Wchodzisz na tego bloga z sentymentu czy przypadkiem? :>

niedziela, 31 marca 2013

Podsumowanie miesiąca (marzec 2013)

Kolejny ekscytujący miesiąc za nami!
Pożegnaliśmy wilczycę z naszego stada, Vickey :( Biedaczka spadła z wodospadu i przebiła się na wylot. Opiekę nad szczeniakami Vickey przejęła Odalis. Oprócz tego naszą watahę opuścił też Odie, by sprawować władzę w swojej watasze. Odbyła się uczta pożegnalna, a potem wilk wyruszył do swojego nowego domu. Odalis, z pomocą wilków wody, uratowała delfina od śmierci. Marchesa opuściła Zewnętrznych i wyruszyła do Wewnętrznych w poszukiwaniu Starego Wilka. Victoria wróciła z Wyspy Balance, gdyż została oszukana przez swojego nauczyciela. Wilczyca wierzyła w to, że przybyła tam na trening, a okazało się, że miała tam zginąć. Na szczęście trafiła do Magicznej Doliny, gdzie wyleczył ją Exalios. Dołączył do nas też nowy wilk, Lucky... Flame została zamieniona przez złego szamana w człowieka, przez co cała wataha odwróciła się od niej. Została trzymana w izolatce, gdyż było powiedziane, że stanie się znów wilkiem po upływie tygodnia. Nie doczekaliśmy się jednak tego terminu, gdyż zostaliśmy napadnięci przez ludzi. Porwali oni Flame, gdyż uważali ją za jedną ze swoich. Oprócz tego, ludzie porwali jedną wilczycę z watahy, która nie miała możliwości ucieczki. Mroczny podczas zwiadu przypadkowo znalazł obozowisko ludzi z przebywającą w nim Flame. Zawiadomił Odalis i cała wataha uratowała Flame i Shairsę. Marchesa jest coraz bliżej sprowadzenia Starego Wilka do Magicznej Doliny. U Wewnętrznych spotkała Shadow i Fever z Magicznym Fletem. Wilczyce razem próbowały nakłonić Starego Wilka do odwiedzenia naszej watahy. Niestety, Evilan dostał się do raju, a wszystkie trzy wilczyce zostały przeteleportowane do watahy. Wtedy wydarzył się kolejny wypadek. Ojciec Victorii został przygnieciony przez drzewo i niestety nie dało się go uratować. Na szczęście powróciła do nas Unriva, z czego ucieszyła się cała wataha. Zdążyła akurat na obchody Wielkiegodnia, podczas którego odbyła się uczta dla całej watahy. Teraz wszystkie wilki odpoczywają po tym ekscytującym miesiącu.

Pozdrawia Was Gamma Mroczny
odpoczywający w swojej grocie po Wielkimdniu

Od Odalis: Myśli, cz. 2

- Ach... rozkoszowałam się zimnym podmuchem powietrza,
Lekki śnieżek spadł niespodziewanie w nocy. Marchesa, w odróżnieniu ode mnie, nie była zachwycona.
- Będzie trudniej złapać zwierzynę - stwierdziła krótko.
Mimo wszystko łowcy przynieśli do Jadalni kilka zająców. Unriva nie jadła - czekała, aż zielarki przygotują jej odpowiednią porcję.
Moje pociechy wciąż coś szykowały, ale nadal nie wiem, co.
W sprawie Dangerousa postanowiłam się wstrzymać. Poczekam parę dni... Nie chcę opuszczać Ches tak szybko!

sobota, 30 marca 2013

Od Odalis: Myśli

Jestem taka szczęśliwa, że Marchesa wróciła!
Hirik dziś wrócił do Doliny, ale Dangerousa ani śladu. Będę musiała go poszukać i obawiam się, że nie znajdę go tak szybko, jak Hirika.
Wszyscy jesteśmy najedzenie po Wielkimdniu i łowcu wyjątkowo nie szli na polowanie.
Ostatnio Grape jest jakiś... Dziwny. Zachowuje się inaczej, ciągle czegoś wypatruje, jest zaniepokojony. Zastanawiam się, dlaczego.
Przeczuwam, że w ciągu najbliższego czasu watahę opuści kolejne z moich szczeniąt. Zabawne, mała i nieśmiała Moon pierwsza poszła w świat! A u tych, które zostały, trwają jakieś przygotowania, ale nie chcą mi powiedzieć, do czego. Chyba myślą, że im zabronię. Czyżby gdzieś się wybierały?
Ach, jak to dobrze, że wiosna nadchodzi...

Od Exaliosa: Recepta dla Unrivy

- Unriva, ponieważ nie jadłaś przez kilka tygodni, twój organizm odzwyczaił się od jedzenia i może teraz nie chcieć go przyjąć, dlatego pokarm będziesz musiała spożywać w małych ilościach, stopniowo coraz więcej. Navi dopilnuje twojej diety, ale twój pierwszy posiłek ja przygotuję - rzekłem do zaszokowanej wilczycy, po czym odwróciłem się i poszedłem po mięso.
Wybrałem odpowiedni kawałek i podzieliłem go na małe części.
- Proszę. To posiłek przeznaczony na dzisiaj. Nie jedz wszystkiego na raz, nie musisz się śpieszyć. W razie jakiś problem zgłoś się do mnie - powiedziałem, podając Unrivie mięso, a potem wróciłem do swoich obowiązków.

Od Victorii: Wszyscy szczęśliwi, ale... nie ja

Byłam cała mokra i brudna od błota. Leżałabym cały dzień w trawie, gdybym nie przypomniała sobie o Melody. Byłam bardzo zmartwiona tym, jak ona to przyjmie. Sama nie dawałam sobie rady z tą sytuację. Byłam taka zmęczona, że nawet nie pomyślałam o tym, żeby się wykąpać. Gdy weszłam do jaskini, Melody była przerażona moim stanem.
- Victoria, co się stało? - Próbowała mnie podtrzymać, żebym się nie przewróciła.
- Melody, muszę ci coś powiedzieć - powiedziałam smutnym tonem.
- Co się stało, czy chodzi o tatę? - Melody zaniepokoiła się.
- Melody, on... - Napłynęły mi łzy do oczu. Później rozpłakałam się.
- Jak to, przecież... - Melody nie chciała w to uwierzyć. - To nie możliwe...
- Melody, nic nie rozumiesz? On nie żyje! - krzyknęłam i ponownie zaczęłam płakać. Przytuliła się do mnie i próbowała mnie pocieszyć.
- Poradzimy sobie, Vicki, poradzimy. Pamiętasz, jak byłyśmy na tej wyspie? Myślałaś, że nie wytrzymasz i uciekniesz. Ale jednak dałaś radę, odnalazłaś w sobie siłę. Tym razem też musisz...
- Och, Melody... - Wytarłam oczy. - Nie sądziłam, że będziesz bardziej dojrzała ode mnie.
- Nie dziwię ci się wcale. Najpierw Brandon, teraz tata... Nie sądź, że nie tęsknię za nim. Nie wiesz, jak mi jest ciężko. Po prostu musi być jedna rozsądna osoba w tej rodzinie.
- Zgadzam się - roześmiałam się trochę. - Jednak nie myśl, że zostawię cię z tym wszystkim samą.
- Wiesz... Nawet by było fajnie, gdybym musiała robić wszystko za ciebie. Czułabym się taka dorosła i wolna...
- Heh, ale pamiętaj, że jesteś jeszcze szczeniakiem. Zawsze możesz do mnie przyjść, a ja ci pomogę.
- Wiem, Vicki... Czy myślisz, że tata jest z nami?
- Tak i pamiętaj, zawsze z tobą będzie. Możesz z nim porozmawiać, powiedzieć mu o swoich zmartwieniach... On cię wysłucha.
- Będę mu mówiła o wszystkim. Tak samo, jak ja tobie...
- I ty mnie - dokończyłam. - Pewnie się będzie bardzo cieszył na rozmowy z tobą.
- Tak myślisz?
- Tak, na pewno - uśmiechnęłam się. - A teraz chodź spać, jest już późno.

Od Mrocznego: Odpoczynek po Wielkim Dniu

Po wczorajszym Wielkim Dniu byłem tak najedzony, że leżałem w grocie do południa. Nareszcie było mi tak przyjemnie... Promienie słońca wpadały do jaskini i ogrzewały moje futerko. Navi spała obok, wtulona we mnie. Shadow zniknął, pod pretekstem wypróbowania swojego kruczego ciała. Powiedział, że może go nie być nawet przez kilka dni.
Uniosłem delikatnie powieki, ale widząc, że nic się nie dzieje, ponownie je zamknąłem. Słońce stawało się coraz bardziej natarczywe i zaczęło mi świecić prosto w oczy. Leżałem spokojnie, licząc na to, że zaraz zasłoni je jakaś chmura. Po 10 minutach nie wytrzymałem. Warknąłem i z wściekłością odwróciłem się grzbietem do słońca. Zrobiłem to zbyt gwałtownie, przez co Navi poruszyła się przez sen. Na szczęście się nie obudziła. Wyglądała tak uroczo jak spała. Przez chwilę leżałem i się jej przyglądałem, ale po chwili cichutko wstałem i poszedłem się czegoś napić. W tym celu udałem się nad rzekę. Kiedy zaspokoiłem pragnienie wpadłem na pomysł, że mogę iść na polowanie. Nie byłem szczególnie głodny, ale upolowanie czegoś na zapas, nigdy nie zaszkodzi.
Ruszyłem wgłąb lasu, żeby znaleźć coś do zjedzenia. Kluczyłem między drzewami z nosem przy ziemi, aż wyczułem zapach zwierzyny. Od razu ruszyłem za nim. Moja ofiara nie była zbyt daleko. Była to młoda sarna, idealna na śniadanie. Złapanie jej było łatwe, więc po chwili byłem już po śniadaniu. Najedzony, wyczyściłem futro z krwi i ruszyłem głębiej w las. Była bardzo ładna pogoda, idealna na spacer. Kroczyłem tak przez las, aż ujrzałem na drzewie kruka. Pomyślałem, że to Shadow, więc rzuciłem się w jego kierunku. Jednak gdy ptak mnie zobaczył, krzyknął po ptasiemu i odleciał. Przystanąłem zaskoczony. Nie spodziewałem się, że zwierze odleci. No cóż... Westchnąłem i ruszyłem dalej przed siebie.
Chodziłem tak przez dwie godziny, aż zaczęły boleć mnie łapy. Zawróciłem więc w stronę Legowisk i wzbiłem się w powietrze. Wszystkie wilki odpoczywały po wczorajszej uczcie. Wleciałem do groty i odpoczywałem przez resztę dnia.

piątek, 29 marca 2013

Od Unrivy: Wielkidzień

Odetchnęłam z ulgą. Gdy wszyscy odeszli, poszłam do swojej jaskini. Była zakurzona, w dodatku zalęgły się tam jadowite owady. Postanowiłam poszukać nowej. Tak minął cały dzień. Gdy już miałam udać się do jaskini na ucztę, przewróciłam się o kamień. Z tego miejsca zauważyłam zejście pod ziemię. Wcisnęłam się w otwór w ziemi. Prowadził on do podziemnej jaskini. Była ogromna, czysta i sucha. Znajdowała się niedaleko rzeki i nie było jej widać. Nagle usłyszałam wycie wzywające na ucztę Wielkodzienną. Szybko przybiegłam do jaskini. Podczas gdy inni zajadali się baraniną, ja siedziałam w kącie i przyglądałam się temu wszystkiemu. Było całkiem przyjemnie. Wszyscy chcieli częstować mnie jedzeniem, ale ja stanowczo im odmawiałam. I tak minęła godzina. Wszyscy bawili się bardzo dobrze. W końcu młoda para wilków odeszła. Żegnaliśmy ich. Słońce zaczynało wschodzić, księżyc ustąpił. Wróciliśmy do jaskini. Podeszła do mnie Navi.
- Dlaczego nic nie jesz? Nie smakuje ci? Tak się starałam... Na pewno nie chcesz spróbować? - Wepchnęła mi na siłę kawałek mięsa.
Przełknęłam je. To było moje pierwsze mięso od kilku tygodni. Było całkiem dobre. Navi rozchmurzyła się i odeszła. Niedługo potem zaczął boleć mnie brzuch. Wyszłam z jaskini, chciałam napić się wody. W połowie drogi do źródła stanęłam ponieważ ból był coraz silniejszy. Po kilku minutach zwijałam się z bólu. Trzęsłam się. Zwymiotowałam mięso. Nie mogłam wytrzymać z bólu.
- P-pomocy.... - jęknęłam. - POMOCY!

* * * 

Obudziłam się w jaskini Exaliosa. Jak zawsze, czysta i wysprzątana była pełna półek, które były pełne buteleczek, które były pełne eliksirów.
- Oh, Unriva! Tak cię przepraszam... Nie wiedziałam, że to mięso nie było zjadliwe... Przepraszam, tak mi przykro! - jęczała Navi.
- D-daj spokój... - szepnęłam.
- Navi, daj spokój - rzekł twardo Najwyższy Szaman. - To nie mięso. 

Exalios?
Unrivałkę nie jadła od kilku tygodni ;c
Zapiszesz jej jakąś receptę? :D

Od Odalis: Wielki dzień

- Unriva... - zaczęłam. Wilczyca spojrzała na mnie wyczekująco. Nie wiem czemu, ale od razu wiedziałam, że jest przygnębiona, obawia się, że ją wygnam z watahy, chociaż z jej mowy ciała i oczu nie dało się nic wyczytać. - Wszyscy cieszymy się, że zdecydowałaś się powrócić do naszej watahy. Zmęczona, głodna, ale nasza Unriva.
Wilki poparły mnie.
- Pewnie myślisz, że wygnam cię z watahy za to, że odeszłaś. Nie zrobię tego. Nie chcę i nie mogę - skończyłam.

***

- Ches! - rzuciłam się na siostrę, kiedy zostałyśmy same w jaskini. - Jak to dobrze, że wróciłaś! Tak się o ciebie martwiłam!
- Ja też - odpowiedziała Marchesa. - Nawet nie wiesz jak!
- Wiesz - zaczęłam, kiedy już się wyściskałyśmy. - Ostatniej nocy nie mogłam spać. Rozmawiałam o Dangerousie z Waydackiem i Renem, potem ci powiem, dlaczego, i nagle bracia ucichli. Nie przejęłam się tak, często się na siebie obrażali, ale tym razem nie mogłam ich zmusić, żeby znów się odezwali. Próbowałam wszystkiego, nie dałam rady. W pewnym momencie usłyszałam ledwie dosłyszalny szept "Żegnaj...". Wtedy wiedziałam, że Portal jest zamknięty - urwałam, ale po chwili kontynuowałam - ale bałam się, że... że za późno. Miałam dziwne przeczucie, prawie pewność, że to Żegnaj... nie było tylko pożegnaniem mojej świadomości...
- A ten Chever to nasz starszy brat? - zapytałam, gdy się uspokoiłam.
Siostra kiwnęła głową.
- Będziesz musiała mi wszystko opowiedzieć... Ale nie teraz. Teraz jesteś Alfą i musisz wiedzieć, co się wydarzyło pod twoją nieobecność w Dolinię, a także poznać nowe wilki - powiedziałam i w skrócie wyjaśniłam jej wszystko, a na koniec oznajmiłam:
- A Moon i Crentatch zostali parą!
Alfa uśmiechnęła się.
- Co za niespodzianka. - Mrugnęła do mnie.
- Niedługo wyruszą do Mrocznych. Akurat zdążyłaś na Wielkidzień, ostatni dzień ich pobytu. A właśnie, Dark też z nimi idzie. Zostanie uczniem szamana Watahy Mroku, aby potem sam nim zostać. A teraz chodźmy na ucztę.

***

Uczta trwała w najlepsze. Na długim, kamiennym stole stały najróżniejsze potrawy. Nie wiem, skąd je wzięli, ale widziałam baranki, kurczaki...
Bawiliśmy się do białego rana, a następnie pożegnaliśmy się z młodą parą i Darkiem. Długo za nimi patrzyliśmy...

Od Victorii: Powoli tracę wszystkich...

Wszyscy wepchnęli się do jaskini, dlatego nie mogłam zobaczyć mojego ojca. Dopiero gdy Navi wygoniła ich stamtąd, szybko wbiegłam do środka. Po minie Exaliosa stwierdziłam, że nie ma dobrych wieści.
- On... - zaczęłam. Exalios szybko mi przerwał.
- Nie, żyje. Jest tylko w bardzo poważnym stanie. Nie wiadomo, czy uda mi się go uratować...
- Exalios - zaczęłam płakać. - Proszę, pomóż mu! - krzyknęłam. Nie panowałam nad emocjami.
- Navi, wyprowadź Victorię.
- Nie, chcę czuwać przy nim! - targałam się i nie pozwalałam tknąć siebie.
- Obiecuję ci, że będziesz pierwszą osobą, która się dowie, jaki jest jego stan - powiedziała. To zdołało mnie przekonać. Własnowolnie wyszłam z jaskini i czekałam cierpliwie. Po 2. godzinach szaman wyszedł do mnie.
- I co z nim? - wstałam.
- Twojego ojca nie da się uratować... Zostało mu tylko parę minut... Możesz się z nim pożegnać.
Weszłam do środka. Gdy zobaczyłam mojego ojca myślałam że się zabiję. Miał połamane wszystkie żebra, guza na głowie i był cały zgnieciony. Siadłam przy nim i płakałam. Pozwoliliśmy sobie pożegnać się bez słów. Z minuty na minuty zaczął bardziej słabnąć. Gdy już prawie stracił przytomność, zdążył wyszeptać że bardzo mnie kocha i zawsze będzie ze mną. Potem... odszedł. Byłam załamana. Najpierw straciłam Brandona, a potem najważniejszą osobę w moim życiu. Pocałowałam go w czoło i zamknęłam mu powieki. Gdy wyszłam, wszyscy zaczęli się mnie pytać, czy żyje. Nie odpowiedziałam, nie byłam w stanie wydusić ani jednego słowa. Gdy wracałam do mojej jaskini 3 razy potknęłam się o korzeń drzewa. Za 3 razem nie wstałam. Leżałam w mokrej od deszczu trawie i płakałam.

Od Unrivy: Shadow

Ktoś zaprowadził mnie do Jaskini Narad. Ledwo zdążyłam usiąść, a zostałam przygnieciona przez Shadow. Byłam strasznie słaba i ciężko było mi oddychać. W końcu wilczyca zeszła ze mnie. Mimo woli uśmiechnęłam się do wilczycy, aby nie robić jej przykrości. Jako jedna z nielicznych była przeze mnie lubiana.
- Gdzie ty się podziewałaś? Mamy sobie tyle do opowiedzenia! - powiedziała.
Nagle rozmowę przerwała nam Odalis. Najwyraźniej chciała wygłosić jakąś przemowę, skarcić mnie za to wszystko, może nawet wygnać z watahy za tymczasowe odejście... Byłam jednak zbyt smutna, żeby się tym przejmować. Wilczyca spojrzała na mnie i poprosiła resztę o ciszę. Shadow odeszła ode mnie i stanęła w tłumie.
- Unriva... - zaczeła Odalis.

Dokończy biała Beta.

Od Shadow: Czekałam na ciebie

Obudziłam się.
- Halo. Jest tu kto? - zapytałam cichutko.
- Ja jestem - usłyszałam głos Lightning.
- Gdzie wszyscy? Marchesa, Chever, Stary Wilk, Fever?
- Oni już odzyskali formę. Opuścili to miejsce.
- Szczęściarze. Ja się czuję, jakbym dopiero wczoraj wróciła - mruknęłam.
Wszystko mnie bolało. Chciałam już móc wstać, ale nie miałam siły.
Słyszałam jakieś głosy i podniecone rozmowy na zewnątrz.
- Co tam robią?
- Wróciła ta wilczyca, Unriva.
- Unriva! - ucieszyłam się.
Mimo zmęczenia dźwignęłam się z posłania i zanim zielarka zdążyła mnie powstrzymać, już wybiegłam z jamy.
Nie musiałam długo szukać. Znalazłam ją w Jaskini Narad. Przecisnęłam się przez tłum.
- Zostawcie mnie! - krzyknęła wilczyca. Ale ja już w euforii nie mogłam się powstrzymać i rzuciłam się na nią, powalając.
- Ty wariatko! - zawołałam radośnie. Przygniatałam ją teraz swoim cieżarem. - Gdzie ty się podziewałaś? Mamy sobie tyle do opowiedzenia!
- Może mnie najpierw puść - odparła po dłuższej chwili wilczyca. Uśmiechnęła się lekko.
Zeszłam z niej.
- Wyglądasz fatalnie - oceniłam.
- Dzięki za komplement. Ty też.
Roześmiałam się.

Dokończy Unriva.

Od Navi: Marchesa wróciła!

Victoria wołała o pomoc, wahałam się, czy pójść jej pomóc, czy zostać przy Marchesie.
- Navi, idź. Ja się nią zajmę - Exalios zauważył moje niezdecydowanie.
- Dzięki, rzuciłam szybko - popędziłam na pomoc.
- Przepuśćcie mnie! - jak na zawołanie wszyscy rozstąpili się, bycie Gammą ma swoje plusy.
- Jak niby masz pomóc ojcu Victori?! - wśród tłumu ktoś widocznie nie wierzył we mnie.
- Wątpicie w moje moce?! - szybko zaprowadziłam porządek. - To patrzcie! - w tej chwili wytężyłam umysł. Mało kto pamiętał o mojej umiejętności panowania nad przyrodą, dzięki której mogę przesuwać głazy, a w tym także drzewa! Ale jak każdy wie po pewnym czasie niektóre umiejętności zanikają... Dawno jej nie używałam... - No dalej! - powiedziałam sama do siebie szeptem. I właśnie teraz drzewo uniosło się na tyle żeby reszta wilków mogła podnieść ojca Victori.
Szybko popędzili do Exaliosa.
W jaskini dla chorych panował chaos, wszyscy czekali aż będzie coś wiadomo w sprawie Marchesy oraz ojca Victori.
- Navi, wyprowadź ich, proszę - krzyknął Exalios z drugiego końca jaskini.
- Ej! Słuchajcie! - musiałam drzeć się na cały głos. - Jeśli w jaskini będzie tak głośno będzie trudniej nam pracować, co oznacza, że najprawdopodobniej chorzy będą musieli dłużej się leczyć. Więc proszę o opuszczenie pomieszczenia i zaczekanie przed nim, poinformujemy was jak najszybciej o stanie chorych! - podziałało.
- Gdzie ja jestem? - usłyszałam cichy głos Alfy.
- Nie poznajesz już tego miejsca?


Od Unrivy: Ivalo...

Szliśmy z Magnusem. Szliśmy cały czas. Całe dnie. Długo. Wyglądałam okropnie. Byłam wychudzona. Nie spałam od kilku tygodni. Nie potrafiłam. Coraz częściej chciałam zawrócić. Tego dnia dałam za wygraną.
- Koniec, Magnus! Wracamy! Nie chcę tego kontynuować! - wykrzyknęłam.
Śnieg padał bardzo obficie.
- Nie! Po tym wszystkim?! Zostało nam zaledwie kilka mil! - wykrzyknął nietoperz.
- C-co? - zapytałam. Chyba źle usłyszałam.
- Tak, widzę to po gwiazdach. A teraz rusz ten swój owłosiony tyłek i idziemy! Nie zatrzymasz się teraz! - krzyknął.
Zaczęłam szybko biec. Już po kilku godzinach zaczęłam zauważać mury miasta. Z dużą prędkością przebiegłam przez nie. Poruszałam się po ulicach miasta, jakbym znała je od zawsze. W sumie tak było... Moja wataha znajdowała się niedaleko. W tym mieście mieszkał mój jedyny przyjaciel. Kanavi był psem. Jego rodzice byli psami, ale mieszkali w naszej watasze. Kiedyś zabrali ich ludzie. Kanaviego też. Zawsze go odwiedzałam. Podnosiłam na duchu. Przykuty był łańcuchem do budy. Nie miał źle. Karmili go. Zawsze. Codziennie. Jednak miał serce wilka. Chciał być wolny. Nie mógł.
- K-Kanavi? - zapytałam patrząc na psa.
Oczy zaszły mi łzami. Przeskoczyłam niski mur.
- Unriva? T-to ty?! - zapytał.
Wtuliłam się w jego białą sierść. Jego oczy były intensywnie zielone. Tak dawno się nie widzieliśmy...
- Gdzie ty byłaś?! - zapytał.
- Odeszłam... Przepraszam, że ci nie powiedziałam... - Zasmuciłam się.
- My-myślałem... Myślałem, że nie żyjesz... - powiedział.

* * * 

Minęło osiem godzin.
- Unriva... - szepnął Magnus.
- Hmm?
 - W-wataha...
- Racja! Musimy ją odwiedzić! Ciekawe, czy mnie poznają...
- N-nie... Oni...
- No dobra, Kanavi. Jak będę wracać do mojej prawdziwej watahy - powiedziałam z lekkim niezadowoleniem - to wrócę się pożegnać. Na razie musimy się rozstać... Pa!
- U-Unriva... Nie będziesz do niego wracać... Po tym co zobaczysz... Nie wrócisz. Będziemy iść do Magicznej Doliny.
- O czym ty gadasz?!
- Z-zobaczysz... N-n-nie powiem ci tego... Nie mo-mogę... - szepnął nietoperz.
Zdziwiłam się i skierowałam w stronę starej watahy. W powietrzu czułam krew.
- Trafiliśmy na obiad!
- Jesteś kanibalem? - zapytał Magnus.
- Co?! Nie! O czym ty ga... - przerwałam.
Moim oczom ukazała się cała wataha. Wszyscy leżeli na ziemi. Martwi. Ich ciała krwawiły. Przebite kulami. To ludzie. Wszystko pokryte było krwią. Nie wytrzymałam tego. Straciłam przytomność.

* * *

Obudziłam się. Nade mną stała Deluna.
- Co ja tu robię?! - wykrzyknęłam na całą jaskinię.
- Zabili całą twoją watahę. Zemdlałaś, więc teleportowałem Cię tutaj. przekazałem Kanaviemu telepatyczną wiadomość - powiedział Magnus.
Zerwałam się i wybiegłam z jaskini.
Płakałam. Byłam słaba. Moje łapy trzęsły się. Nagle zauważyłam, że jestem w samym środku watahy. Wszyscy, praktycznie cała wataha tu byli. Marchesa wróciła.
- U-Unriva? - zapytał ktoś.
Nie poznawali mnie. Stałam się chuda, wyglądałam tak jak wyglądałam, przez brak snu. Jedyne co dawało im podpowiedź, że ja to ja, to kolor mojej sierści i oczy. Bielsze niż zwykłe.
- Z-Zostawcie mnie! - warknęłam.

Dokończy ktoś? ;-;
Może Marchesa? Albo Odalis.
Navi ? Mroczny? Ktokolwiek? Unriva 5ever alone ;-;

Konkurs - znajdź pisankę

Gdzieś na blogu jest link, który odsyła do ukrytej pisanki. Osoba, która pierwsza go poda w komentarzu, otrzyma 4 Punkty. Powodzenia!

Wyniki głosowania na wiosenny nagłówek

Zwyciężył nagłówek nr. 3, którego autorem... jestem ja. Zostanie on umieszczony na górze strony.

Jednak, ponieważ mi się nagroda nie należy jako Alfie, 8 Punktów otrzymuje 2. miejsce, czyli... (fanfary!) Unriva!

Wiosna idzie wielkimi krokami do Magicznej Doliny.

Alfa Marchesa

czwartek, 28 marca 2013

Od Victorii: Potrzebna pomoc

Też kiedyś tak mieliście? Kiedy przeżyliście coś naprawdę koszmarnego? Ja tak miałam w tej chwili. Każdy sobie zada pytanie: co dalej? Czy jest jeszcze nadzieja? Ja na początku zwątpiłabym, stwierdziła, że nie da się z tym nic zrobić. Jednak jedyne, co nam zostało, to nadzieja. Czy nadzieja jest wystarczająca? Nadzieja to odczucie, które odczuwamy, kiedy myślimy że jest jeszcze szansa. Ale co zrobić, gdy została nam tylko nadzieja? Stwierdzić, że to koniec? Czy dalej myśleć, że wszystko się ułoży?

- Gdzie on jest? Zaprowadź mnie do niego, szybko!
Pobiegłam za Melody. Byłyśmy w Zakazanym Lesie, koło opuszczonej chaty. Było ciemno, wręcz nic nie można było zobaczyć.
- Po... po... mocy! - usłyszałam ciche wołanie.
Szybko pobiegłam za głosem. Nagle uderzyłam o pień drzewa. Było bardzo duże i ciężkie. Dziwiłam się, że mój tata jeszcze żyje.
- Victoria? Czy to ty? - wyjęczał.
- Tak. Trzymaj się, sprowadzę pomoc.
- Proszę, nie odchodź. Chciałbym spędzić z tobą ostatnie chwile mojego życia.
- Jak ty możesz tak mówić?! - oburzyłam się słowami mojego taty.
- Dziecko, czy ty myślisz, że dla mnie jest jakaś nadzieja?
W tej chwili nie wiedziałam, co zrobić. Pobiec i zostawić samego tatę, czy spędzić z nim być może ostatnie chwilę.
- Nie pozwolę ci umrzeć. - Wyroniłam łzę, która spłynęła po jego pysku.
- Nie umrę, zawsze będę z tobą. Pamiętaj o tym. - Zaczął powoli zamykać powieki.
- Nie, nie odchodź! - krzyknęłam. - Melody! Dopilnuj, by tata nie zasnął! Ja biegnę po pomoc!
Biegłam przy mojej największej prędkości. Po 2 minutach byłam w Magicznej Dolinie. Zaczęłam wołać o pomoc.
- Co się stało? - wszyscy spytali chórem.
- Potrzebuję waszej pomocy. Mój tata jest w Zakazanym Lesie, przywaliło go drzewo! Szybko!
Bez odpowiedzi pobiegli za mną. Gdy byliśmy na miejscu zapytałam:
- Ma ktoś pomysł, by unieść drzewo?

Niech ktoś dokończy.

Od Marchesy: To już jest koniec

Wypadliśmy na polanę.
Czarne płaty migały mi przed oczyma, gdy patrzyłam na ogromny dąb otoczony fioletową poświatą.
Słaniając się na nogach, szaman podszedł do pnia. Dopiero teraz zauważyłam, że jest pęknięty wzdłuż na pół.
Wilk bezceremonialnie umieścił Flet w szczelinie. Potem schylił się nad jakimś spróchniałym konarem, leżącym pod Drzewem.
- To już koniec? - wychrypiałam.
Było tak cicho i spokojnie. Słoneczko grzało, a ja chwiałam się z wyczerpania i tak bardzo pragnęłam usłyszeć "tak".
Basior jednak nie odpowiedział. Obwąchiwał tą szczerniałą gałąź. Podeszłam bliżej, by także się jej przyjrzeć.
Nagle to, co zobaczyłam, przytłoczyło mnie. Świadomość zaczęła wierzgać rękami i nogami, nie dopuszczając do siebie rzeczywistości, a żołądek groził, że pozbędzie się zawartości. Jakiej zawartości? Czy my w ogóle jedliśmy śniadanie?
Konar okazał się zmasakrowanym ciałem wilka. Cały zwęglony, dziwacznie zdeformowany, z oczami wyłażącymi na wierzch, łapami w niewygodnych pozycjach jak po upadku z dużej wysokości.
- To ten wilk, którego ścigaliśmy - wyjaśnił szaman.
- Evilan?
- Nie. On już jest w Raju. Spóźniliśmy się. To jest ciało, które opętał. Pożyczył sobie.
Stary Wilk odwrócił się i ruszył w drogę powrotną. Nie ruszyłan się z miejsca. Zawahałam się. Chciałam odpocząć, jednak w końcu zdecydowałam się pójść za nim.
- Zablokowaliśmy portal i co teraz? Nie lepiej było sobie darować, skoro i tak się nie udało? - zapytałam dogoniwszy go.
- Nie. Teraz Evilan z pewnością robi zamęt w Raju. Duchy będą z nim walczyć. Przedtem granicę między zaświatami można było przekraczać w miarę swobodnie...
- To dlatego bogini mogła powierzyć Sii swoje młode, a Reniemiasz i Waydack nawiedzali Odalis.
- ...lecz teraz jest to niemożliwe. Dlatego żywi są bezpieczni, wojna w Raju nie odbije się na nas.
Dalszą drogę odbyliśmy w milczeniu. Nikt nie miał siły rozmawiać. Zwykle po takim wysiłku można paść w trawę i sobie spokojnie zemdleć. Szaman na to nam nie przyzwolił. Gdy spotkaliśmy zostawionych wcześniej z tyłu Fever, Shadow i Chevera, nie zważał na to, że nie patrzyli zbyt przytomnie. Tak, to z pewnością wytrwały wilk, ale i bezwględny.

***

Złapać. Złapać. Złapać. Korzenie zaczęły przybierać kształty.
- To było wczoraj - wyjaśnił ktoś.
- Naprawdę? - wymruczałam niechętnie.
Otworzyłam oczy. Już rano? Wszystko mnie boli! Nie wstaję!
- Już czas, abyście opuściły naszą watahę albo pozostały w niej na zawsze - powiedział Stary Wilk.
- No dobra, wstaję - ustąpiłam. - Ale obawiam się, że nie mam siły na tak długą podróż.
- Nie będzie długa, dotrzemy do Magicznej Doliny jeszcze dziś.
Wylazłam przed jamę. Czekali na mnie już wilczyce i brat. Mieli niewyraźne miny.
- A gdzie ty się wybierasz, Chever? - zapytałam.
- Z wami.
- Aha.
W tamtej chwili naprawdę nic mnie nie obchodziło i dopiero pod koniec dnia miało do mnie dotrzeć, co powiedział wilk.
- Ustawcie się na północ.
Mówienie wyraźnie sprawiało szamanowi ból.
- Na mój sygnał zaczniecie biec. Musicie mieć koniecznie zamknięte oczy. Ja magicznie zwiększę prędkość do takiej, że przekroczymy granicę możliwości. Przez to nie zderzycie się z żadną przeszkodą, a przenikniecie ją. Pamiętajcie o zamkniętych oczach, bo umysł tego nie ogarnia. Możecie w przeciwnym wypadku zatrzymać się w połowie czegoś, na przykład drzewa. Wierzcie, to nic przyjemnego, stać z tylną częścią w pniu.
I pobiegliśmy.
- Już - szepnął ktoś.
Otworzyłam oczy.
Staliśmy nad Kryształową Rzeką. Chciałam krzyknąć z radości, ale język był jak kawałek drewna. Zakręciło mi się w głowie.
- Nie mówiłeś, że jest się po tym zmęczonym tak samo, jak po zwyczajnym odbyciu tej drogi... - nie wiedziałam, czy powiedziałam tak na jawie, czy już we śnie.
Potem urwał mi się film.

***

- Mógł je zabić! Shadow ledwo oddycha!
- Daj spokój! Widziałeś gdzie soltius nesytes? Potrzebny mi do eliksiru.
- Hej, słyszałem, że wróciły!
- Co was tu tak dużo? Sio, oni muszą odpocząć!
- Niech ktoś pójdzie po Odalis, jest na zwiadzie!
- Fever się budzi!
- Ciszaaa!

Mrok zaczął rzednąć. Nade mną schylała się szarawa wilczyca. O, ma zielone refleksy na sierści. A ten naszyjnik to poznam na końcu świata.
- Jesteś bezpieczna - powiedziała Navi i uśmiechnęła się ciepło.
Chciałam odwzajemnić uśmiech, ale chyba wargi mi stężały.
Potem rozpłynęłam się w błogiej ciemności snu i śniłam o zajączkach znoszących jajka.

Od Mrocznego: Nowe oblicze Mrocznego II

Powoli kroczyłem w kierunku Zakazanego Lasu, rozmyślając o moim życiu. Pozostanie w tej watasze było chyba najlepszą decyzją jaką kiedykolwiek podjąłem. Chociaż ciążyło na mnie znacznie więcej obowiązków niż wcześniej. Super. Byłem zadowolony z siebie i ze swoich postępów w hierarchii watahy. Nareszcie byłem kimś ważnym w wilczym społeczeństwie, a nie tak jak wcześniej- wyrzutkiem i niechcianym osobnikiem, który tylko zabierał innym powietrze, za to nic od siebie nie dawał. Czułem się potrzebny. Jednak brakowało mi tu czegoś... Chyba wolności... Tak, to chyba to uczucie. Chciałem coś zmienić, zrobić coś szalonego. Nie zauważyłem, jak znalazłem się w Zakazanym Lesie. Nigdy tu nie byłem, ale słyszałem różne opowieści o tym miejscu. Przystanąłem i rozejrzałem się dookoła. Korony drzew zakrywały niebo tak, że promienie słońca nie miały tu wstępu. Wszędzie było ciemno, ale byłem wilkiem, więc nie przeszkadzało mi to za bardzo. Wciągnąłem głośno powietrze zastanawiając się, czy to napewno dobry pomysł. Ale w sumie... Co mogło się stać?
- Będzie dobrze... - powiedziałem sam do siebie i powoli ruszyłem do przodu. W Magicznej Dolinie czuło się już wiosnę, za to tu czułem się, jakby była późna jesień. Dużo liści leżało na ziemi, przykrywając ją niemal całkowicie. Nie był one jednak czerwone czy złote w jesieni, lecz szare, jakby już dawno tu leżały. Nagle obok mnie, nisko nad ziemią, przeleciał kruk i wylądował na nagiej gałęzi pobliskiego drzewa. Uśmiechnąłem się sarkastycznie.
- Witaj - powiedziałem do stworzenia, choć doskonale wiedziałem, że mnie nie zrozumie.
Jak on tu wytrzymuje?, pomyślałem przyglądając się ptakowi. Zwierzę patrzyło na mnie wyjątkowo inteligentnymi oczami, kolorem przypominające moje własne. Było to tak dziwne, że aż przeszedł mnie dreszcz. Kruk przyglądał mi się uważnie, ani na sekundę nie spuszczał ze mnie wzroku. W końcu stwierdziłem, że nie ma sensu tu tak stać, więc powoli zacząłem iść dalej. Starałem się zapomnieć o tym spotkaniu, ale nagle usłyszałem za sobą przeraźliwy krzyk ptaka. Podskoczyłem przerażony i odwróciłem się do niego.
- A gdzie ty się wybierasz? - zapytał mnie kruk, mówiąc głosem bardzo podobnym do Mrocznego II. Dziwne... Naprawdę dziwne... Ptak zaśmiał się chrapliwie.
- Przecież to ja! Mroczny II! - powiedziało zwierzę, wesoło trzepocząc skrzydłami. Zaskoczony otworzyłem szeroko oczy, cofając się powoli i kręcąc łbem.
- Ale to niemożliwe! - powiedziałem, jąkając się ze strachu. - Przecież ty siedzisz w mojej głowie!
- Już nie! - powiedział z radością Mroczny II. - Chyba zauważyłeś, że dawno z tobą nie rozmawiałem. - Czekał na moja reakcję, więc powoli kiwnąłem głową. - No właśnie! A to dlatego, że szukałem sobie jakiegoś nowego ciała. No i znalazłem! - dodał, rozkładając szerzej skrzydła i podskakując na gałęzi drzewa.
- A nie mogłeś sobie znaleźć ciała wilka?! - zapytałem, podchodząc do niego bliżej. Kruk spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Wiesz, jak trudno jest znaleźć martwego wilka? - zapytał mnie. Pokręciłem głową. - Tak właśnie myślałem.
- Czyli odchodzisz ode mnie? - zapytałem, czując narastający w piersi smutek. Mroczny II był ze mną od zawsze, a teraz miał tak po prostu odejść. To niesprawiedliwe...
- O nie! - powiedział ptak, śmiejąc się głośno. - Beze mnie niedługo byś zginął - dodał po chwili, mrugając do mnie wesoło. Warknąłem z furią.
- To chodź tu na dół - powiedziałem zły, a Mroczny II wylądował na moim karku. - Wiesz, skoro teraz jesteś krukiem to musisz mieć imię.
- No to mi jakieś wymyśl - odparł ptak, poprawiając swoje skrzydła. Zamyśliłem się głęboko, a po chwili miałem dla niego idealne imię.
- Shadow! - wykrzyknąłem, a kruk spojrzał na mnie zaskoczony. - No bo kruki latają wszędzie jak cienie, więc to imię to ciebie pasuje - dodałem, starając się go przekonać. W końcu Shadow kiwnął główką.
- Taaak... To dobre! - powiedział zadowolony i wypiął dumnie swoją małą pierś. Westchnąłem cicho.
- A jeżeli ktoś cię zabije, to będziesz mógł przejąć ciało kogoś innego? - zapytałem, patrząc na niego z ciekawością.
- No tak, albo po prostu wrócę do twojej głowy - odparł, lekko wzruszając skrzydłami. Kiwnąłem głową, zadowolony z tej odpowiedzi.
Szliśmy powoli w kierunku Legowisk. Każdy z nas był zajęty swoimi myślami. Cieszyłem się, że Mroczny II, a raczej Shadow, wrócił do mnie i że ma teraz swoje ciało. Teraz miałem swojego własnego kruka, który był też moim drugim ja! Cieszyłem się, że Shadow zostanie ze mną do końca mojego życia... Dobrze mieć takiego przyjaciela...

Od Eelipse: Wiosenne zabawy

Było dosyć wcześnie, a ja przed chwilą się obudziłam. Wyszłam z jaskini, a przed nią przywitały mnie promienie słońca.
- Nareszcie wiosna. - Zamknęłam oczy.
Słońce zaczęło coraz mocniej grzać, aż na dworze nie zrobiło się ciepło. Wszystko zaczęło kwitnąć. Nie tylko kwiaty, ale także rzeka. Zimą skuta lodem, teraz tętniąca życiem. Ryby pływały parami. Wszystko budziło się do życia.




Poszłam na łąkę niedaleko gór. Tam wszystko było przepiękne. W górach może jeszcze leżał śnieg, ale u ich podnóża kwitły kwiaty. Było pięknie.



Nagle usłyszałam szczeniaki. Spojrzałam za siebie. Były to szczeniaki Sii. Uśmiechnęłam się i położyłam na łące. Po chwili podszedł do mnie San.
- Cześć, Eelipse.
- Cześć - powiedziałam unosząc łeb. Delikatnie zamykałam oczy.
- Co robisz?
- Odpoczywam. Jutro jest Wielkidzień.
- O nie! Kompletnie zapomniałem.
- Ale o czym? - Szybko otworzyłam oczy i podniosłam łeb.
- Miałem nazbierać trochę wiosennych kwiatów. Upolować zająca i jeśli się nie mylę, iść do ludzi i upolować małego baranka. I coś jeszcze... - powiedział i zamyślił się.
- Muszę też to zrobić. Możemy iść razem. Tylko, że ja idę jeszcze nazbierać trochę jajek i tak, jak ludzie je pomaluję. - Zaśmiałam się.
- Też tak zrobię! - ucieszył się na ten pomysł San.
Wzięłam go i szczeniaki do ludzi. Maluchy schowane były w krzakach, a ja z Sanem czekaliśmy na dwa pyszne baranki. Po chwili pojawiły się tam dwa baranki i owca. Wybiegłam z krzaków i upolowałam oby dwa. San miał dwa koszyki dla mnie i dla siebie. Włożyłam jednego baranka do jego koszyka, a drugiego do swojego. Poszliśmy jeszcze w pobliże kurnika. Tym razem to San wbiegł do kurnika i zabrał 12 jajek... 6 dla mnie i 6 dla niego. Dzieciaki nie mogły się doczekać, kiedy będą mogły nazbierać kwiatów.
- Kwiaty pozbieramy na koniec - uspokajał ich San.
Byliśmy trochę spragnieni więc pobiegliśmy napić się wody. Wlaliśmy świeżutką wodę do butelek i włożyliśmy do koszyków. Następnie przy drzewie czekaliśmy na zające. Wyszły dwa wielkie. San już chciał skoczyć.
- Poczekaj chwilę. Ja biorę tego mniejszego, a ty większego - powiedziałam.
- Dobrze. - Uśmiechnął się.
Po chwili skoczyliśmy na nie. Upolowane zające włożyliśmy do koszów.
- No to idziemy po kwiaty.
- Nareszcie! - ucieszyły się szczeniaki.
Pobiegliśmy tam, gdzie się wylegiwałam. Nazbieraliśmy dużo kwiatów. Położyłam koszyk na ziemi i położyłam się. San popatrzył na mnie.
- Nie idziesz do siebie?
- Wolę zostać tutaj i dokończyć mój odpoczynek.
- My idziemy. Pa!
- Cześć. - Ziewnęłam i położyłam się.
Gdy oni odeszli, rozmyślałam. "Wreszcie trochę rozrywki. Trochę poganiałam za zwierzakami. Jestem zmęczona" - mówiłam w myślach. "Nadal nie mogłam się otrząsnąć po tym, co się stało. Ja przecież nie żyłam. Ale to już jest przeszłość. Teraz znów żyję" - ta myśl dręczyła mnie przez cały czas. Po chwili powieki mi się zamknęły, a ja usnęłam.

Od Odalis: Młodzi partnerzy

- Stój! Kto idzie? - zawołał ktoś do mnie.
- Mroczny, to tylko ja - odpowiedziałam, zwalniając.
- A, to przepraszam. Nie wyspałem się w nocy i dlatego cię nie poznałem - to mówiąc wilk wyszedł z ukrycia.
- Nic się nie stało - uśmiechnęłam się. - Poradziłeś sobie beze mnie? Działo się coś niepokojącego?
- Nie, wszystko w porządku.
- To dobrze. Chodźmy, pewnie łowcy już upolowali coś.
Miałam rację. W Jadalni panował gwar.
- Odalis wróciła! - krzyknął ktoś.
Przywitałam się ze wszystkimi i usiadłam do posiłku.
- Mamo - uroczystym tonem zaczęła Moon. - Ja... Ja i Crentatch zostaliśmy partnerami! - skończyła rozpromieniona wilczyca.
Po jaskini rozległo się "Oooooooo...", gdy nagle do groty wkroczył nie kto inny, niż młody Beta Mrocznych.
Młoda para wyjęła swoje połówki medalionów i połączyła je. Księżyc w pełni, który powstał, rozjaśnił się blaskiem. Młodzi wtulili się w siebie.
- Nie mogliśmy dłużej zwlekać - oznajmił brat Juniora Waydacka, kiedy przestał się przytulać z moją córką. - Ale wiem, że trochę czasu minie, nim przyzwyczaicie się do tej wiadomości, dlatego razem z Moon postanowiłem, że zostaniemy z wami do Wielkiegodnia, a potem wyruszymy do Watahy Mroku.

środa, 27 marca 2013

Od Zuko: Las Eridian

Kiedy wcześniej wpadłem do wody, najprawdopodobniej rozciąłem sobie łapę o jakąś skałę, bo była na niej duża głęboka rana. Długo krwawiła, ale ustała. Ale co to był za wilk w wodzie? Wiem, jaki gatunek, ale kto to był? Szliśmy około godzinkę i wiedzieliśmy na drugiej stronie Nowej Zelandii pierwsze miejsce, jakie było za plażą, to był Las, do którego zmierzałem. To było piękne miejsce. Drzewa miały jasną, fioletową barwę, ścieżka była oliwkowa, na na drodze leżał duży głaz. Drzewa były lekko wygięte.
Słońce mocno świeciło na niebie. Jednak przez grubą warstwę liści koron drzew, widać było niewielkie promienie światła. Rozglądaliśmy się na wszystkie strony. Naprawdę lekki wiatr świstał nam w uszach. Słychać było ciche pośpiewywanie driad leśnych, które zazwyczaj kształtują się z liści. Nie chciały się nam pokazać. Szliśmy nie odciągając wzroku od mocnych kolorów lasu. Chyba jeszcze nie widziałem tak niezwykłego lasu. Nad naszymi głowami przeleciały ptaki rajskie. Jeden z nich zrzucił mi przed łapy klucz. Był cały ze złota, a na jego końcu była mała ludzka czaszka także ze złota.
- Co to jest? – spytała zaciekawiana Deyah, która wyraźnie przyglądała się znalezisku.
- Myślę, że klucz – odpowiedziałem ironicznie. Mack i Blade oglądali całą naszą sprzeczkę.
- Wiem, że klucz, ale to chyba nie jest normalne, ze ptak rajski zrzuca ci klucz z czaszką przed łapy?!
- Inaczej zrozumiałem twoje pytanie.
- Dobrze – uspokoiła się. – Przepraszam – po czym znów się wkurzyła, co mnie także zdenerwowało. – Mam dziś trudny dzień!
- A co ja mam powiedzieć?! Całe życie mam kiepskie, od czasu do czasu dzieje się coś przyjemnego! Walczę z demonami! Jestem na wpół ślepy i cały czas coś złego mnie spotyka! Na dodatek, kiedy byłem w wodzie, widziałem wampira! Ty przynajmniej masz rodziców!
- Mam tylko ojca i brata! A moja matka to Kayah! – zamurowało mnie to, co właśnie powiedziała, na dodatek nie kłamała, ale coś we mnie pękło i znów się uniosłem.
- A ja wcale nie mam rodziców!
- Współczuję!
- Uspokójcie się! – przerwał naszą kłótnię Mack. – To przez ten klucz. A te ptaki to były tak naprawdę harpie.
- H-harpie? – załamałem się. – I jeszcze klucz, który wywołuje kłótnie? Ja nie wytrzymam tej podróży!
- Zmierzasz do Rion – mówił dalej Mackelmore. – Jeśli chcesz się dostać dalej, to musisz przejść przez ten las. To jedyna droga.
To pułapka – usłyszałem głos jakiejś wilczycy. – Uważaj! Piękny las, to tylko przykrywka. Niestety nie ma innej drogi. Śpiesz się! Ona tu idzie… Za tobą i twoimi towarzyszami. Są przy waszym poprzednim ognisku. Szybko! Weź klucz.
- Musimy stąd jak najszybciej wyjść! – krzyknąłem. – Biegiem!
Zabrałem klucz tak, jak kazał mi głos. Wszyscy mnie posłuchali, zaczęliśmy uciekać. Kiedy zorientowaliśmy się, czym naprawdę jest Las Eridian, wszystko stało się mroczne i zabójcze, jak z koszmaru. Fioletowe drzewa teraz były czarne, ptaki rajskie ujawniły swoją naturę pod postacią harpii. Małe zwierzątka, które tam, były przemieniły się w pająki i węże. Wreszcie za nami wszystko zaczęło płonąć. Lasowi nic się nie działo, ale te płomienie były dla nas śmiertelne. Jedna z harpii leciała do nas w dół, ze swoimi szponami jak haki. Rzuciła się na Blade’a, ale on nie miał jak się obronić. Mackelmore odepchnął go i skoczył na jego miejsce. Wydrapał harpii oczy, ale ona silnie go poraniła. Jednak udało mu się obronić. Mimo głębokich ran, biegł dalej, bo wiedział, jak skończy, jeśli się chodź na chwilę zatrzyma. Bestia spłonęła w płomieniach. Ogień gonił nas coraz szybciej, więc musieliśmy dużo szybciej biec. Miałem klucz w pysku. Byliśmy zmęczeni, ale chcieliśmy żyć. Współczuję Mackowi. On ma najtrudniej. Naprzeciwko nas był wielki dąb. Blokował przejście.
- To jakieś jaja?! – wkurzyłem się. – Jak mamy przeżyć?!
- Spójrz! – zawołała Deyah. – Dziurka od klucza. Szybko, przekręć ją.
Zrobiłem to, co mówiła. Dąb rozszerzył się na dwie części. Widać było czystą, równą łąkę. Wsadziłem w to łapę i wciągnęło mnie na łąkę. Reszta widziała mnie w dębie, ale ja ich nie. Ogień był już prawie przy nich, kiedy szybko wskoczyli w dąb. Za nimi wpadł jeszcze klucz z czaszką. Byłem zadowolony, że dotarli tu tak samo jak ja. Zaczęliśmy się śmiać, kiedy było już po wszystkim. Blade był zmyślnym szamanem w Watasze Białej Krwi. Szybko opatrzył rany swego ojca. Harpia mocno go okaleczyła, ale Blade zatamował krew i nałożył opatrunki. Dwa dni potem zostaliśmy jeszcze na łące, żeby Mack odzyskał siły. Ta, która nas ścigała, nie dotarła tu. Ale wiedziałem, że tu idzie. Chciałbym wiedzieć, o kogo chodzi, jednak mam pewne podejrzenia.
Myślę, że wiecie, kto nas ściga. :P

Od Victorii: Rozmyślania i wypadek

Jego oczy, grzywka, trochę duży nos... Ciągle nie mogę przestać o nim myśleć. Moje myśli kierują się tylko do niego. Zastanawiam się, co robi, czy tęskni za mną, czy może w tej chwili myśli o mnie...? Czy jest jeszcze szansa, że kiedyś go zobaczę? Może robię sobie nadzieję, ale jeżeli mam przeznaczenie spotkać go jeszcze, to najlepiej szczęśliwego. To może dziwne, ale chciałabym, żeby ułożył sobie życie. Żeby znalazł sobie kogoś innego. Wtedy i ja byłabym szczęśliwa, chociaż w głębi serca zraniłoby mnie to. Miałam 2 szanse na zniszczenia sobie życia*. Po co w ogóle istnieje miłość? Prędzej czy później i tak jedna z tych osób zostanie zraniona. Pewnie każdy powie, że czas leczy rany. Ale to nie jest tak... Czas tylko pozwoli się z nimi oswoić. A po co żyć, skoro w głębi duszy nadal jesteś zraniona?

- Victoria! - "wyrwał" mnie z myśli Snow. - Gdzie jest Ashley?
- Nie w...ie..m.. - wyjąkałam. Czułam się winna za jej zniknięcie.
- Co się stało?
- Ashley jest załamana - ominęłam naszą rozmowę w PZ*. - Musisz już iść.
- Przepraszam cię za nią. Ona bardzo to przeżywa...
- Tak, wiem... Lepiej już biegnij za nią...
- Może spotkamy się jutro? - zapytał z nadzieją w głosie. Wiedziałam o co mu chodzi, nie chciałam mu dawać nadziei.
- To nie ma sensu. Powinieneś zostać z Ashley.
Opuścił smutno głowę. Zdążyłam usłyszeć żałosny szloch, potem zniknął.
"Skąd on wiedział, że rozmawiałyśmy o tym?'' - zadawałam sobie kolejne pytanie.
- Victoria - przytuliła mnie zapłakana Melody.
- Co się stało? I skąd wiesz, że tu jestem?
- Nie ważne. Stało się coś bardzo strasznego - buchnęła płaczem. Łzy spływały po jej policzkach.
- Uspokój się... Powiedz, o co chodzi?
- Bo... bo... - jąkała się. - Na tatę spadło drzewo!
 
*Jeżeli chcesz się dowiedzieć, o kim jest opis, zajrzyj do opowiadania "Nieszczęśliwie Zakochana''.
*PZ - Park Zakochanych

Od Mrocznego: Niepodzianka dla Navi

No tak. Zostałem sam, z całą watahą na głowie. Odalis gdzieś zniknęła i całą władzę powierzyła mnie. Na szczęście była też Navi, która cały czas mi pomagała. Ciekawe, kiedy wróci Beta. Oby jak najszybciej, bo nie byłem przyzwyczajony do pilnowania całego stada. Było to o wiele cięższe niż dotychczas myślałem. Siedziałem zamyślony przed swoją grotą i patrzyłem na nasze legowiska. Nikt mi nie przeszkadzał w tych rozmyślaniach, co bardzo mi się podobało. Kiedy już jestem w głębokiej zadumie, lepiej mi nie przeszkadzać, bo mogę zareagować bardzo ostro. Navi gdzieś poszła, chyba do Exaliosa. Musiała mu pomagać, ale przez to czułem się trochę samotny. Wstałem i pobiegłem do groty szamana.
Nikogo w niej nie było, więc spokojnie do niej wszedłem. Rozejrzałem się po wnętrzu i dopiero zauważyłem moją partnerkę przy jakimś stole z ziołami. Podszedłem do niej, a ona od razu odwróciła głowę w moją stronę.
- Cześć - powiedziała do mnie z uśmiechem.
- Cześć - odparłem, posyłając jej szeroki uśmiech. - Możesz na chwilę wyjść? Chcę ci coś pokazać... - Nie czekając na jej odpowiedź, pociągnąłem ją za sobą w stronę wyjścia z jaskini.
- Mroczny! - powiedziała lekko zaskoczona, ale też rozbawiona Navi.
- O co chodzi? - zapytałem, odwracając się do niej z chytrym uśmieszkiem.
- Miałam pomóc Exaliosowi w posegregowaniu tych ziół... - powiedziała niemal błagalnym tonem, wskazując łapą stół zastawiony różnymi roślinami.
- Nic się nie stanie, jak na sekundkę gdzieś ze mną pójdziesz - odparłem, ciągnąc ją lekko do wyjścia.- Powiesz, że zrobiłaś sobie wolne. Albo po prostu winę zrzucisz na mnie.
- No dobrze - zgodziła się w końcu samica, cicho wzdychając. - No to prowadź.
Uśmiechnąłem się zwycięsko i ruszyłem przed siebie. Navi biegła za mną. Szliśmy w stronę Kryształowej Rzeki. Moja partnerka bacznie obserwowała wszystko dookoła, pewnie chciała odkryć moją niespodziankę. Ale nie ma tak łatwo. Kiedy byliśmy już nad rzeką, zacząłem wspinać się po stromych kamieniach, a potem zniknąłem w ukrytej tam grocie. Wilczyca pojawiła się w niej po chwili. Stanąłem na środku jaskini, zadowolony z siebie.
- A więc jesteśmy! - powiedziałem z wielkim uśmiechem. Samica z zapartym tchem przyglądała się temu, co znalazłem niedawno przez przypadek.
Jaskinia była naprawdę duża, jak na taką ukrytą wśród skał na brzegu. Wszędzie było pełno stalaktytów, stalagmitów i stalagnatów, które były pokryte malutkimi kryształkami. Kiedy słońce wpadało do wnętrza groty, na jej ścianach tańczyły śliczne cienie. Wyglądało to prześlicznie. W rogu, wśród stalagmitów było małe jeziorko z kryształową wodą. Ciecz była zdatna do picia, co było kolejnym plusem dla tego miejsca. W upalne dni można się tu ochłodzić przed prażącym słońcem.
- I jak ci się podoba moja niespodzianka? - zapytałem osłupiałą z wrażenia Navi.
- To... cudowne miejsce - wydusiła w końcu, patrząc na mnie błyszczącymi ślepiami. Kiwnąłem głową z zadowoleniem.
- Wiedziałem, że ci się tu spodoba - powiedziałem, przytulając się do niej.
Spędziliśmy tam całe popołudnie, a potem odprowadziłem moją partnerkę od Exaliosa. Szamana na szczęście jeszcze nie było. Potem wróciłem do naszego wspólnego legowiska. Teraz mieliśmy z Navi nasze wspólne miejsce, o którym nikt nie wiedział...

Od Odalis: Orla Góra

Plusk plusk, pada deszcz.
Gdzie on jest, pytałam się w myślach.
Plusk plusk, plusk plusk.
A co, jeśli go nie znajdę? Jeśli odszedł na zawsze?
Plusk plusk, plusk plusk.
Gdzie? Gdzie, gdzie, gdzie?
 - Ajć! - poślizgnęłam się na mokrej trawie.
Kiedy wstałam, spostrzegłam, że nie jestem już na terenie Doliny. To było inne. Nieznane.
- Gdzie ja jestem? - mruknęłam pod nosem.
Niedaleko Orlej Góry.
- Aha. Dzięki.
Na twoim miejscu bym się nie cieszył.
- Dlaczego?
Bo tutejsze orły nie słyną z gościnności...
- I?
I właśnie lecą w twoją stronę.
- Co ty... - odwróciłam się i spojrzałam prosto w oczy orłowi. Wielkiemu. Złemu.
- Eeee... - nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Odalis? - usłyszałam. Zwróciłam łeb w bok.
- Hirik?
- Znasz ją? - zapytał największy orzeł mojego przyjaciela.
- Znam. Uratowała mnie od śmierci.
Ptaki rozstąpiły się.
- Co tu robisz? Martwiłam się o ciebie - powiedziałam do niego.
- Kilka dni temu, kiedy latałem nad Zakazanym Lasem, spotkałem mojego starszego brata - wskazał skrzydłem jednego z orłów. - Zdziwił się, że jestem taki duży, ale mu wyjaśniłem, że wypiłem specjalny eliksir i dlatego szybciej urosłem. Mój brat nalegał, żebym poleciał z nim do rodzinnego gniazda spotkać się z rodzicami, bo myśleli, że nie żyję, więc się zgodziłem. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęły te kilka dni.
- Acha... No to... Wróć, kiedy się nacieszysz rodziną, dobrze?
Ptak kiwnął głową.
- A właśnie, nie wiesz, gdzie Dangerous? - przypomniałam sobie.
- Nie.
- Szkoda. No to do zobaczenia - powiedziałam i ruszyłam w kierunku Magicznej Doliny.

Od Lucky'ego: Nowy ktoś

Rano postanowiłem pójść za śladami wilków, ale ślady były mylne; potem wyszedłem na polanę, za nią była góra, w jednej z szczelin usłyszałem skowyczenie, okazało się, że jest tam jakiś szczeniak, po kilkunastu minutach wyciągnełem go, był słodki, z gałęzi zrobiłem legowisko, żeby miał na czym spać, po czym od razu zasneliśmy.
W nocy miałem sen o drodze do tego domu.

Zmiany w narodzinach szczeniąt

Doszedł jeden nowy punkt w zasadach narodzin szczeniąt.

Jeśli rodzice decydują się na następny miot, muszą najpierw zakończyć wychowanie dotychczasowego (patrz punkt 9).

Przestrzeganie tej zasady pozwoli przyśpieszyć kolejkę oczekujących przyszłych rodziców.
A ten punkt 9. to:

Wilczątko nie może opuszczać legowiska przez 3 dni. Potem jest już coraz samodzielniejsze, aż w końcu możesz zakończyć wychowywanie go - wilczę dorasta i zostaje przeniesione pod podpunkt Dorosłe szczenięta w zakładce Wilki.

Tak, ten podpunkt Dorosłe szczenięta jest nowy, bo strasznie dużo się nagromadziło osób w Odeszli i należało to uporządkować.

Od Marchesy: Pościg


- Szamanie?
- Tak, Marcheso?
- Pytałeś, jak to możliwe, że przedarłam się przez wszystkie twoje pułapki, las-bez-końca i gąszcz, aż w końcu dotarłam tutaj.
- Owszem, pytałem. I wciąż mnie to intryguje. Wszyscy inni rezygnują.
- Miałam cel. Było nim znaleźć ciebie, szamanie, i poprosić o to, abyś przybył do Magicznej Doliny. Pragniemy, byś swoją mocą zabezpieczył nasz teren przed ludźmi. Już jedna wilczyca zginęła z ich rąk. A była karmiącą matką!
- Do tego potrzebna jest moc kilku szamanów.
- Będziesz miał do pomocy trzech. Będą na twoje polecenia.

***

Miło... cieplutko... w mięciutkiej błogości... to te słodkie chwile snu nad ran...
- Rusz się - syknął mi ktoś wprost do ucha.
Uchyliłam powieki. Odruchowo spróbowałam podnieść łeb i uderzyłam nim w niski oraz z całą pewnością twardy strop.
Pulsujący ból w czaszce zadziałał jak lodowata woda. Zerknęłam już przytomniej. Zobaczyłam ciemną sylwetkę Starego Wilka koło wyjścia.
Schylona z powodu małej przestrzeni ruszyłam w jego stronę. Ból w skroni nie ustępował. Chyba pękła mi czaszka.
Potknęłam się o śpiącą Fever i runęłam na nią jak kłoda.
- Arrhhhh - jęknęłam. Boru, naprawdę pękła mi czaszka.
- Aeej! - krzyknęła wilczyca tak brutalnie obudzona.
- Przepraszam - rzuciłam, gramoląc się z jej grzbietu i kuśtykając dowlokłam się do zniecierpliwionego szamana.
- Pęknął mi łeb - poinformowałam smętnie.
- To straszne - zapewnił wilk i zaczął iść. Z trudem dotrzymywałam mu kroku.
- O co chodzi?
- Zaraz zacznie się wschód słońca. Wtedy słuchaj.
Szaman zniknął w swojej jaskini.
Usiadłam. Słyszałam dobiegające z leża wilka odgłosy krzątania. Czegoś gorączkowo szukał. W sumie, co mnie to obchodzi? Miałam taki ładny sen.
Powoli zimne światło zaczęło ogarniać cały las pod wpływem pierwszych promieni słońca. Zadrżałam. Powoli, jak zwykle o tej porze, do moich uszu zaczęła dobiegać muzyka Magicznego Fletu. Niby nic się nie zmieniło, ale wysoka, smutna melodia brzęczała w głowie i jakby miała ją zaraz rozsadzić. Powodowała, że chciało się szlochać.
Nie było wątpliwości – portal Drzewo płakał. Wzywał po raz ostatni. Czyli Evilan zaraz dostanie się do Raju…
- Teraz już rozumiesz? – usłyszałam za sobą Starego Wilka. Głos lekko mu drżał, ponieważ starał się nie wybuchnąć gniewem.
- Tak – szepnęłam ze łzami w oczach nie odwracając głowy, wsłuchana w żałosną pieśń. – Nie powiedziałam ci o Magicznym Flecie. Powinnam…
- Wiedziałem o nim.
- Skąd…?
- Od Shadow. Kiedy spała, szperałem jej we wspomnieniach, po czym odebrałem jej Flet. Wiedziałem, że coś wiecie.
- Jak mogłeś…
- A jak ty mogłaś mieć przede mną sekrety? Walczyłem już raz z Evilanem! Przegrał i dlatego więcej was nie nękał. Ale teraz on już jest w drodze do portalu, zaraz będzie w Raju, posiądzie moc, jakiej pragnął i w zaświatach zacznie się walka. Zmarli chcieli mieć wieczny spokój, a wy żywi macie to gdzieś i zgotujecie im bolesną wojnę! Ta Cheryll, o której opowiadałaś, nie będzie ci za to wdzięczna. Chodź, za nim będzie za późno!
*

Biegliśmy. Było nas pięcioro. Shadow, Fever, ja, Stary Wilk i Chever.
Nie mogłam już złapać tchu, ale nie zatrzymywałam się.
Nagle przed nami wyrosła czarna ściana. Ledwo przed nią wyhamowaliśmy. Powoli, jak dym, zaczęła się rozpływać w powietrzu, a zza niej wyłonił się ognisty wilk.
- Nie mogłem się powstrzymać – rzekł, po czym zawrócił i odbiegł.
- Za nim! – ryknął szaman. – To Evilan! Biegnie do portalu!
Rozpoczął się szaleńczy pościg. Jeden raz w życiu biegłam z taką prędkością - gdy mogłam zaraz umrzeć, tam, w Białej Puszczy, podczas obławy. Cały świat zniknął, istniałam tylko ja i Evilan, a właściwie jego tyłek, bo to widziałam przed sobą.
Moją uwagę odwrócił rozdzierający wrzask.
- Fever! – krzyknął ktoś.
Odwróciłam się zdyszana. Nad wilczycą górował groźny wilk. Fever dygotała na całym ciele, wpatrując się w jego pysk. Jej oczy stały się fioletowe, a źrenice rozszerzyły się. Wyglądała na ogromnie poruszoną.
- Jesteś psem – rzekł niewzruszony nieznajomy. – Zwykłym, durnym kundlem. Wstyd mi ciebie.
- Ojcze – powiedziała Fever łamiącym się głosem.  Zacisnęła powieki,  upadła na śnieg. Wciąż drżała.
Stary Wilk szarpnął mnie brutalnie za kark.
- Zostaw ją! To wizja!
Teraz znowu biegłam, wstrząśnięta tamtym widokiem. Wizja była tak namacalna, tak widoczna, Fever odczuwała niemal fizyczny ból, a my musieliśmy ją tam zostawić samą. Ogarnął mnie gniew na samą siebie i na szamana.
Złość przyćmiła mi widok, ale dodała sił. Przyśpieszyłam. Byłam bliżej demona, zdawało mi się, że słyszę nawet jego histeryczny chichot.
Usłyszałam za sobą wrzask Shadow. Czyli kolejną wyeliminowałeś, potworze. Ze mną nie będzie tak łatwo.
Las błyskawicznie zamazał się, na jego miejsce wlała się ciemność, a w niej panował jeden jedyny Evilan, wpatrujący się we mnie czerwonozłotymi ślepiami.
- Czyżby? – zapytał.
Znów biegłam w lesie za demonem. Przeskakiwałam wystające korzenie, wielkie bryły śniegu ze wzrokiem wciąż utkwionym w jego tył. Złapać. Złapać. Złapać.
Korzenie zaczęły przybierać kształty. Raz widziałam w nich ciało Sarity Anspeire, ale ona zginęła tak dawno. Raz był to Chever, ale on przecież w rzeczywistości podążał za mną. W wyrwie ujrzałam Cheryll, gdzieś w tle znajdowała się poraniona Navi, nad którą schylał się Exalios.
- Ożyw go, Exalios! – powiedziałam mimo własnej woli.
- Za późno – powiedział ze smutkiem wilk, a ja poczułam jak mdleję…*
Potknęłam się o śniegową zaspę. Spróbowałam wstać, ale pobolewające łapy odmówiły mi posłuszeństwa. Wreszcie dźwignęłam się z ziemi. Minął mnie już szaman z Fletem w pysku, jednak Chever widocznie został z tyłu. Chciałam za nim podążyć, zanim moje spojrzenie nie padło na tą nieszczęsną zaspę.
To było ciało Odalis.
Obwąchałam ją ostrożnie. Tak dobrze znane mi ciemne oczy zastygły w śmiertelnym bezruchu. W boku miała ranę od kuli.
- NIE! – krzyknęłam.
Zerwałam się i pobiegłam za Starym Wilkiem.

*Fragment Od Cheryll: :’(.

wtorek, 26 marca 2013

Od Odalis: Gdzie...

- Kochanie, widziałeś Hirika? - zapytałam dziś Exaliosa.
- Nie, a ty widziałaś Dangerousa? - odpowiedział.
- Nie...
- Ojej, wybacz, muszę już iść, umówiłem się z zielarkami rano, uzupełniamy zapasy eliksirów.
- Poszukam ich! - zdążyłam zawołać, zanim szaman wyszedł.
Wychodząc z jaskini kątem oka zobaczyłam, że medalion z księżycem Moon, który niegdyś dostała, wygląda inaczej - przypominał połówkę koła...
Wzleciałam w powietrze i skierowałam się w kierunku Harwene.
- Mamo, gdzie lecisz? - koło mnie przemknął Skay. Teraz, kiedy jest duży, bardzo dobrze włada swoim żywiołem, nawet mnie zaskakuje.
- Do wujka Grape'a - odparłam.
- Mogę z tobą?
- Jasne.
Wylądowaliśmy. Brat Najwyższego siedział wpatrzony w coś.
- Grape? - powiedziałam nieśmiało.
- Hmmm? - samiec wyrwał się z odrętwienia.
- Grape, widziałeś Hirika? Albo Dangerousa?
- Hirika? Dangerousa? Nie, nie widziałem.
- Jesteś pewny?
- No, może kiedyś...
- Kiedy?
- Przedwczoraj, ale nie pamiętam dokładnie...
- Gdzie go widziałeś?!
- Leciał gdzieś z innymi orłami... Przepraszam, ale dziś naprawdę nie mam nastroju na pogawędki - rzekł basior i zaczął schodzić ze zbocza.
- Skay, mam dla ciebie zadanie - zwróciłam się do zaciekawionego syna. - Wypytasz wszystkich o Dangerousa. Powiedz też ojcu, że nie będzie mnie dzisiaj wieczorem, może też jutro. Do czasu, kiedy wrócę, zarządza Mroczny - po tych słowach zamknęłam oczy i wzbiłam się w powietrze.
Przydajcie się na coś, pomyślałam.
Ale mi zachęta...
Jestem w trudnej sytuacji. Zaniedbywałam Hirika, zapomniałam o nim. Co, jeśli uciekł?
Nasz problem?
Ren, spokój! Jak mamy ci pomóc?
Eeee, powiedzieć, gdzie jest?
A możemy?
Nie sądzę...
No to tylko tak troszeczkę.
No dobra, poleciał na północ.
Zawróciłam, po czym pomyślałam:
Dzięki, coś jeszcze?
Uważaj na drzewo, latanie z zamkniętymi oczami jest niebezpieczne...
Jakie drze... ŁUBUDU!
Hah ha, ona nigdy nie przestanie...
Podniosłam się z ziemi cała wściekła na Reniemiasza i ruszyłam na północ.

Od Lucky'ego: Jakoś sobie radzę

Od czasu dołączenia do watahy musiałem radzić sobie sam. Moich przyjaciół nie było przy mnie i nie mogłem się z tym pogodzić. Po watasze chodziły mowy o jakimś domu, w którym mieszka jakiś samotny, ale groźny wilk. Słynąłem z ciekawości, więc postanowiłem tam się wybrać . Gdy wyszedłem rano, doszedłem późnym wieczorem, otworzyłem drzwi, strasznie skrzypiały, przeszły mnie ciarki, ale okazało się, że tam nikt nie mieszka, na dodatek zszedłem ze szlaku drogi powrotnej, postanowiłem więc przespać się w krzakach.

poniedziałek, 25 marca 2013

Od Zuko: Do wody i chlup

- To chodźmy zrobić tratwę do przepłynięcia rzeki – zacząłem.
- Jaką tratwę? – pytał zdziwiony Blade.
- Nooo. Do przepłynięcia rzeki.
- Nie umiesz pływać?! – Zdziwił się jaszcze bardziej.
- To nie tak, że nie umiem. Jestem wilkiem ognia i nie bardzo lubię wodę. Dla mnie ona jest po prostu parząca.
- Aaaaaaaaa.
- To możemy zrobić małą tratwę?
- Nie ma takiej potrzeby.
- Ale ja tego nie przepłynę. Po 30 minutach przebywania w wodzie po prostu utonę. Albo utonę albo woda po tym czasie mnie zabije.
- Nie oto mi chodziło. Mogę zamrażać wodę i na odwrót. Zrobię krę i na tym popłyniesz. Będę magią wody was przesuwać.
- Nas?
- Deyah nie potrafi pływać.
- A, spoko.
Wszyscy przygotowali się do pływania. Blade już wczoraj zrobił krę i jest gotowa. Opowiadałem im o kręgu głazów i kiedy je zobaczyli, bardzo im się podobały. Byliśmy nad rzeką. Blade i Mackelmore wskoczyli do wody, a ja i Deyahthoris na krę. Była bardzo wytrzymała. Akurat zamrożona woda mi nie przeszkadza. Zaczęliśmy przesuwać się z wilczycą po powierzchni wody. Było już trochę późno, bo długie były przygotowania i zagadałem się z waderą. Przez ostatnie dni miałem wrażenie, że ona coś do mnie czuje. I tak w sumie jest. Ale ja nie zrobię tego Vickey. Był już zachód słońca, który pięknie malował się na niebie barwami pomarańczy i różu. Piękny widok. Słońce powoli schodziło coraz niżej. Byłem zapatrzony w ten widok. Ostatnie doby były dla mnie coraz przyjemniejsze. Moje życie powoli nabierało sensu. Gdyby Odalis w tamten dzień mnie nie znalazła, to pewnie skończyłbym na ludzkiej podłodze, lub w paszczy niedźwiedzia. Ostatnio mam wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Ale nie mam pewności. Deyah lekko wtuliła się w moje futro. Była naprawdę fajna, ale ja już jestem w związku. Wreszcie wyczułem jakieś zwierzę, lub potwora w wodzie. Blade i Mack także go czuli. Przyśpieszyli i to tak porządnie. Odwróciłem głowę w stronę rzeki. Bestia wynurzyła swoją płetwę grzbietową i płynęła w moją (i Deyah) stronę. Widzieliśmy już drugą stronę wyspy, to był już zaledwie kilometr albo mniej. Wąż morski (który był ogromny) pokazał swój wielki łeb i wyszczerzył śnieżnobiałe kły. Spojrzał dzikim wzrokiem w naszym kierunku. Byliśmy przerażeni. Wilki płynęły najszybciej, jak tylko mogły. Mack był trochę szybszy i był już na brzegu. Chciał nam jeszcze jakoś pomóc, ale wszyscy wiedzieliśmy, że nie da rady. Rzeka była potwornie głęboka. Blade i my byliśmy już bardzo blisko. Wtedy wąż zniszczył krę. Ja i Deyah wpadliśmy do wody. Złapałem ją za ogon i pociągnąłem w górę, żeby ktoś ją złapał. Blade był już z Mackiem. Głowa Deyah była widoczna i lekko oddalona od brzegu wyspy. Mack wyciągnął ją. Opadałem coraz bardziej na dno. Leżałem już na piasku ledwie znosząc parzącą wodę. Powoli wszystko robiło się czarne. Ostatnim widokiem był wilk wampirzy, który płynął do mnie z dużą prędkością. Wszystko stało się czarne, ale Mack szybko wyciągnął mnie z wody. Po minucie znów byłem przytomny. Wilki myślały, że się utopiłem, ale cieszyli się, że żyję, kiedy Mack mnie wyciągnął. Ruszyliśmy w dalszą podróż, ale ten wilk wampirzy z wody długo mnie martwił, co w ogóle mnie nie przejdzie.

Od Lucky'ego: Wspomnienia

Pamiętam te czasy, w których bawiłem się z rodzeństwem i z Zuko.
To były czasy. Po rozmyślaniu postanowiłem wybrać się na dłuższy spacer do parku, czas płynął powoli, spotkałem Shairsę:
-Witam, jestem Shairsa.Widziałam cię, jak rozmawiałeś z Navi. Znacie się?
- Cześć, jestem Lucky, Navi znam z dzieciństwa, kolegowałem się z Zuko, ona była jego kumpelą.
- Czyli też znasz Zuko!
- Tak.To mój przyjaciel.
Rozmawialiśmy długo. Potem wróciłem do watahy, spotkałem tam dwa szczeniaki, bawili szczenięta, potem spotkałem Navi:
- Cześć, czy wiesz, kogo są te szczenięta?
- Tak, to szczenięta Zuko.
- Naprawdę? Nie wierzę.
Po rozmowie poszedłem do legowiska i usnąłem, nie pamiętając kiedy.

Od Odalis: Ciąg dalszy rozmowy z Navi

- Wierzę ci... - powiedziałam cicho. Na samą myśl o mojej Ches ściskało mi się serce. - Wiesz, czasem się martwię, że... że ona... nie... żyje...
- Na pewno żyje, ona jest silna... Poradzi sobie, zobaczysz...
- Mam nadzieję...
- Odalis, posiłek się zaczyna - wyrwał nas z rozmowy Max.
- Chodź, nie chcemy się spóźnić, nie? - Zmusiłam się na uśmiech.
Resztę dnia spędziłam na szukaniu Hirika. Dawno go nie widziałam, tak samo Dangerousa... Gdzie oni są?

Od Marchesy: Przełamanie lodów


Dni mijały nam na wspólnych spotkaniach i polowaniach z Wewnętrznymi. Nigdy jednak tam, gdzie w miłej atmosferze żartowałyśmy z wilkami, nie było szamana watahy, Starego Wilka. Kontakty z nami ograniczył do kilku niezbędnych słów przy posiłkach i choć zdarzało mu się pogawędzić z innymi, do naszej trójki zachowywał dystans.
Przygnębiało mnie to. Nie po to walczyłam trzy miesiące z dala od rodziny, by teraz wracać bez Starego Wilka, ale wszystko wskazywało na to, że ewentualna prośba o przysługę zakończy się porażką.
Próbowałam wszystkiego, a Shadow i Fever pomagały mi w tym, jak tylko mogły. Składawałyśmy szamanowi podarunki, wychwalałyśmy jego moc, a nawet robiłyśmy z siebie fajtłapy i nigdy nie korzystały ze swoich żywiołów, bo jeśli to prawda, co mówił Chever, że Stary Wilk boi się, iż jesteśmy potężnymi szamankami, to chciałyśmy go przekonać, że jest inaczej.
Pewnego wieczoru wilki usadowiły się przy ognisku w zacisznym, osłoniętym miejscu. Noc była cieplejsza niż zwykle, nie wiało. Płomienie oświetlały złociście pyski zgromadzonych. Panowała radosna atmosfera. Wszyscy byli w pogodnych humorach, gdyż polowanie dobrze się udało. Szaman siedział wraz z nami, ale nieco z boku, ustawił się jak najdalej ode mnie.
Właśnie opowiadałam o naszej wojnie z Wilkami Pełni w Magicznej Dolinie. Nasze przygody wyraźnie zajmowały słuchaczy.
- I wtedy Cheryll zapytała naszego szamana, Exaliosa, czy nic się już nie da zrobić. Niestety, Hayley już...
- Zaraz - przerwał mi Stary Wilk. To, że odezwał się w końcu do MNIE, zbiło z tropu. - Wasz szaman to Rudarciste? Exalios Rudarciste z Białej Puszczy?
- Eee... nooo... tak - wydusiłam w końcu. - Ale po raz pierwszy słyszę, żeby ktoś nazywał go Rudarciste. Nigdy się nie przyznawał do takiegooo...
 - Przydomka - dokończył za mnie szaman i zapatrzył się w zadumie w przestrzeń. - Najzdolniejszy wilczak w całej Watasze Zmierzchu. Syn Laushy i Erisa Rudarciste. Mój najlepszy uczeń.
- Uczyłeś Exaliosa?! - wykrzyknęła Fever.
- Ciszej - powiedział łagodnie. - Coś niewiele o nim wiecie, choć mienicie się jego przyjaciółmi, ba, złamał nawet dla wilczycy szamański celibat!*
- Zawsze był zamknięty w sobie - odparłam, chcąc odbiec od drażliwego tematu.
- Tak, tak... no nieważne, opowiadaj dalej o tym Hayleyu - tym Stary Wilk zakończył naszą pierwszą rozmowę.
Nie wiem, jak imię Exaliosa na niego zadziałało. Jakoś to wydarzenie go odblokowało i zmienił się. Mogłam już przychodzić do niego. Długimi wieczorami dyskutowaliśmy o magii. Szaman miał dużo większą wiedzę niż Coamh; opowiadał o niewiarygodnych zjawiskach i często wydawało mi się, że zmyśla, dopóki mi tego nie pokazywał. Umocnił we mnie przekonanie, że jest naprawdę potężny. Ponadto stał się dla mnie bliskim towarzyszem i czułam, że w końcu będę mogła go poprosić o przybycie do Doliny.

*Zakaz zakładania rodziny, obowiązuje on także naszych księży.