- To co teraz? - zapytał wyczerpany Net.
- Idziemy dalej - odrzekł twardo El.
- CO? - wykrzyknęli jednocześnie Netrel i Nigal.
- Idziemy dalej - powtórzył ze zniecierpliwieniem.
- Nie sadzę, żeby był to dobry pomysł. Nie w takim stanie. Nie możemy zasnąć podczas niebezpieczeństwa, jakie czeka nas w jaskini. Potrzebujemy trochę odsapnąć - wtrąciłam swoje trzy grosze.
Sama nie byłam jakoś szczególnie zmęczona. Mogłabym troszeczkę jeszcze pochodzić, ale niedługo.
Skręciliśmy trochę w bok i padliśmy pod jakieś drzewo. Tylko El stał dalej, widocznie nie mając w planach snu. Wykorzystałam okazję i położyłam głowę na łapy. Po chwili spałam, lekkim snem, zdolna się obudzić w każdej chwili. Śniły mi się ręce, przeraźliwie zimne, oślizgłe i długie sunące szybko w moją stronę. Gdy właśnie miały mnie dopaść, donośny głoś Ela wybudził nas wszystkich z błogiego snu. Otrząsnęłam się i stanęłam, gotowa ruszyć dalej. Dwójka chłopaków niechętnie ustawiła się po naszych bokach i z ociąganiem dostosowali się do tempa marszu. Minutę później przed naszymi oczami widniało wejście w kształcie półkola o promieniu dwóch metrów.
Jaskinia nie była szczególnie piękna. Zrobiona ze zwykłego ciemnego kamienia, nie odróżniała się zbytnio od innych jej podobnych. Ze sklepienia kapały ciężkie krople wody. Niedawno padało, tak to jest w wiośnie.
Spojrzałam po reszcie. Nie wydawali się szczególnie zachwyceni perspektywą wejścia do skromnej jaskini. Nie żebym ja chciała bardziej. Wręcz przeciwnie, nie miałam najmniejszej ochoty tam przebywać. Napadło mnie dziwne uczucie. Jakby śmierć krążyła nad nami, czyhając na okazję do zadania jednego ciosu...
*
Pół godziny później szliśmy dalej w pełnej skupienia ciszy, nie wymieniając niepotrzebnych uwag. Nigalowi chyba aż nazbyt nie pasowało to miejsce. Raz po raz zahaczał skrzydłami o pnącza lub korzenie drzew.
Nagle stanęliśmy przyglądając się temu, co przed nami. Dotychczas podłoga nie obniżała się, szła prostym torem, a teraz gwałtownie spadała w dół i niknęła w mrokach. Okazało się, że Eleur potrafi przywołać mały ognik dający światło na niewielką odległość, ale było to nasze jedyne źródło światła. Coraz bardziej zaczęłam podejrzewać, że jest szamanem. El posłał mały ognik na dół, jednak to nic nie dało. Po prostu zniknął otulony ciemnością. Obejrzałam się za siebie, ale nic nie zobaczyłam, ani fragmentu światła dziennego. Mdłe światło ognika zalśniło, przybliżając się do nas. Nie, żebym się bała ciemności, ale coś dziwnego tam jest. Wiedziałam to, czułam całą sobą. Ostatnie, czego chciałam, to tam wchodzić. Spojrzałam na Ela. Cięta determinacja na pysku tego odległego przyjaciela dodała mi czegoś w rodzaju... chęci nie zawiedzenia go. Postanowiłam, że dotrę na ten koniec i wezmę Flet.
Pokierowałam wzrokiem na dwóch pozostałych towarzyszy. Nigel wyraźnie nie cieszył się z braku przestrzeni do latania, co wyrażał parsknięciami za każdym razem, jak zahaczał o cokolwiek swoim ciałem. Netrel stał się mętny. Nic nie mówił, patrzył bezmyślnie przed siebie, a w jego oczach nie zobaczyłam ani trochę starego Neta. Co się z nim działo, zastanawiałam się.
- Net, nic ci nie jest?- zapytałam zaniepokojona.
- Nie - powiedział z westchnięciem, tak samo bezbarwnie, jak wyglądał.
Szturchnęłam lekko Eleura. Oderwał na moment wzrok od czarnej dziury przed nami i rzucił okiem na Netrela i wzruszył ramionami, po czym wrócił do poprzedniego zajęcia. Zostałam z tym sama. Siedzieliśmy tak jeszcze przez parę minut, dopóki El nie powiedział wreszcie tego, na co wszyscy czekali, choć bardzo nie chcieli usłyszeć.
- No cóż, nie mamy innej opcji, jak wejść w to... coś - oświadczył z powątpiewaniem.
Wszyscy westchnęli w duszy i poustawiali na swoich miejscach. Ja i El po środku, a chłopcy po naszych bokach. Akurat trafiło mi się, że Netrel stał obok Ela, więc nie mogłam go za dobrze obserwować. Ruszyliśmy smętnym krokiem wpatrując się w to, co nas czeka. Gdy dotarliśmy do krawędzi tego czegoś, zatrzymaliśmy się. El jednak nie zamierzał czekać i wszedł w ciemną masę. Po chwili dołączył do niego Nigal, a zaraz po nim Net. Otrząsnęłam się i z dużymi wątpliwościami zanurzyłam się w tym, co mnie czekało.
Od razu otuliła mnie miękka ciemność. Nie widziałam już, gdzie jest jej koniec, albo gdzie podziały się ściany. Ale o dziwo czułam się bezpieczna. Nic mi już nie groziło. Z moich myśli wyparowały wszelkie troski. Zapomniałam o chłopcach, o misji, watasze. Po chwili odpłynęłam w stan głębokiej hibernacji, można powiedzieć. Nie czułam niczego, nie byłam w stanie myśleć. Trwałam tak przez może parę sekund, a po chwili nie było mnie już w tym świecie.
*
- Wstawaj - usłyszałam cichy głos kogoś znajomego. Tylko kogo... Nic nie potrafiłam sobie przypomnieć. Co ja tu w ogóle robię?!
- Wstawaj! - głos wydawał się zniecierpliwiony.
Otworzyłam powoli oczy, ponieważ moje powieki ważyły tony. Rozejrzałam się po otoczeniu. Nade mną wisiał poważny Eleur, patrzący się w moje oczy z politowaniem. Chwiejnie wstałam. Potrząsnęłam głową, co zawsze pomagało mi w takiej sytuacji, ale teraz tylko pogorszyło sprawę. Upadłam z hukiem na ziemie. Moje ciało nie było lekkie, jak zwykle, ciągnęło mnie do ziemi. Ponowiłam próbę, tym razem zostając na łapach. Ujrzałam lekki uśmiech na twarzy Ela i popadłam w gniew. Ciało przestało mi tak ciążyć, choć wciąż przygważdżało do ziemi, niczym trzydziestokilowy odważnik. Zamrugałam parę razy i wróciłam do świata rzeczywistego. Od razu nasunęły się pytania, co się wcześniej działo. El pokręcił parę razy głową i wskazał nosem dwie postacie leżące nieprzytomne na ziemi. Powoli docierały do mnie wspomnienia. Ciemność, błogi stan, ból odrywania o miękkiej masy i chłód kamienia, na którym zasnęłam. I El, ciągle doglądający, czy już się obudziłam i jego troskliwy wyraz twarzy.
Spojrzałam jeszcze raz na postacie. Leżeli tam, oczywiście Netrel i Nigal w dziwacznych pozach.
- To przez tą ciemność, tak? - spytałam cicho, choć znałam dobrze odpowiedź.
El przytaknął smutno głową i powiedział:
- Przebywali tam dłużej niż ty. Jeszcze trochę pośpią.
- Jak udało ci się wydostać ?- zaciekawiłam się.
Mój towarzysz pominął to pytanie, chrząknął niezadowolony parę razy i dał mi wyraźnie znać, że nie zamierza poruszać tego tematu. Wrócił do studiowania mapy, na której widniał jakiś czerwony punkt.
- Co to za mapa?
- Druga część, tej prowadzącej do Rozlewisk. Właściwie to trzecia, bo drugiej nie było, tej która powinna nas doprowadzić do samej jaskini.
- A ten czerwony punkt?
- Prawdopodobnie coś groźnego, ale kto wie? - rzekł bez uczuć.
Nie chciało mi się już drążyć rozmowy, ale pozostała jedna rzecz...
- Kiedy stąd odejdziemy?
- Kiedy chłopcy się obudzą, a ja wyprawie wam obrzęd.
- Obrzęd?
- Takie tam sprawy. Ciemność to nie potulny piesek, będzie chciała jeszcze się wami posilić - powiedział, nie bacząc na wyraz twarzy, który zagościł na mym pysku.
Otrząsnęłam się z odrętwienia i wyprostowałam ogon. Podreptałam do chłopców i przyglądałam się im przez chwilę. Chyba jeszcze sobie poczekam...
*
- Ustawcie się wokoło ogniska - rozkazał El.
Nie mam pojęcia, jakim sposobem rozpalił ogień. Tak czy siak, odymił nas czymś, co pachniało jak.. szałwia! Moja mama często jej używała do swoich rytuałów. Po tym wyszeptał kilka słów w niezrozumiałym języku i nastała chwila ciszy. Wszystko trwało jakieś dziesięć minut, nie więcej.
Ruszyliśmy razem w drogę. Po tym obrzędzie czułam się silniejsza i pewniejsza celu. Tylko moją głowę wciąż nachodziły wątpliwości i złe przeczucia co do tej małej, wściekle czerwonej kropki. Dziwne, że kolor się nie zatarł - mapa wyglądała na dość poniszczoną...
Szliśmy bezmyślnie. Netrel i Nigal dochodzili do siebie w dużo wolniejszym tempie, więc szliśmy także wolniej. El pozostawał lekko wysunięty, by nas prowadzić, choć nie wiem po co, przecież nie minęliśmy jeszcze żadnych rozwidleń. Nagle El przystanął. Przypatrywał się runom na ścianie w kolorze ostrej czerwieni...
- Co to? - zapytał Net ospale.
- A skąd ja mam wiedzieć? - odparł zgryźliwie El. Coś go dręczyło, jak mi się wydaje.
Postawiliśmy parę kroków, starając się utrzymywać tempo. Nie uszliśmy jednak daleko.
 |
| Strażnik |
Z czarnej pustki przed nami wydobyło się rzężenie z horrorów. Jakby pojękiwania demonów. Potem powietrze przeszył wysoki pisk, który każdemu odebrał na chwilę słuch. Przełknęłam ślinę i potrząsnęłam łbem. Reszta poszła moim śladem i znowu mogliśmy słyszeć. Nie wiem jednak, czy dobrą decyzją było znowu słyszeć. Z ciemnej otchłani wydobyły się głosy, pojękujące i płaczące. Wszędzie dało się czuć ból, stratę, śmierć... Każdy poszczególny dźwięk rozsadzał moją głowę w innym punkcie, sprawiając, że została z niej jedna, wielka miazga. Ni stąd ni zowąd głosy ucichły i straszne jęki męczenników ucichły. Dla mnie było to uczucie, jakbym po miesiącu nie picia wody wreszcie wzięła łyk. Wdychałam więc ciszę, upajając się nią jak zapachem róż. Posmutniałam jednak po chwili, bo cisza wydała mi się głośniejsza niż jakikolwiek inny dźwięk. Czułam, jak ciśnienie zaczęło rozsadzać mi uszy i czaszkę. Moje uszy zatrzęsły się, jakbym właśnie w tej chwili przeżywała trzęsienie ziemi.
Coś rozerwało ukrytą zabójczynię w ciszy, wydając pojedyncze skrzeknięcia, jak jakiś ptaka. Nie orientowałam się ogólnie w przestrzeni i przerażona ujrzałam czarne wilki wyłaniające się jeden po drugim z ciemności. One same jakby wydawały się częścią mroku.
- Strażnicy... - wyszeptał Netrel ze ściśniętym gardłem.
Po chwili świat zawirował, a ciemne postacie pochyliły się na de mną. Potem nie było już nic.