silnie uderzył w pnącza. Vickey opadła z powrotem na tratwę i szybkim ruchem wody przyśpieszyła naszą drogę przez jezioro. Byliśmy prawie przy brzegu. Jednak gruba liana wystrzeliła przez sam środek tratwy, która rozpadła się. Osłoniłem głowę, przed latającymi kawałkami drewna. Wadera zrobiła dokładnie to samo. Polecieliśmy lekko w powietrze. W tym czasie gwałtownym ruchem powietrza wypchnąłem siebie i Vickey na brzeg. Szczeniaki otoczyły nas, mając nadzieję, że nic mam się nie stało.
- Wszystko dobrze? – zapytał Nero
Podnieśliśmy się z ziemi z ogromnymi uśmiechami na pyskach, bo nic mam się nie stało. No… prawie. Były drobne zadrapania, ale naprawdę bardzo drobne. Nieszkodliwe.
- Zdaje się, że tak – odpowiedziała Vickey. Uśmiechnęła się, dała znak szczeniakom, że idziemy dalej i poszliśmy na Czarne Ziemie...

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Od Navi: Wiewiórkowy lasek, cz. 2

 - Więc o co tu chodzi? - zapytałam, gdy siedzieliśmy już w komnacie z rysunkami na ścianach z wiewiórką.
 - Pani pradziadowie oboje władali żywiołami ziemi, powietrza i wody. Byli potężnymi wojownikami...
 - I?  - przerwałam.
 - Nasze stado w czasie życia pani pradziadów było w trudnej sytuacji. Nie mieliśmy żadnej ziemi ani swojego domu. Inne stado wiewiórek zabrało nasze ziemie. Stado Destinie przyszło nam z pomocą i z pomocą swoich żywiołów stworzyli to miejsce. Na prośbę moich przodków specjalnie zabezpieczyli to miejsce. Od tego czasu służymy tylko Destinie. I chciałem najmocniej przeprosić za nazwanie pani krową, przykro mi, jednak dawno nie widziałem wilka i stąd ten mój błąd, pani.
 - Masz imię, wiewiórko?
 - Noszę imię Eugeniusz II Stanisław, pani.
 - Tak więc, na czym miała by polegać ta służba?
 - Na czym tylko panie zapragnie, możemy być pani przewodnikami, gotować dla pani... jednym słowem wszystko i wszyściusieńko*!
 - To świetnie... Tylko mam prośbę, rzadziej używaj słowa "pani", dobrze?
 - Tak, pa... znaczy Destinie.
 - Dobrze, więc teraz chodźmy do Mrocznego - jak już mówiłam, to mój partner. Weź kilka najlepszych wiewiórek, Eugeniuszu. Rano ruszamy w dalszą drogę do Świątyni na Wzgórzu Okai.
I znów szłam tunelem, tym razem w drogę powrotną i z wiewiórkami na grzbiecie. Podczas drogi rozpoczęliśmy rozmowę o ich stadzie.
 - Ile osobników liczy wasza rodzina?
 - Około sześćdziesiąt wiewiórek. Jesteśmy dość liczni, pani.
 - Tak, to dużo. Nasza wataha liczy 23 wilki. Jednak nie wiem, czy już nie więcej, co chwilę dołącza jakiś samotny wilk... A czy każda wiewiórka ma swoje imię?
 - Tak, oczywiście. Każdy wiewiór ma imię. Zazwyczaj dostaje się imiona po swoich dziadkach. Jednak nie posiadamy przydomków, tak jak wilki.
 - Hmm... I każda z 60 wiewiórek ma inne imię?
 - Owszem, każda.

Dotarliśmy już do jaskini, w której razem z Mrocznym mieliśmy spędzić noc.
- Mroczny? Jesteś tu? - zapytałam.
- Na moją matkę i ojca! Gdzie byłaś?
- Tylko się nie denerwuj, ani nie mdlej, dobrze?
- No to gdzie byłaś? Znów w Zaświatach?
- Nie... Tym razem na takiej pięknej łące,  na której było zejście do tunelu, który prowadził do takiego lasku, w którym mieszkają wiewiórki. A ja jestem ich królową, wiesz?
- Navi, czy ty się dobrze czujesz? - Podszedł do mnie kilka kroków, chyba dopiero teraz zauważył mnie w całości. - I co robię te wiewiórki na twoim grzbiecie?!
- Tylko nie mdlej, proszę! To moi poddani. Rano ci wszystko wyjaśnię, dobrze?
- Dobrze. My śpimy po tej stronie jaskini, one po tamtej stronie, OK? Chyba mi nie wydrapią oczu w nocy, co?

* - Eugeniusz nie jest wykształcony xD

Od Odalis: Po smoka, cz. XIV – Ciepło… Ciepło… Gorąco!

Wieczorem podszedł do mnie Vedusale.
- Hej, Vedusale.
- Cześć, Odalis. Mów mi Ved – uśmiechnął się, ale zaraz zmarkotniał. – Mój brat zachował się okropnie. Przyniósł wstyd całej rodzinie. Słyszałem, że szukasz przewodnika – zmienił temat – który widział turkusowego smoka. Moi znajomi widzieli. Nie okłamuję cię.
Mówił tak szczerze, że uwierzyłam mu. Zgodziłam się, żeby poszedł ze mną.
- Gdzie są ci twoi przyjaciele? – zapytałam.
- Zwykle włóczą się po świecie. Aktualnie są w lesie obok, jutro mają wyruszać.
- W takim razie musimy się pośpieszyć – oznajmiłam i po chwili znalazłam się z Vedem obok jego kumpli.
- Siemka, Vedziu. Co twoja nowa laska? – wyszczerzył się dowódca bandy.
- Mam do was sprawę. Gdzie widzieliście smoka? – zignorował tą zaczepkę basior.
- Oho! A ile nam dasz za tą informację?
- Nic?
- Świetnie, ty dasz mi nic, a ja ci powiem nic.
- Ech. Czego chcesz?
- Wybieramy się do goblinów, a wiesz, jak one lubią cenny kruszec.
- Skąd ja wytrzasnę złoto?
- Nie wiem. Nie ma złota, nie ma smoka.
- Dobra, powiem ci, gdzie widziałem ostatnio bonanzę pełną złota.
Samce szeptały ze sobą chwilkę, a potem dowódca bandy uśmiechnął się promiennie.
- Wspaniale, to mi się podoba. Za to otrzymasz dwie informacje. Smoka widzieliśmy niedaleko Złotego Wulkanu . A twój brat zrobił takie głupstwo – spojrzał znacząco na mnie – bo go nabraliśmy. Taki z niego dureń! – I wybuchnął śmiechem.
W drodze powrotnej Ved mruczał wściekły pod nosem:
- Mogłem się tego spodziewać. Savy zawsze ich podziwiał, w jego oczach byli jakimiś macho. Powiedzieli mu, że tak się to uda, uwierzył, i tyle ma z tego! Co za łotry!
- Musimy się zaopatrzyć w wodę, ponieważ ja nie mam żywiołu wody, tylko energii. Będziemy potrzebowali też mięsa – zwrócił się do mnie.
- Dlaczego?  - zapytałam.
- Złoty Wulkan został tak nazwany nie dlatego, że jest ze złota, tylko dlatego, że jest z piaskowca i znajduje się na pustyni, której piasek do złudzenia przypomina złoty pył. Podróżni dają się na to nabrać i giną nędznie z głodu, pragnienia bądź utopieni w lawie.
- Kiedy wyruszamy?
- Dzisiaj wieczorem. Wezmę jeszcze jednego wilka, mojego dobrego przyjaciela, który ma żywioł ziemi. Dzięki temu będziemy mogli łatwiej przenieść zapasy.
- Jak się nazywa?
- Zani. Oto i on!
Przywitałam się z szarawym wilkiem, przygotowaliśmy prowiant i ruszyliśmy do Złotego Wulkanu.

Od Victorii: Nie ma Melody

Szybko pobiegłam do Legowiska. Byłam zła na siebie. Zastanawiałam się jak mogę być taka nieodpowiedzialna i zostawić Melody samą. Wpadłam do jaskini. Szybko się rozejrzałam - Melody nie było. Padłam na ziemię i zaczęłam płakać. Po chwili zauważyłam przy progu list. Był potargany i trochę zniszczony. Wstałam i sięgnęłam po niego.

Droga Victorio!
Jak się trzymasz? Wszystko u Ciebie w porządku? Przepraszam Ciebie za ten potargany list, dotarł aż z Watahy Słońca. Gdy zniknęłaś, postanowiłam sobie wszystko przemyśleć. I zrozumiałam, że pora dorosnąć i iść poznawać świat. Pewnie pomyślisz, że jestem tylko małym dzieckiem i nie dam sobie rady. Ale ja czuję, że jestem gotowa by opuścić rodzinne gniazdko. Po śmierci ojca stałam się bardziej odpowiedzialna, a gdy ty zniknęłaś zrozumiałam, że nie potrzebuję już Ciebie. Wtedy, gdy rozmawiałaś z Marchesą o mnie, też dało mi do myślenia. Tak, wszystko słyszałam. Nie potrafisz kłamać. W każdym razie wszystko jest u mnie dobrze, wataha jest cudowna. Znalazłam parę przyjaciół i nawet poznałam fajnego wilka. Kto wie, może coś z tego wyjdzie... Nie zapominaj, że bardzo Cię kocham i nigdy Ciebie nie zapomnę. I nawet kilometry nie potrafią tego zmienić. Obiecuję, że będę Ciebie odwiedzać raz na rok. Wiem, że to bardzo mało, ale Wataha Słońca leży parę tysięcy mili stąd. Będziemy jeszcze ze sobą pisać. Mocno Cię ściskam!!!
 
Melody

"Ojej, Melody rzeczywiście mnie już nie potrzebuje'' - pomyślałam. Przeczytała parę razy list i zasnęłam.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Od Navi: Wiewiórkowy lasek

Jesteśmy coraz bliżej i jest coraz piękniej... Tysiące małych wodospadów, stawów, łąk pełnych kwiatów...  Kwiaty pachną tak cudownie, a gdy ich pyłek wpada do wody, ta staje się słodka. Do tego kwiaty w tej krainie mają niezwykłe kolory i barwy, których większość wilków z Doliny pewnie nie widziało nigdy. Woda w stawach świeci nocą na niebiesko i jest tak ciepła jak w tropikach. Wodospady są małe, a woda w nich płynie tak ''lekko'' i ''wolno''...
- Chodź, tam jest jaskinia. Spędzimy tam noc - zawołał Mroczny.
- Ty idź, ja pójdę na mały spacer - odpowiedziałam, wtuliłam się na chwilę w sierść Mrocznego* i poszłam.
- OK, tylko nie idź za daleko - rzucił jeszcze.
Ruszyłam prosto przed siebie. Rośliny i woda w stawach, tak jak zawsze wieczorem wyglądały pięknie... Do tego była pełnia księżyca, tak jasna i cudowna jak nigdy. Weszłam na łąkę, bardzo dużą łąkę. Otaczały ją lasy ze wszystkich stron. Na samym jej (prawie) środku było małe jeziorko otoczone drzewami i roślinami. Podeszłam bliżej... Koło kwiatów było zejście do wnętrza ziemi, nie wiem gdzie prowadzi, sprawdzę to...
Tunel był długi i bardzo kręty. W końcu zobaczyłam światło na jego końcu i wyszłam na powierzchnię. Dziwne miejsce... Wszędzie są... wiewiórki! Na prawdę wiewiórki, takie małe i rude.
- Yyyy... Y? - zdziwiłam się.
- O, o! Intruz! To jakaś krowa chyba! - odezwał się piskliwy głosik. -  Orzeszki w dłoń! Paaal! - i orzeszki uderzyły mnie w głowę.
- Nie jestem krową, tylko wilkiem. I nie rzucajcie w mnie orzechami!
- Paal w tego samca! Mamusia cię nie pozna, he, he...
- Jestem samicą! I nie mam matki...
- Ty rozumiesz naszą mowę? *** Jak się nazywasz?
- Jestem Navi Destinie, Gamma z Magicznej Doliny Wilków. Jestem tu z moim partnerem - również Gammą z Doliny - Mrocznym Darkrose.
- Oooo... - odezwał się ktoś z tłumu.
- Destinie... Królowo nasza... Bijcie jej pokłony! No już! - odezwa się chyba ich przywódca.
- Przestańcie! Królowo?! O co tu chodzi?!
- Toż pani wielka nie wie, że my jesteśmy poddani, pani? Ja pani wyjaśnię... Chodź, pani...
Wiewiórka zaprowadziła mnie do jaskini, która była pełna rysunków na ścianach.
- Spójrz, pani**...
CDN.
* - powiedzmy, że to miał  być taki przytulasek. :)
**  - chodzi tu o pani, czyli królowo itp. nie pani np. nauczycielko.
*** - Navi posiada umiejętność rozmowy z zwierzętami i roślinami, dlatego może rozmawiać z wiewiórkami, np. Mroczny nie rozumie ich mowy.

Od Mrocznego: W Bezkresnym Lesie

Kolejne dni podróży mijały nam raczej spokojnie. Navi cały czas skakała wokół mnie, dmuchając mi wiatrem prosto w pysk. Znosiłem to cierpliwie, bo wiedziałem, że wilczyca musi się nacieszyć swoim nowym żywiołem, który zyskała kilka dni temu.
W trzecim dniu od naszego romantycznego wieczoru stanęliśmy przed ogromny lasem. Rozpaliliśmy ognisko tuż przy olbrzymich drzewach, ale nie zagłębiliśmy się w ich gąszcz. Między tymi potężnymi konarami nie było słychać żadnych odgłosów zwierząt, co było trochę dziwne, bo las wydawał się być idealnym miejscem dla wielu istot.
Wieczorem, gdy powoli zasypialiśmy przy dogasającym ognisku, zacząłem się zastanawiać, czym może być ten olbrzymi las. Rozmyślałem nad wszystkimi legendami i opowieściami, które usłyszałem kiedyś od innych wilków, aż doznałem olśnienia.
- Wiem, co to jest! - wykrzyknąłem podrywając się z ziemi. Navi, zaskoczona moim nagłym zerwaniem się z miejsca, spojrzała na mnie jak na szaleńca.
- O co ci chodzi? - zapytała ziewając. Spojrzałem na nią z radością.
- To jest Bezkresny Las - powiedziałem, wskazując na piętrzące się obok nas drzewa. Widząc, że moja partnerka jakoś szczególnie nie przejęła się tym co powiedziałem, ciągnąłem dalej. - To jest las, z którego bardzo trudno jest się wydostać. Trzeba mieć naprawdę ważny cel, żeby móc przejść na druga stronę.
- Myślisz, że nasz cel jest dość ważny? - zapytała mnie wilczyca. Położyłem się obok niej, wtulając się w jej futerko.
- Oczywiście, że tak - zapewniłem ją. - Jutro spróbujemy przejść przez ten las, ale na razie musimy się porządnie wyspać.
Następnego dnia wstaliśmy dość późno, bo słońce już od kilku godzin widniało na niebie. Szybko zjedliśmy złapanego przeze mnie zająca, a potem zagłębiliśmy się w Bezkresnym Lesie. Przez pierwsze kilka godzin wędrówka była zwyczajna. Rozmawialiśmy beztrosko, pewni tego, że uda nam się pokonać ten las. Jednak potem było coraz gorzej. Kiedy tylko patrzyłem na pnie otaczających mnie drzew, wydawało mi się, że jest ich tysiące, a nawet miliony. Powoli traciłem nadzieję na wyjście z tego lasu, ale nie mówiłem nic Navi, żeby jej nie zniechęcić. Kiedy zaczęło ogarniać nas zmęczenie, zażądałem postoju. Położyliśmy się pod jednym drzewem i od razu zasnęliśmy.
Kolejne dni mijały nam tak samo i byłem już niemal stuprocentowo pewny, że nie wyjdziemy z tego lasu. Korony drzew zasłaniały niebo, więc nie wiedzieliśmy kiedy jest noc, a kiedy dzień. Po prostu zasypialiśmy wtedy, kiedy czuliśmy się zmęczeni. Ta podróż była bardzo męcząca. W pewnym momencie moja partnerka nie wytrzymała.
- Mam dość! - wykrzyknęła i zbiegła ze ścieżki, zgłębiając się bardziej w las. Przerażony rzuciłem się za nią, żeby nie stracić jej z oczu.
- Navi! - krzyknąłem, ale nie zareagowała. - Stój! Musimy wrócić na ścieżkę, bo na pewno się zgubimy! - spróbowałem jeszcze raz i tym razem wilczyca przystanęła. Odwróciła się do mnie i spojrzała na mnie zrozpaczona.
- Przecież my nigdy nie wyjdziemy z tego lasu - powiedziała żałośnie i wtuliła się w moje futro. Już miałem powiedzieć jej kilka pocieszających słów, ale przerwał mi wesoły głosik:
Szczeniaczek
- Zgubiliście się? - głoś pochodził gdzieś z góry i oby dwoje zaskoczeni podnieśliśmy głowy do góry. Na gałęzi kilka metrów nad nami siedział wilczek. Była to samiczka, bo miała taki głosik. Patrzyła na nas z rozbawieniem, kołysząc się na gałęzi. Wiedząc, że ona może znać drogę do wyjścia z lasu, postąpiłem krok do przodu i spojrzałem bardziej w górę.
- Tak, nie wiemy jak mamy się wydostać z tego lasu - powiedziałem i żeby pokazać, że nie mamy złych zamiarów, zamachałem nieśmiało ogonem. Szczeniaczek przechylił główkę z zainteresowaniem.
- Chodźcie za mną, pokażę wam drogę - odpowiedziała i wybuchła perlistym śmiechem. Odwróciłem się do Navi i uśmiechnąłem się. Spojrzałem znów na małą wilczycę i zobaczyłem jak zgrabnie skacze po gałęziach drzew. Zacząłem biec za nią, a moja partnerka ruszyła moim śladem.
Podróż trwała tylko kilka minut i po chwili ujrzeliśmy światło między liśćmi. Z radości przyspieszyliśmy i wkrótce byliśmy na skraju lasu. Zacząłem skakać z radości, a Navi wraz ze mną. Szczeniaczek obserwował nas, śmiejąc się głośno. Kiedy chciałem jej podziękować za pokazanie drogi, nigdzie jej nie było. Pewnie wróciła do swojego mieszkania w Bezkresnym Lesie. Nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć w dalszą drogę.

Hierarchia

Na wysokość w hierarchii, dobrze zilustrowanej w zakładce Wilki, wpływa kilka czynników.
  • należność do Rady
  • czas pobytu w watasze
  • średnia historii na miesiąc.
Zawsze na samym szczycie listy widnieją członkowie Rady.
No właśnie... czym jest Rada?

W skład Rady wchodzą:
  • Alfy, Bety, Gammy i Delty,
  • najwyższy szaman,
  • przywódca wojowników,
  • przywódca łowców.
I w takiej kolejności występują w hierarchii - po najwyższym szamanie będzie przywódca wojowników, a po przywódcy wojowników będzie przywódca łowców (o ile żaden z nich nie jest alfą, betą czy gammą, wtedy naturalnie będzie na przodzie).

Pozostałe wilki są ułożone według miesiąca, w którym przybyły, a jeśli jakiegoś miesiąca przybędzie więcej niż jeden wilk - wówczas rozstrzyga średnia wysłanych historii na miesiąc.

Błędy z ankietą i wznowienie sondy (głosowanie na nowe nazwy)

Ponieważ ankieta po prawej stronie bloga bardzo się psuje i zauważono zmieny winiku co chwilę, zadecydowano, aby przenieść ją na oddzielną stronę.

Aby zagłosować na nową nazwę dla Zakazanego Lasu, kliknij tu. 

Aby zagłosować na nową nazwę dla Szlaku Mordoru, kliknij tu.

Od Maxa: Odejść na wieczną wartę

Dzień jak codzień, znów pełniłem znudzony wartę na obrzeżach Legowisk. Tak mi się zdawało...
Coś zaszeleściło. Cień padł na krzaki. Wystrzeliłem do przodu.
- Puść.
Zszedłem z białej wilczycy. Czy to Odalis? Nie, ta jest szczuplejsza i młodsza.
- Co tu robisz? - warknąłem groźnie. Spojrzała na mnie z obawą.
- Weszłam na teren watahy? Przepraszam. Już znikam. - Cofnęła się.
- Czekaj! - zmieniłem zdanie. - Jesteś tu z kimś?
Spuściła wzrok.
- Nie. Sama.
- Bo wiesz... - zamyśliłem się. - Możesz dołączyć do naszej watahy. Alfa przyjmuje samotników.
Rozpromieniła się.
- Bardzo chętnie. Jak masz na imię?
- Max.
- Yangi.
- Zapro...
Zza drzewa wyłonił się obcy wilk, dyszący ciężko. Czas zwolnił. Osobnik odbił się od ziemi, Yangi krzyknęła, a spłoszone ptaki zerwały się z ziemi. Ja widziałem jedynie wroga, powolutku dobiegającego do wilczycy.
Jedyny cel w moim krótkim życiu - bronić członków watahy, najważniejszy na całym świecie...
Doskoczyłem do niej, zasłaniając ją własnym ciałem.
Wilk drapnął mnie po pysku, a ja nie pozostałem bez odpowiedzi. Szarpnąłem go za kark. Odsunąłem się i zwróciłem się do Yangi: - Zwiewaj!
Zachłysnąłem się powietrzem, bo skoczył na mnie on. Runąłem. Przygniótł mnie do ziemi i zaczął dusić.
Wilczyca dała nura w zarośla. Udało się. Zrobiłem, co do mnie należało.
Poczułem, jak słabnę. Nadal widziałem i słyszałem, co się dzieje, ale wszystko wydawało mi się bardzo odległe i coraz bardziej się oddalało. Spłynęły na mnie fale ciemności. W jednej chwili widziałem, a w następnej nie, choć miałem pewność, że nie zamknąłem oczu. Widok raz po raz powracał, za każdym razem jednak bardziej rozmyty i odległy. Max oddalał się od świata.
Był jednak szczęśliwy. Spełnił swój obowiązek obronienia członków watahy przed intruzami.

Tak, Max umarł. Kari, wyrazy współczucia... [przyp. Bety]

Profil wilczycy Yangi

Imię: Yangi
Przydomek: ze śnieżnych szczytów gór
Płeć: samica
Zawód: opiekunka szczeniąt
Partner: Lucky
Wiek: 1,5 roku
Rodzina: Jej rodzice (Zaza i Peter) zostali zabici przez wilczycę alfę ze swojej watahy, która ich nienawidziła. Tylko Yangi (która jest jedynaczką, jej mama podczas wyprawy była w ciąży) przeżyła.
Adoptowany z Lucky'm syn Dali.
Żywioł: eter
Umiejętności: umiejętność przetrwania w każdych warunkach (ogólnie chodzi o bardzo niską temperaturę), potrafi być niewidzialna, ma moc przepowiadania przyszłości.
Opis: Yangi to przemiła, zabawna wilczyca. Nigdy się nie wścieka. Potrafi być za to uroczo uparta i harda. Dlatego wiele osób ją lubi. Kocha opiekę nad najmłodszymi i poświęca im każdy wolny czas. Jest bardzo przywiązana do reszty watahy. Zawsze służy pomocą i potrafi oddać nawet życie za swoich przyjaciół.

Od Victorii: Ciąg dalszy rozmowy

- Unriva, nie wiem jak możesz być taka nieodpowiedzialna! - krzyknęłam, ale tym razem spokojniej.
- Ale przecież to nie jej wina. Miała wypadek - Shairsa broniła Unrivę, jednak nadal byłam na nią wściekła.
- Wypadek? Unriva, czy ty zawsze musisz coś sobie zrobić?... - szepnęłam do siebie. Jednak Unriva to usłyszała.
- Mówiłam, żebyś ty to zrobiła. Ale tak nie dałaś mi wyboru.
- Ja chyba zwariuję... Unriva! Straciłaś oko!
- Tak, straciłam - powiedziała spokojnie. - No i co z tego?
- Na serio nie jest tobie z tym źle?
- Nie... Victoria, to nie twoja wina. Sama to sobie zrobiłam, więc nie musisz się mną przejmować. Możesz iść.
- Unriva, ja na serio się o ciebie martwiłam... - przytuliłam ją. - Przepraszam cię.
- OK, już dobrze. Ale nie krzycz nigdy na mnie.
- Postaram się, jeśli ty postarasz się nic sobie nie robić.
- Zgoda.
- Więc jak się czujesz?
- Jest dziwnie, muszę się jeszcze przyzwyczaić. Ale jest OK.
- Mam dobre wieści... - wszedł Exalios. - Jeżeli czujesz się na tyle dobrze, już jutro możesz to miejsce opuścić.
- No nareszcie... Nie będę musiała już dłużej leżeć w tej norze.
(...) Siedziałam jeszcze trochę przy Unrivie. Nagle przypomniałam sobie o Melody. Pożegnałam się z innymi i wróciłam do swojego Legowiska.

Od Shadow: Smutny wyrok

Exalios przygwoździł mnie do ziemi. Szarpnęły mną dreszcze. Mgła się rozwiała.
- Co się stało? - wyszeptałam z trudem.
Panowała cicha, chłodna noc. Leżałam na trawie, a na mnie stał szaman, niezdecydowany, czy już puścić, czy jeszcze nie.
- Co się stało? - naciskałam. - Co ja zrobiłam?
Wilk milczał. Powoli zwolnił uścisk. Wciąż dygocząc na ziemi, do mojej świadomości z wolna dochodziły minione wydarzenia. Pamiętałam, że kręciłam się wokół własnej osi. Wyłam... z bólu? Wspomnienia były jakby odległe i zatarte. Czyli maligna. Nie miałam pewności, czy były prawdziwe, a Exalios nie kwapił się z poinformowaniem mnie.
Wstałam z trudem.
- Powiedz mi - wychrypiałam - co się ze mną dzieje. Czuję się coraz gorzej. Najpierw nie mogłam latać, potem to fatalne polowanie, a teraz to, a cały czas czuję się paskudnie.
Exalios wziął wdech. Zamarł na chwilę. Wahał się. Potem wymówił słowa, które prawdopodobnie były dla niego najtrudniejsze do wypowiedzenia w życiu.
- Nie wiem.
- Jeśli ty nie wiesz, to co ze mną będzie? - zapytałam bezradnie.
- Ja... nigdy nie spotkałem się z czymś takim. Nie ma takiej choroby, jak ta, na którą ty zapadłaś. Przynajmniej o niej nie słyszałem. Myślę, że ma związek z tą waszą podróżą z Fletem. To od tego czasu zaczęły się problemy. - Wilk mówił coraz szybciej, nie dając mi dojść do słowa. - Może... może sam Evilan maczał w tym łapy. Marchesa mówiła, że mieliście podczas pościgu jakieś wizje. Stary Wilk uważa, że nie mogły zaszkodzić, bo nie były prawdziwe. Ja myślę inaczej. Z tego, co Alfa mówiła, demon przybierał materialne ciało. Dlaczego wizje nie miałyby być fizycznymi, namacalnymi zdarzeniami, materialnymi jak ich twórca?
Drgnęłam. Exalios coś tam mówił, ale to był głos w tle. Teraz widziałam przed sobą Evilana, potwora, którego wszyscy się bali, także i ja. Nie sądziłam, że to najgorsze, czego się obawiam. Widocznie demon wiedział lepiej to ode mne, gdy podczas pamiętnego pościgu pojawił się nagle przede mną jako "wizja"...
Nie chcę do tego wracać. Posłuchałam Exaliosa.
Ten w pewnym momencie monologu urwał, jakby obawiając się mojej reakcji, ale zebrał się w sobie, spojrzał mi w oczy i powiedział:
- Nie potrafię ci pomóc. Przykro mi.
Zapadło milczenie. Staliśmy naprzeciwko siebie, sami nie wierząc w to, co zostało powiedziane. Myśląc, że to koszmarny sen, z którego za chwilę się wybudzimy.
- Umrę? - zapytałam cicho.
Szaman bardzo wolno, ostrożnie, jakby bał się choć trochę poruszyć zastygłe, lodowate powietrze, pokiwał głową.
Rzuciłam się w tył i uciekłam w las.

Od Odalis: Po smoka, cz. XIII – Kochanek

Rano ruszyliśmy dalej bez słowa.
- Kto ty? – usłyszałam głos z krzaka. Savitor odpowiedział prędko:
- Savitor Sacelites!
- Witaj, bracie mój, witaj! – zza krzaka wyszedł jasnobrązowy wilk. – Kogóż przyprowadziłeś?
- Wilczyca zwie się Odalis – odparł.
- Witaj i ty, Odalis! Chodźcie przed alfę, musi wiedzieć, kto przyszedł!
W drodze dowiedziałam się, że wilk-wartownik nazywa się Vedusale.
Alfa przywitał nas bardzo gorąco. Zarządził natychmiastowe przyjęcie. Wataha przyniosła mnóstwo jedzenie i skór.
- Savitor! Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? – szepnęłam do niego z wyrzutem. – I co to za przyjęcie?
- Mówiłem ci – odpowiedział obrażony.
- A przyjęcie z jakiej okazji? Każdego wilka tak przyjmujecie? – spytałam. Nie podobało mi się. Wilczyce przystroiły mnie jakimiś kwiatkami i co chwilę chciałam kichnąć.
- Ja… - nie dokończył, bo śnieżnobiały wilk zaprowadził nas do jakiegoś kamienia. Wszyscy patrzyli na nas. Nie wiedziałam, o co chodzi.
- Czy ty, Savitor Sacelites kochasz tę oto wilczycę Odalis?
- Tak! – zawołał szybko Savy.
- A czy ty, wilczyca Odalis kochasz Savitora Sacelitesa?
- Nie – opowiedziałam głośno. Wilki spojrzały na mnie osłupiałe.
- Jak to… Przecież… Przecież oświadczył ci się! – wydukał śnieżnobiały basior.
- Tak? Kiedy to było, bo chyba podczas mojej nieobecności – zwróciłam się do zaczerwienionego oszusta. – Jak mogłeś być taki… taki bezczelny?
- Ale ja cię kocham! Bałem się, że mi odmówisz.
- Próbowałeś nas połączyć, nie wiedząc nawet, że ma partnera i dzieci.
- Nie wiedziałem…
- No właśnie – nie wiedziałeś. Było się spytać, a tak wzbudzasz we mnie wstręt do swojej osoby. Nie widziałeś smoka, prawda?
Kiwnął głową.
- No właśnie - westchnęłam niezadowolona. Kilka dni wędrówki zmarnowane…