Hmmm... Nie mam nic do roboty... Przyjaciele? Nieee... Ostatnio wszyscy są zajęci. Sayona - odeszła, Kari - nie będę jej przeszkadzać, przecież ma tego swojego Blue, którego nie ma, ale trudno, Kari to każdy lubi i ona pewnie nie ma na mnie czasu... Damon - Damon ma dziecko i Ajminę oraz swoje sprawy, więc też nie będę się mieszać w ich sprawy rodzinne. Radioactive? No, więc podeszłam do niego, ale komuś się coś stało i musiał pójść. Odalis i Marchesa mają na głowię całą watahę, a raczek tylko Marchesa, bo nasza równie niezastąpiona i wspaniała Beta gdzieś polazła i nie wróciła. Byłam sama. Postanowiłam oddalić się od watahy. Wędrowałam z kwadrans i nagle usłyszałam głos:
- Shante!? Ty żyjesz!
Odwróciłam głowę w kierunku głosu i... I był to on!
- Hunter! - Popędziłam ile sił do mojego brata.
- Myślałem, że cię zabili - powiedział.
- Nie, nie zabili, nie dałam się - odparłam dumnie i szczęśliwie.
- To dobrze - odetchnął.
- A właściwie co ty tu robisz? - spytałam.
- Ja? Chodź - pociągnął mnie za łapę.
- Czekaj, Hunter - wyrwałam się.
- Co?
- Nie mogę zostawić tu takiej jednej osoby, a w zasadzie, tak gdzieś... z czterdziestu czterech...
- Że ilu?! - wytrzeszczył oczy.
- Jednym słowem: nie mogę zostawić mojej watahy.
- Czekaj, pogubiłem się... A kim jesteś w "twojej watasze"? - Czyżby mój brat przedrzeźniał moją kochaną watahę?
- No, zależy, o co chodzi.
- Jak cię tam traktują?
- Dobrze - odparłam bez chwili namysłu.
- A kim tam jesteś?
- Zwyczajną waderą - moja skromność... - nikim ważnym.
- To czemu nie pójdziesz za mną?
- Bo, mam tam... syna.
- Syna!? - zdziwił się. - To w takim razie rozumiem, ale jak masz syna to...
- Mam adoptowanego syna - spojrzałam na niego wilkiem, heh, wilkiem, jestem wilkiem i spojrzałam się na niego wilkiem... te związki frazeologiczne...
- Aha... A ile jesteś w tej twojej watasze? - spytał.
- No... Gdzieś tak z pięć miesięcy... - odpowiedziałam.
- Rozumiem... Ale może zabierzesz twojego syna i pójdziesz ze mną? Spotkajmy się...
- Może pójdziesz ze mną i poczekasz trochę dalej?
- Dobra .
I tak zrobiliśmy.
- Hej, Flones - powiedziałam do niego.
- Tak, mamo? - spytał.
- Chodź, coś ci pokażę.
- Dobra - powiedział.
Już gdzieś tak po kilku minutach, Flones zamiast iść zaczął latać.
- Kto to? - zapytał maluch.
- To jest twój wujek - odpowiedziałam.
- Mój wujek? - spytał. - Nie jesteście do siebie podobni.
- Ach... długa historia - odparł Hunter.
- Dobra, to co teraz... wujku? - Pacnęłam go łapą po ramieniu i zaczęłam się śmiać.
- Ha, ha, ha, no bardzo śmieszne... - Spojrzał na mnie jak na dziecko. - Chodźcie.
I poszliśmy za nim, tylko Flones poleciał za nim.
W czasie podróży, gdy Flones latał za wysoko albo za daleko, ja na to mówiłam "niżej", albo "bliżej", czy też "Flones!", a mój braciszek na to "wyluzuj Shante, to jeszcze dzieciak". Hunter miał rację, to jeszcze dzieciak, jednak ja nie za bardzo chcę, aby coś lub ktoś mi go porwał. W połowie drogi Flones postanowił wylądować na moich plecach i ja go niosłam, później mój brat, a na końcu, znowu ja. Gdy doszliśmy, Hunt (mogę tak mówić braciszku?) powiedział:
- Oto ona! Moja wataha!
- Czekaj... co?! Co ty kombinujesz?
- Nieważne - pociągnął mnie za łapę - Chodź. Alfo! - krzyknął.
- O, Hunt... - Aha! Mogę tak do ciebie mówić! - Kto to?
- To moja siostra i jej adoptowany syn - odpowiedział.
- A, no to witajcie - powiedziała.
- Ta, tak, miło mi - powiedziałam.
I nagle wilczyca zaczęła mi malować jakieś czerwone kreski pod oczami.
- Co ty robisz!? - wrzasnęłam.
- Jak to co? Witam w stadzie, nowa członkini!
- Co?! Hunt! - wrzasnęłam na brata.
- Nie kłóćcie się - powiedziała Alfa. - A jak już, to pójdźcie gdzie indziej się kłócić.
- Dobrze - powiedziałam. - Flones, chodź.
A więc jestem w dwóch watahach, nie sądziłam, że stanie się coś takiego! No, dobra, nie czas na to.
- Hunter, czemu to zrobiłeś?
- Co? - spytał
- Nie udawaj, przecież nic mi nie mówiłeś, że zabierasz mnie do tej watahy. - Odwróciłam się.
- Mamo, i co teraz? - spytał mój mały stojąc mi przed nosem.
- Shante... - mruknął mój brat. - Tu będziesz mogła wykazać się...
- Nie! Zabrałeś mi dom! Zabrałeś przyjaciół! Zabrałeś watahę! - krzyczałam z łzami w oczach na niego i odwróciłam głowę dodając z łzą spływającą po moim policzku. - Zabrałeś mi wszystko, a teraz jestem skazana tu zostać...
- No, może i zabrałem, ale przecież jesteś tu teraz z rodziną i przyjaciółmi.
- Rodziną? Przyjaciółmi? Przecież nikogo tu oprócz ciebie nie znam, jacy przyjaciele? Jaka rodzina?
- Wyobraź sobie, że Betą w tej watasze jest ktoś spokrewniony z nasza rodziną! A i jeszcze jedno, jest tu Asper! Zastanawiasz się pewnie "co on tu robi?", no więc jak go spotykałaś, to to nie był przypadek, As został specjalnie wysłany.
- Że, co? Asper, Beta, to ty...
- To ja jestem Gamma! Zgadza się!
- A ja jestem wojowniczką, więc... - groziłam.
- Wojowniczką? - zaśmiał się przerywając mi. - A nie wolałabyś być Deltą?
Deltą? Hmmmm... niezła pokusa, ale... ja już chyba nie zdążę wrócić, ponoć większość wilków w tej watasze to basiory, a basiory są silniejsze od wader, tak więc, sama nic nie zrobię.
- Dobrze - zgodziłam się.
A więc zostałam Deltą, jestem w innej watasze, jest mi tu dobrze, ale serce, serce mówi wróć! Ale ja je ignoruję. I tak minęły dwa dni...
- Shante, śpisz? - usłyszałam głos.
- O! Cześć Dragonly - odpowiedziałam mu.
- Co u ciebie?
- Dobrze. - Wyprostowałam się.
- A gdzie Flones?
- Spójrz w górę. Śpi na malutkiej półce skalnej.
- Aha, zaczekam na ciebie na zewnątrz - powiedział. - Zaprowadź go do Migreny.
- Migreny? A tak, to ta opiekunka szczeniąt.
- Nom, do zobaczenia! - I poszedł.
- Mamo. - Flones się obudził. - Chcę do domu.
- Ale ty jesteś przecież w domu.
- Nie! To nie jest mój dom! Chcę do domu, do tego prawdziwego, do Watahy z Magicznej Doliny!
- No, ale...
- Nie, mamo! Przypomnij sobie!
I w tej chwili przed moimi oczami widziałam moje złe i dobre chwile w watasze.
- Flones... masz rację... mogę nie być Deltą, ale muszę być tam... tylko jak? - spytałam.
- Może pobiegnę po pomoc? - spytał.
- Dobrze, tylko obiecaj, że nic ci się nie stanie, idź i zwołaj pomoc, poproś nawet byle kogo, bo pomoc jest potrzebna, albo nie...
- Czemu?
- Przecież ważniejsza jest Beta! A nie zwykła wadera, poproś o pomoc kogoś, kto zamiast powiadomić, że jestem "porwana", od razu rzuci się na pomoc i pomóż mu w akcji ratowniczej.
- Dobrze. - I wybiegł.
*
- To co? - usłyszałam głos Dragonly'ego.
- O! - Wystraszył mnie.
- Chodź. - I poszłam za nim.
Kogo powiadomił Flones?