Fairlyn gwałtwnie się zatrzymała. Sekundę później jej ciało z hukiem upadło na kamienną posadzkę.
W tamtej chwili sama miałam ochotę stracić przytomność.
Poczułam jak oddech mi przyśpiesza. Serce zaczyna walić jak młotem. Krew zamarza w żyłach, a łapy stają się jak z waty.
Przeżywam Deja vu.
Znowu mdleje. Będzie chciała mnie zabić. Znowu tylko krew, śmierć i ból. A później i tak niczego nie będzie pamiętać...
Zaczynam się cofać, choć moje ciało pragnie zanurzurzyć się w ziemi i nigdy tu nie wrócić. Fair, proszę cię...
Lyn podniosła się ciężko i wkleiła we mnie swoje ślepia. Na jej pysku widniał szaleńczy uśmiech.
- Witaj Pass, miło mi cię widzieć - parsknęła śmiechem, przypominjącym piski konającego zwierza.
Odwróciłam się i zaczęłam pędzić przed siebie, jednak jej chichot niósł się za mną echem, jakby mnie gonił.
Odgłosy jej kroków dudniły mi w uszach. Biegnie za mną. Węszy. Szuka.
Chce mnie zabić. Żądza krwi jest wręcz namalcalana.
Może nawet lepiej jeśli zginę. Nie będę musiała już nigdy przeżywać tego koszamru z Fair. Nie zwariuję doszczędnie. Nie umrę z głodu. Smutki, ból, nieszczęście, może wreszcie od nich ucieknę..
Schowałam się w jakieś jaskini. Może jakoś przetrwam tą noc.
***
Zbliża się. Czuję jej gryzący zapach. Jest niczym ostrze przecinająe powietrze. Drażni mój nos.
- Password, gdzie jesteś? Chcę się z tobą pobawić...
Zamknęłam oczy. Starałam się uspokoić oddech. Jakoś się opanować.
Wszystko na nic.
Czarny cień pojawił się w progu groty. Już tu jest.
- Witaj Fair - powiedziałam nerwowym głosem.
Uśmiechnęła się, ukazując swe białe kły.
Wszystko zaczęło dziać się tak szybko.
Skacze na mnie z nikąd. Czuję ból z tyłu głowy oraz krew spływającą z rany po uderzeniu. Zaciskam zęby.
Fair przygniata mnie ciężarem swojego ciała. Odpycham ją tylnymi łapami. Ruszam do wyjścia.
Wilczyca podkłada mi nogę. Upadam na ziemię rozbijając nos. Widzę pod sobą kałużę szkarłatnej cieczy.
Z trudem podnoszę się i zadaję cios pazurem w jej stronę.
Trafiam w łapę, zostawiając czerwony ślad.
Lyn nie pozostaje bez odpowiedzi. Rusza na mnie i łapie mnie za gardło i zatapia w nim swoje śnieżno-białe zęby.
Czuję, jak mdleję. Wszystko zaczyna się zamazywać. Ból...
Ten okropny, nie dający się zignorować ból...
Umieram.
Ostatkiem sił kopię Fair w brzuch. Zatacza się do tyłu. Wstaję i pcham ją na ścianę. Traci przytomność.
Po chwil dopada mnie to samo...
Dokończ ;-;