Wchodzisz na tego bloga z sentymentu czy przypadkiem? :>

środa, 30 kwietnia 2014

Podsumowanie miesiąca (kwiecień 2014)

O, moi drodzy, czy były kiedyś takie czasy, że jedynie jedna wilczyca dołączyła? Nieistotne. Gorące brawa dla Rin!

Wataha powróciła do Doliny i pozaglądała do wszystkich zakamarków.
Arashi i Nightmare przebywają w watasze tej pierwszej i poznają wszelkie tajemnice i nie tajemnice.
Kari, Blue i Nesso zakończyli sprawę z kanibalami i wrócili, ale już bez Daisy. Retina również jest już z nami, ale przypełzły za nią kłopoty - o tym później.
Odalis dowiaduje się co nie co o swoich dzieciach. Moon i Crentatch mają syna Mayona, a Dark świetnie sprawuje się jako szaman w Watasze Mroku.
Życie toczy się dalej. Jest zabawa nad Jeziorem, jest i kąpiel w Jaskini Hayleya.
A Retkę odwiedza jej intrygujący brat Stark o dość mrocznej przeszłości.
Ale żyje się dalej! Marchesa gawędzi ze Swizzem, Beta znajduje truchło w lesie...
Wróć. Czy było już powiedziane, że Grape zakochał się w Violili i mieszka ze swoją córeczką Nalive?
Nie? Przykre. Bo właśnie ciało Violili, a jak się następnie okazało, Evil, córki Evilana, znaleziono w dziczy.
I tak oto pora na następną przygodę! Evilan powraca pod postacią swojej uroczej wnuczki, a wilki z Magicznej Doliny muszą uporać się z kolejnymi problemami.

Z Jadalni pozdrawia Was Beta Odalis 
sprzeczająca się z Retiną, ile jest odcieni fioletu.

Od Odalis: Wpadka... Na Ryuukiego

Przechadzałam się po lesie. Nie mogłam poukładać sobie myśli. Ostatnie wydarzenia... Przytłaczały mnie. Ale nie miałam też siły nad tym rozmyślać.
- Au! - Poczułam, że w coś uderzam.
 - Przepraszam, Beto - wyszeptał przestraszony wilk.
Spojrzałam w dół.
- Nie, to ja przepraszam - odparłam i zeszłam z Ryuukiego. - Gdzie idziesz? - zagadnęłam.
- Ja... Pomyślałem, że... Wejdę na Harwene. Nigdy tam nie byłem - odpowiedział już pewniej.
- Może pójdziemy razem?

Dokończy Ryuuki. :3
(Exalios, nie, to nie randka XD.
Chcę, żeby Ryuuki wreszcie coś napisał c;).

wtorek, 29 kwietnia 2014

Od Retiny: Rzeka Prawdy

To dziś. Dziś pójdę nad Rzekę Prawdy.
Zżerała mnie ciekawość, co tam zobaczę. Cały dzień próbowałam się zająć czymś sensownym i skończyłam na przewalonym drzewie oprawiając jakieś skóry. Zawsze się przydadzą.
Nim się obejrzałam, zapadła noc. Uradowana jak dziecko, zapomniałam o troskach i poszłam w kierunku wody. Po chwili zamajaczyły nade mną kolorowe zorze i poczułam zew. Kolorowa tafla lekko falowała, zwyczajnie, ale pod tym pozorem kryła się pradawna moc.
Wkroczyłam, przyciągana dziwną siłą. Otoczyła mnie woda, jak gdyby nigdy nic, po czym coś mnie wciągnęło pod powierzchnię. Do mojej głowy napłynęły obrazy, słowa, szepty i poczęły rozsadzać mi mózg. Zniosłam to, walcząc jednocześnie o oddech. Jednak po chwili nie musiałam. Mogłam oddychać pod wodą, przez ten jeden moment. Niesamowite. Wreszcie urywki wspomnień przestały mnie nawiedzać, ale za to dostałam piorunem po głowie, a jedyne co po tym zobaczyłam to demon, jakiś wilk ociekający krwią swego brata, który zginął w agonii. Wyglądał trochę jak... Renx! W tym momencie wizja znikła, ale w myślach wciąż widniał obraz mojego kuzyna. Nie, to nie może być. Nie!
Wypłynęłam by zaczerpnąć powietrza. Gdy wyszłam na brzeg wszystko było takie samo. A nie powinno.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wyniki konkursu "Wielki Powrót"!

No cóż, muszę przyznać, iż ciężko było nam z Marchesą wyłonić zwycięzców.
Na pierwszy ogień kategoria wiersz!

I miejsce 8 Punktów
Via

II miejsce 6 Punktów
Night

III miejsce 4 Punkty
Kari

I to właściwie tyle osób brało udział. Gratuluję Wam, dziewczyny! :)

Teraz pora na rysunki. Naprawdę, trudno było wybrać kogoś z tej piątki, ale udało się.

I miejsce 8 Punktów
 Ryuuki

II miejsce 6 Punktów
 Arashine

III miejsce 4 Punkty 
Shante

A dla Retiny i Ajaxa mogę dać po symbolicznym Punkciku za chęci. :)

Mam nadzieję, że zarówno poeci jak i graficy? są zadowoleni. Niedługo otrzymacie Punkty.


Edit: Via i Ryuuki, napiszcie proszę w komentarzu, czy wyrażacie zgodę na zamieszczenie Waszych prac w zakładce "Nasze Prace".

Z Magicznej Doliny pozdrawia Was Beta Odalis,
słuchająca najróżniejszych historii, jak właściwie powróciliśmy do Doliny. 

Od Odalis: Grape, tłumacz się!

- Co masz na swoją obronę? - Marchesa wbiła wzrok w Grape'a.
Zawstydzony samiec spuścił wzrok.
- Nie wiedziałem o tym - wyszeptał.
- Ale wiedziałeś o wielu innych, których nie raczyłeś nam powiedzieć - Marchesa nie odpuszczała. - Czemu Violila chciała ukraść nam Flet?
- C-co? I skąd macie Flet? On... Wrócił?
- Marchesa, to nie ma sensu. On nic nie wie - stwierdziła Kari.
- Nie. Może znać informacje, które tylko z pozoru są nieistotne - odparła Alfa.
Biały wilk westchnął.
- Violilę poznałem mniej więcej w lutym. Już podczas walki z Ognistymi wiedziałem, że coś do niej czuję, ale dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że to miłość. W połowie stycznia urodziła naszą jedyną córkę - Nalive. Przyjęła przydomek po mnie, bo Violila nie znała swojego. Nal rosła, podczas gdy Dolina wracała do życia. Byliśmy szczęśliwą rodziną. Potem wróciliście wy. Nalive i Violila zrobiły się nerwowe. Vio powiedziała, że taka ilość wilków może zestresować małą po miesiącach bez obcych. Kilka dni później... Vio zniknęła.
- Chciała ukraść nam Flet i zabili ją Strażnicy. Ale jakie miała powody? - zastanawiała się moja siostra.
- Violila to Evil. Córka Evilana - wtrąciłam.
- Skąd wiesz? - Wszyscy spojrzeli na mnie.
- Wyczytałam w myślach Nalive, podczas gdy wy słuchaliście przejmującej historii - odpowiedziałam. - Zresztą, sami spójrzcie.
Odwróciłam się. Nalive nie było.
- Uciekła! - krzyknęła Kari i chciała pobiec jej szukać.
- Stój - zatrzymała ją Marchesa. - Sama nie dasz rady. Przecież to wnuczka Evilana!
- Pozwólcie mi sprostować - weszłam jej w słowo. - To Evilan. Opętał ją. Przejął jej ciało, aby wrócić na Ziemię. Jest mocny jak wcześniej, ale teraz ma jedną słabość. Ma ciało Nalive na zawsze. Nie może go opuścić. Jeśli ciało zginie, on też. A to oznacza, że można go zabić.
- Skąd ty to wszystko wiesz? - spytał z uznaniem Grape.
- A mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Szperałam w jej myślach. A tak inną drogą, Violila wybrała imię dla córki? - rzekłam.
- Tak, a co?
- Powiedz "Nalive" od tyłu.
Zapadła cisza.

Od Retiny: Moni i Netrel

Moni i Netrel wrócili z wyprawy. Wiem to, bo właśnie na nich patrzę.
- Hej! - krzyknęłam.
- Hej - odpowiedział Netrel ciepło. - Retino, pogadamy?
Przytaknęłam i udaliśmy się do jaskini.
Nie weszliśmy do ukrytej części, choć wiedział o niej.
- No więc... - westchnął. - Nadszedł na mnie czas. Bardzo nie chcę stąd wyjeżdżać. Zacząłem się niedawno zastanawiać... Strasznie mi się tu spodobało. Na wyprawie patrzyłem co jest dookoła Doliny. Gdy zbliżylem sie do Rozlewisk, przedemną wyrosła spora skała. Ja chcę się tam osiedlić. Z Moni. I chcę żebyś nas odwiedzała - uśmiechnął się. - Ja też nie omieszkam.
- Jasne. Fajnie, że nie odchodzisz.
- Póki co nie, ale nie wiem co za rok, dwa. Muszę wyrównać porachunki z bratem. Miałem go na tak krótko - w jego oczach zamajaczył ból. - No cóż. A co u ciebie?
- Robię eliksir z tajemnego przepisu, spotkałam wilko-syrenę i mam iść do jakiejś Rzeki Prawdy dowiedzieć się czegoś ważnego. Normalka. Może przejdziemy się do ciebie?
- Jeśli chcesz.
Ruszyliśmy. Droga była prosta, prowadziła przez bujne, zielone pola, a gdzieniegdzie przez przerzedzony las. Po 15 minutkach doszliśmy do sporej skały obrośniętej mchem, z małą olchą na szczycie. W dole ktoś, a raczej Netrel, wykopał jamkę na dwa wilki.
- Ładnie tu macie.
- No.
Potem Net zabrał mnie na małe polowanie i odprowadził do domu.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Od Odalis

Nie wierzyłam własnym oczom. Szpieg to mała wilczyca Nalive! Ta mała, fioletowa córeczka Grape'a.
- Czemu nas podglądałaś? - zapytałam szczeniaka.
Milczała.
Dowiedzieć się czegoś od niej próbowała również Marchesa, niestety na marne.
- Nie ma innej rady. Idziemy do Grape'a - powiedziała Alfa.

Ciąg dalszy tej fascynującej przygody później,
bo zapas weny wyczerpany. |D

Od Kari: Nieudana wyprawa i szpieg

Wstałam rano i przypomniałam sobie, że droga do Czerwonych Skałek jest już bezpieczna. Zostawiłam Blue'owi wiadomość i wyruszyłam. Szłam, a obok mnie płynęła Kryształowa Rzeka. Po godzinie drogi usiadłam pod drzewem, aby odpocząć. Czułam się jakby ktoś mnie ciągle obserwował. Nagle usłyszałam szelest. Podeszłam do krzaków, lecz nie zastałam tam nikogo, tylko na ziemi zobaczyłam odciski łap. Nie łap dorosłego wilka, tylko... szczeniaka! Może był w wieku moich dzieci, może trochę starszy. Poszłam jego śladem. Po kilku minutach zobaczyłam pień, a w nim szczeniaka. Nie zdążyłam mu się przyjrzeć, bo gdy tylko mnie zobaczył pobiegł przed siebie. Stałam się niewidzialna i ruszyłam w pogoń. Po kilku minutach dogoniłam szczeniaka i złapałam za kark. Wyrywała się i piszczała (zrozumiałam, że to ONA). Postanowiłam wrócić do Doliny. Młoda kilka razy próbowała się uwolnić, ale trzymałam ją mocno.

***

- Szłam do Czerwonych Skałek, a ona mnie szpiegowała - powiedziałam Alfie.
- Gdzie ją znalazłaś? - zapytała.
- Około godzinę drogi w stronę Czerwonych Skałek.
- Aha.
Do jaskini wbiegła Odalis.
- N-Nalive?! - krzyknęła.
- Co? - zapytałam zdziwiona.

Dokończy Odalis.
Proszę, napisałam, że czuję się śledzona. C;

Od Odalis: Strażnicy

Szukaliśmy intruza aż do zapadnięcia zmroku. Potem uznaliśmy, że nie ma sensu szukać go w ciemnościach.

*

Przyszli następnego dnia.
Znałam ich tylko z opowieści Retiny. Nawet w ułamku nie oddały tego, co ujrzeliśmy.
Mroczni, czarni, potężnie zbudowani. Nie wahali się ani przez chwilkę. Można powiedzieć, że są brutalni. I agresywni.
- Oddajcie Flet - powiedział Strażnik na czele ich grupy.
Siedzieliśmy w Jaskini Narad. Ja, Marchesa, Retina i Exalios, jako spec od spraw magicznych.
Retina nie wyglądała na zadowoloną. No tak, Marchesa opowiadała mi, że chciała Flet przed nimi ukryć. No cóż. Nie wyszło.
- Czemu właściwie mamy to zrobić? - powiedziała w końcu Retina.
- Ukradłaś go - wtrącił się inny Strażnik.
Przywódca milczał, aby jego słowa nabrały większej wagi.
- Chcecie skończyć jak ta fioletowa w lesie? - wycedził.
Zadrżałam. Violila... Więc to tak. Ale jaki miała interes z Fletem?
- Czemu ją zabiliście? Przecież to my mamy Flet - stwierdził ostrożnie Exalios.
Ret milczała. Reszta watahy nie została poinformowana o truchle w lesie.
- Tak jakoś wyszło - rzekł od niechcenia. - Chyba chciała wam go zabrać. Ale nie przyszliśmy plotkować tu o głupstwach. Oddawać Flet albo poleje się krew.
Spojrzeliśmy na Marchesę.
- Co z nim zrobicie? - spytała. - Zamknięcie Portal?
- Dostaliśmy zadanie pilnować Fletu i zostanie z nami do końca świata - odpowiedział Strażnik.
W końcu Alfa niechętnie się zgodziła.

Od Nightmare: Nowe smocze doświadczenia

Nie mogłem dłużej tak stać bezczynnie. Rzuciłem się na jednego z nich, ale ten drugi przycisnął mnie do ziemi, jednak ja go kopnąłem i znów się uwolniłem. Wykorzystałem tą chwilę, aby pomóc Arashi, lecz nadaremno. Obaj odwrócili się w moją stronę i chcieli na mnie skoczyć, ale mi do głowy wpadł pewien pomysł. Użyłem mocy samozapłonu, a oni się wycofali i poszli w stronę Arashi! Nie, nie o to mi chodziło! Zaraz jednak zauważyłem, że w stronę wadery zmierzali obaj, a teraz nie widziałem tam tego drugiego. Nie musiałem długo myśleć, gdzie on jest, gdy nagle coś rzuciło się na mnie, próbując zatopić w moim ciele kły, lub pazury. Na szczęście nadaremno, bo szybko się uwolniłem. Zaraz potem coś rzuciło mną z ogromną siłą o drzewo. Zacząłem zwijać się w kłębek z bólu. Widziałem tylko jak mój przeciwnik, który rzucił mną o drzewo, podchodzi do mnie, aby sprawdzić, czy zadał mi potężny cios, że nie będę mógł się pozbierać, a potem podążył, aby pomóc drugiemu. Próbowałem się podnieść, ale ten drugi podbiegał i uderzał we mnie łbem. Sytuacja powtarzała się dwa razy, a za trzecim razem, zrobiłem unik i to on miał uderzyć mocno łbem w drzewo, ale udało mu się jakoś tego uniknąć, po czym skoczył na mnie i unieruchomił mnie. Zaraz potem usłyszałem skowyt biednej Arashi. Teraz miotały mną różne uczucia, czyli złość, smutek oraz żądza krwi. Zaraz potem zamknąłem oczy czekając na mój koniec, kiedy nagle poczułem pewne zmiany w moim ciele, oraz wyczułem lęk przeciwnika. Kiedy otworzyłem oczy, ujrzałem siebie w innej postaci, smoczej postaci. Stanąłem na dwóch łapach, zamachałem łapami i znów przyjąłem pozycję normalną. Machnąłem mocno moim ogonem i uderzyłem w nich. Nagle straciłem kontrolę nad moją smoczą postacią. Uwięziony pod kontrolą tego co sprawił, że posiadam tą moc. Spojrzałem się w stronę dwóch dręczycieli. Stawiałem kolejne kroki w ich stronę. Podczas kiedy stracę kontrolę staje się większy, ogromny! Stałem się większy od mojej poprzedniej postaci. Za każdym razem kiedy tracę kontrolę stając się większym, wydłuża mi się też ogon, szyja, a skrzydła robią się większe i "poszarpane". Oni podbiegli do mnie, ale ja machnąłem ogonem niczym biczem, przez co tamci poturlali się do tyłu. Znów podbiegłem do nich i uderzyłem ich jednym skrzydłem, ponownie przeturlali się. Znów machnąłem ogonem, ale oni uciekli. Znów do nich podbiegłem, ale ja machnąłem ogonem, przeturlali się nie daleko i znowu powtórzyłem ten ruch. Przeturlali się przede mnie, więc ja chciałem ich uderzyć łapą, ale oni uciekli. Podbiegłem do nich i uderzyłem ich skrzydłem. Potem próbowałem uderzyć ich drugi raz drugim skrzydłem, ale mi się nie udało, więc ogon musiał wejść do gry i się udało.
- To takie smutne, że to musi się tak skończyć - zaśmiałem się złowieszczo.
Oni obaj na mnie skoczyli ze złości, ale ja ich odepchnąłem i zaliczyli twarde lądowanie.
- Teraz... gdzie ja jestem? - powiedziałem.
Błyskawicznie znalazłem się przed nimi, aby zadać im ostateczny cios.
- Hmmm! Czy wy przypadkiem nie jesteście tymi dzielnymi wojownikami? - powiedziałem chwytając jednego za pysk.
Zaraz potem go puściłem, ale oni odskoczyli. Staliśmy daleko od siebie oddaleni, ale ja w końcu coś powiedziałem:
- W tym miejscu to się skończy!
- Odszczekaj to! - wrzasnął jeden z nich.
- Tym razem nie będzie litości! - wrzasnąłem.
Oni rzucili się na mnie, ale wystarczyło jeden raz ich uderzyć biczo-ogonem, ale oni jakoś utrzymali się na nogach. Wzniosłem się metr nad ziemią i mocno wylądowałem, na co oni się zachwiali. Miałem tego dosyć! Wzbiłem się w powietrze i zacząłem ziać ogniem w stronę gdzie oni przed płomieniami uciekali. W końcu wylądowałem i w dziwny sposób ogień znikł. Podbiegłem do nich i uderzyłem łapą, a potem skrzydłem. Oni zaczęli uciekać, a ja ich gonić. W końcu zmęczyłem się, bo biegli oni w kółko, więc ponownie wzbiłem się w niebiosa i zacząłem atak ogniem. Po zakończeniu mocno wylądowałem przed nimi, przez co oni potoczyli się do tyłu. Użyłem ataku ogonem, ale potem oni mnie otoczyli, zataczając wokół mnie koło i już mieli na mnie skoczyć, kiedy ja wzbiłem się w powietrze, oni zderzyli się głowami, a ja wylądowałem, odpychając ich na boki. W końcu dopadli mnie i zatopili we mnie swoje kły, po czym odskoczyli. Doznałem ogromnego bólu i nagle podleciałem w górę, a wokół mnie zaczęły gromadzić się jakieś "czerwone światełka" i ja sam okryłem się skrzydłami, a jak je otworzyłem w zasięgu kilku metrów przeszła fala ognia. Nie wiem do czego służyła, ale poczułem się silniejszy, tak samo dwa wilki. Nagle z mojego pyska wyleciała kula ognia, która po zetknięciu się z ziemią wybuchała, lecz nie zapalała terenu. Oni jednak zaznali smoczych mocy! Chyba ich... zaraziłem? Ja rzucałem ognistymi kulami, a oni jakimś promieniem osłabiającym. Nie było to dla mnie korzystne, kiedy nagle wyrosły im w dodatku skrzydła, ale na szczęście i tak ich nie używali. Ja spluwałem ogniem, a oni zawsze we mnie trafiali i tak to się ciągnęło. Jako iż byli oni teraz spokrewnieni ze smokami coś się z nimi stało... O nie! Wokół nich zaczęły się pojawiać te "czerwone światełka"! Przed nimi pojawiała się wielka kula tej materii i zaraz wyleciały z niej purpurowe wielkie światła, które zaczęły mnie atakować, przelatując przez moje ciało. Atak trwał bardzo długo, a było ich z jedenaście! W końcu straciłem przytomność i ogromny smok opadł na ziemię z hukiem. Spojrzałem się byle gdzie i zauważyłem jak oba wilki, które mnie zaatakowały, tracą skrzydła i wszystkie smocze moce i powoli zamieniają się w pył, aż w końcu znikają na zawsze. Zaraz potem widziałem też podbiegającą do mnie Arashi, ale ja wtedy rozbłysłem światłem i szybko bez jakichś ceregieli przemieniłem się w wilka i straciłem przytomność.

Arashi? Co ze mną? I co z Lyfem? Czy te wilki jednak powrócą?

Od Retiny: Szmaragdowe Jezioro

Słońce zalało mi twarz, nie racząc zasłonić się chmurą.
W słoneczne dni każde zwierzę, ktokolwiek jest szczęśliwszy przynajmniej o pół stopnia w skali dobrego samopoczucia.
Tak więc weselsza o tą połówkę uśmiechnęłam się w samotności do słońca. Reszta wilków gdzieś się szlajała, więc wykorzystałam samotność i rozłożyłam się na Skale Reimond. Moja głowa spoczywała na skraju kamienia, a oczy były skierowane w ciemną toń.
Nadal było tu wiele do zwiedzania, ale póki co zajęłam się składnikami do eliksiru. Miałam już całkiem sporo, jednak nawet ja potrzebuję chwili sam na sam w spokoju.
Zaczynało być naprawdę gorąco, a jeszcze siedziałam w słońcu, więc bez dłuższych zastanowień zsunęłam się do wody. Otoczyło mnie przytulne zimno, w którym rozpoczęłam lawirowanie pomiędzy skałami.
Skała Reimond była moim ulubionym miejscem w jeziorze. W wodzie koło niej leżało wiele kamieni, między którymi świetnie się pływało. Może nie byłam najlepszym nurkiem, ale umiałam na całkiem długo wstrzymać oddech.
Złapałam powietrze i dałam nura. Słońce rozjaśniało wodę, ale i tak widoczność była ograniczona. Cieszyłam się, że tak mało wilków zna to miejsce.
Tak minęło mi następne półgodziny, po czym wypłynęłam na głębsze wody.
- Witaj! - usłyszałam dobroduszny głos.... Syreny-wilka.
- Ekhem, witam. - Z mojego pyska wyszły tylko bąbelki, podczas gdy jej głos słyszałam bardzo dobrze.
- Oh, widzę, że nie widziałaś nigdy syreny. Nie będę cię niepokoić - rzekła i odpłynęła z uśmiechem.
Nagle coś mi się przypomniało - jednym ze składników eliksiru była łuska z syreny! Wynurzyłam się na chwilę, po czym spróbowałam włączyć swoją szybkość, ale w wodzie wyglądało to jakbym się potykała. Popłynęłam normalnie, ale i tak udało mi się ją złapać.
- Hej! - wybełkotałam, przez co musiałam się wynurzyć.
Syrena także się wynurzyła.
- Nie chcę być nie grzeczna czy coś, ale czy mogłabyś mi dać swoją łuskę? - spytałam prosto z mostu z grymasem na twarzy.
Spojrzała się na mnie z ukosa podejrzliwie, po czym uśmiechnęła się rzuciła mi łuskę i powiedziała:
- Okej.
Chciała już odpływać, ale rzuciła:
- Powodzenia przy robieniu eliksiru!
- Skąd wiesz? - syknęłam.
- Czytam w myślach - uśmiechnęła się. - Nie dałabym mojej łuski byle komu. Idź do Rzeki Prawdy - dodała i znikła.
Ja wróciłam na skałę dalej myśląc o swoim życiu, do którego trzeba było dodać wycieczkę nad Rzekę Prawdy. Ech... Dużo tych spraw się zebrało.

sobota, 26 kwietnia 2014

Wilczątko Mines

Imię: Mines (czyt. Majnes)
Płeć: samiec
Rodzina: przybrany ojciec Ajax
Żywioł: ziemia
Umiejętności: potrafi sprawić, że rośliny zakwitają i wydają owoce itp., małe zwierzątka nie boją się go
Opis: Jest miłym, ale dokuczliwym szczeniakiem. Jest go po prostu WSZĘDZIE pełno. Nie lubi bawić się ze szczeniakami, lubi roić im żarty. Niektóry mówią, że nie da się z nim żyć.

piątek, 25 kwietnia 2014

Od Ajaxa

- Nooo… Możesz tu zostać, ale nie musisz. Bo masz pewnie jakieś sprawy… - mruknąłem.
- Więc zostaję.
- Ale nie musisz – powiedziałem szybko.
- Ale ja chcę... – powiedziała.
- No dobrze, ale zawsze możesz iść…
Po chwili zasnąłem. Nie za bardzo pamiętam snu. Wiem tylko, że był on dziwny. Kiedy się obudziłem, Shante nie było, dopiero po chwili wróciła z zającem.
- Zjedz go – podsunęła go do mnie.
- Nie, dzięki. Lepiej, żebyś ty go zjadła.
- Jedz go! No dalej! – podsunęła go do mnie jeszcze bardziej z uśmiechem.
Zjadłem więc trochę, ale nie chciałem więcej. Wtedy strasznie rozbolała mnie głowa. Świat się rozmazał, a ja padłem.

Shante? Czy ja umieram? ;-;

czwartek, 24 kwietnia 2014

Od Odalis

Powąchałam zaschłą krew. Przyjrzałam jej się dokładnie jeszcze raz. Dostrzegłam kilka włosów czarnych i białych.
- To krew tego intruza, którego ścigałam ze zwiadowcami - powiedziałam do Blue'a i Night. - Dziękuję wam, możecie wracać do obowiązków.
Zawiedzeni wrócili do Legowisk - liczyli na coś więcej. Ja również powoli udałam się do swojej jaskini. Tymczasem udało mi się dowiedzieć więcej informacji na temat drugiego szpiega od Exaliosa. Jest mały, mniej więcej wzrostu Asmina. Exalios obiecał pokręcić się jeszcze po Legowiskach, ale wyznał mi, że to już bezcelowe. Prawdopodobnie ów szpieg już do nas nie zajrzy. Wie, że go wykryliśmy.
Została jeszcze kwestia tego dorosłego. Czego chce? Jakie ma zamiary? Nie dowiemy się tego, jeśli będzie uciekał. Musimy użyć fortelu.

*

- Przy Kryształowej Rzece krąży jakiś intruz - powiedział Mroczny.
- Prowadź - rzekłam tylko.
Lecieliśmy w milczeniu. Gamma zaprowadził mnie do miejsca, gdzie leżała martwa młoda łania. Wyglądała, jakby ktoś ją jadł, a potem porzucił pośpiesznie.
- Idziemy tropem? - spytał.
- Ty szukaj śladów, ja będę patrzyła na boki, aby nas nie zaszedł - rzekłam.

Mroczny? Brak weny... :<
Rin, zawsze możesz napisać. c;

Od Shante

Zostałam przeteleportowana do jego jaskini. Pomogłam mu dojść do jego legowiska, rozejrzałam się i przykryłam go jakąś drugą skórą.
- Naprawdę nie trzeba... - mówił.
- Ćśśś! Najwyższy powiedział, że mam się tobą zająć, a ty odniosłeś straszne obrażenia, muszę ci pomóc.
On tylko uśmiechnął się i wtulił się w jego miękkie legowisko. Zapytałam się jeszcze go czy jest głodny, w odpowiedzi otrzymałam "nie", a kiedy zapytałam się gdzie on ma swoje zapasy, odpowiedział mi. Zajrzałam do tego miejsca, ale ujrzałam tam tylko dwa zające, jedną rybę i tyle
- No... przydałoby się trochę te zapasy uzupełnić - powiedziałam.
- Już idę - powiedział.
- Nie! Nie! Nie! - poderwałam się. - Nie ruszaj się stąd, ja pójdę.
- Ale Sha...
- Mówiłam ci Ajax, to ja idę - powiedziałam i wybiegłam.
Pobiegłam do najbliższego lasu, znalazłam niezbyt wielkie stado jeleni, a gdy tylko jedna sarna oddaliła się od stada, będąc niewidzialna zaatakowałam ją. Swoimi kłami przegryzłam jej tylną prawą nogę, więc unieruchomiłam ją. Kiedy przegryzłam jej krtań, powlekłam ją do jaskini Ajaxa, nie używając już mojej mocy. Kiedy byłam kilka metrów od jaskini, zauważyłam tam ślady krwi i Ajaxa przed wejściem. Z pyska wyleciała mi sarna i podbiegłam do samca.
- Zwariowałeś?! - krzyknęłam.
- No, przepraszam, ale... - zaczął.
- Ale? - spytałam. - Chodź, pomogę ci - powiedziałam.
Jak powiedziałam, tak też zrobiłam, pomogłam mu dojść do legowiska, a potem dowlekłam tam sarnę.
- Spora... - skomentował Ajax, kiedy przyszłam razem z sarną, cóż, "przyszłam" to delikatnie powiedziane, raczej ciągnęłam ją, bo nie chciała przejść przez otwór do jamy, ale udało mi się, kiedy stanęłam na dwóch tylnych łapach i mocno ją szarpnęłam, po czym wywróciłam się i upadłam na brzuch, cóż, przynajmniej sarna przeszła. Wsadziłam ją do pomieszczenia, gdzie samiec przechowywał zapasy i usiadłam naprzeciwko jego legowiska.
- To... wolisz posiedzieć sam czy mam tu zostać? - spytałam.

Ajax?

Od Mrocznego

Nie mogłem się doczekać dnia, w którym moje dzieci przyjdą na świat!
Gdy dowiedziałem się, że Navi jest w ciąży, byłem prze szczęśliwy. Nie spodziewałem się tego. Myślałem, że omdlenia mojej partnerki był spowodowane przemęczeniem lub jakąś tajemniczą chorobą. Jednak to, co usłyszałem od Exaliosa, było chyba najszczęśliwszą wiadomością, jaką kiedykolwiek usłyszałem. O mało co sam nie zemdlałem z tej całej radości.
Teraz rozpierała mnie energia, której w żaden sposób nie mogłem się pozbyć. Chodziłem w kółko w grocie, co chwila zerkając na coraz większy brzuch Navi. Wiedziałem, że to już niedługo i na samą myśl o moich dzieciach, nie mogłem przestać się uśmiechać. Mój ogon cały czas poruszał się wesoło, gdy kontynuowałem swoją wędrówkę po legowisku. W końcu Navi nie wytrzymała.
- Może pójdziesz coś upolować? - spytała delikatnym głosem, a jej ogon kilkakrotnie uderzył o podłoże. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, poruszając skrzydłami.
- Oczywiście! Już biegnę! - zawołałem radośnie, a potem wybiegłem z groty, kierując się w stronę Kryształowej Rzeki.
Nie chciałem tam polecieć, lecz wysilić trochę mięśnie swoich łap i dotrzeć tam na piechotę. Już po chwili mój oddech przyspieszył, a łapy zaczęły mnie palić żywym ogniem. Nie mogłem jednak zwolnić, bo wiedziałem, że gdy przekroczę barierę bólu, nic już nie będę czuł. Dlatego gnałem dalej, przeskakują nad pojedynczymi kamieniami, który zagradzały mi drogę. Uwielbiałem to uczucie, gdy zimne powietrze łaskotało moją czarną sierść. Mógłbym tak biec i biec bez końca...
Aż wreszcie dotarłem nad Kryształową Rzekę.
Zatrzymałem się kilka metrów od niej, starając się uspokoić oddech. Gdy byłem już całkowicie spokojny, uniosłem lekko łeb i zastrzygłem uszami.Badawczo przyglądałem się płynącej przede mną rzece, w poszukiwaniu jakiejś ofiary. Nie musiałem długo szukać. Zobaczyłem młoda łanię, jeszcze z plamkami na grzbiecie. Na moje szczęście była na tym samym brzegu co ja. Uśmiechnąłem się groźnie, napinając mięśnie łap i przygotowując się do skoku...
Z boku dobiegł mnie jakiś trzask. Zaniepokojona sarna uniosła łeb, a wtedy z krzaków wyskoczył na nią jakiś wilk. Obcy wilk. Na pewno nie należał do naszego stada, bo nie czułem od niego naszej charakterystycznej woni. Samiec był cały czarny oprócz białego podbrzusza. Patrzyłem jak zabija moją ofiarę, a potem zabiera się do jedzenia. Nie mogłem pozwolić na to, żeby intruz panoszył się na naszym terytorium.
Rozłożyłem skrzydła, a potem błyskawicznie wzbiłem się w powietrze. Nie miałem wątpliwości, że czarny samiec mnie zobaczył, ale nie obchodziło mnie to. Teraz to ja byłem górą, bo miałem za sobą całe stado, a on był sam.
A może się myliłem?
Poleciałem prosto do legowiska Odalis, mając nadzieję, że ją tam spotkam. Na moje szczęście biała wilczyca tam była. Wleciałem do groty i bez żadnego przywitania, przystąpiłem do złożenia raportu z Kryształowej Rzeki.
- Przy Kryształowej Rzece krąży jakiś intruz.

Odalis?

środa, 23 kwietnia 2014

Od Blue'a: Poszukiwania

Siedziałem w jaskini i patrzyłem na beztrosko bawiące się szczeniaki. Obok mnie siedziała Kari i uśmiechała się widząc nasze małe dzieci, które już nie były takie małe.
- Blue, chodź szybko - powiedział Skoll, który wbiegł do jaskini. - Musisz nam pomóc.
- OK.
Wyszedłem z Legowiska razem ze Skollem. Przed jaskinią stała Night.
- Co tu robisz? - zapytałem.
- Jestem wilkiem wody, tak jak ty - odpowiedziała.
- Idziemy? - zapytał Skoll.
- Poczekaj! Dlaczego chcesz, żebyśmy z tobą poszli?
- Odkryliśmy jakiegoś wilka, który wszedł na nasze terytorium, goniliśmy go, ale on zeskoczył z Wodospadu Keina. Musicie sprawdzić czy nie ma go w wodzie.
- Przeteleportuję nas - zaproponowałem.
- OK.

***

Szukaliśmy wilka już prawie od godziny. Ja pływałem pod wodą, oddychając dzięki moim skrzelom. Night stała się niewidzialna i pływała na powierzchni.
- Blue! Znalazłam coś! - zawołała wadera.
Wyszliśmy z wody. Night pokazała mi kamień. Zobaczyłem krew.
- Jest ranny - powiedziałem. - Przeteleportuję się do Odalis. Ty tu zostań, OK?
- OK.

***

- Odalis. Znaleźliśmy krew tego wilka.
- Pokaż mi to.
Wróciliśmy do Wodospadu Keina.
- O, tu - Night pokazała Becie ślad.

Odalis, co teraz zrobisz?
Rin, a może nam powiesz co się stało, że krwawisz?

wtorek, 22 kwietnia 2014

Od Odalis: Schizy prawdą?

Obudziłam się w swojej jaskini.*
- Kochanie, Skoll znalazł cię w lesie koło jakiegoś trupa - ni to zapytał, ni stwierdził Exalios.
- Och, to miło z jego strony - powiedziałam i dodałam szybko: - W sensie, że mnie znalazł.
- Co robiłaś z ciałem Violili sama w lesie? - Najwyższy spojrzał mi prosto w oczy.
A, czyli dochodzimy do konkretów.
- Nie wiem. Znalazłam ją... - unikałam jego wzroku. Grape zdradził mu tajemnicę czy nie?
- Ech... - westchnął. - Kochanie, jestem szamanem. Szamani nie są idiotami ćpającymi jakieś ziółka. To są wilki, które muszą być bystre. Bo co, jeśli ktoś otruje ich własny eliksir? Nie ukrywaj niczego przede mną.
- No dobrze. Grape ma córkę.
Mój partner milczał. Milczałam i ja. W sumie, przyjemnie nam się milczało. Przynajmniej mi, bo odezwał się po chwili:
- Opowiedz mi wszystko, co wiesz.
- Grape ma córeczkę, Nalive. Chce nam ją przedstawić, ale później, bo na razie martwi się, że może być za mała. Pewnego dnia matka Nalive zniknęła. Grape nie wie, dlaczego. Na zwiadzie znalazłam martwą Violilę. Zdziwiłam się, ale przypomniało mi się, że pierwsza sylaba imienia matki Nalive to Vio - wyrzuciłam jednym tchem.
- Czemu nic mi nie powiedział? Jestem jego bratem... - pytał się Exalios.
Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas na zewnątrz.
- Beto, Ryuuki twierdzi, że widział jakiegoś szpiega! - do jaskini wpadł Skoll.
- Zawołaj Mrocznego. Idziemy na zwiad. Jeśli to prawda, musi być blisko.
Uśmiechnęłam się. Może nie miałam schiz?
Z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć Exaliosowi, żeby nie rozpowiadał tego bardziej, bo to była tajemnica. No trudno.

*

Dotarliśmy do Jeziora.
- Mroczny, idź w prawo wzdłuż jeziora. Skoll, ty natomiast skręć w lewo. Ja sprawdzę teren z powietrza - powiedziałam do zwiadowców i wzbiłam się w górę.
Obserwowałam uważnie teren. Na pustej ziemi nikogo nie było. Nagle coś zaświeciło pod drzewem na skraju lasu. Wylądowałam i zawyłam.
- Co jest, Odalis? - zapytał Mroczny.
- Patrzcie - wskazałam na dzwonek.
W krzakach ktoś się ukrywał. Odezwałam się telepatycznie do wszystkich żywych istot w moim otoczeniu, bo mogłam się mylić. Nie ma sensu uciekać, brzmiała wiadomość.
Ktoś wylazł z krzaków i zaczął biec. Mroczny krzyknął za nim.
Z otwartym pyskiem obserwowałam pokaz mocy. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Nagle uciekający stał się niewidzialny i skończyło się przedstawienie.
A może jedynie pierwszy akt. Rozpoczęliśmy pościg. Biegliśmy za dźwiękiem dzwoneczków, jakkolwiek to zabrzmi. Dotarliśmy do Wodospadu Keina i wilk skoczył.
Obserwowaliśmy jego lot, aż ciało zniknęło pod wodą.
- Szaleniec - skomentował Gamma.
- A może ma żywioł wody? Lepiej to sprawdzić. Niech któreś z was zleci na dół i sprawdzi teren, a ja pobiegnę po wodnistych. Jeśli moje przypuszczenia są prawdziwe, może siedzieć pod wodą i parę godzin - powiedział Skoll i pobiegł.
- Sprawdzę to. Zostań tutaj - rzekłam i skoczyłam, pozwalając żywiołowi unieść mnie dalej.
Mroczny popatrzył na mnie i odbiegł. Nie miał nastroju na bezczynne czekanie.
Kiedy upewniłam się, że zwiadowcy sobie poszli, wzleciałam do góry. Nie miałam zamiaru ścigać szpiega. Myślę, że to nie jest ten, który nas szpieguje. Pewnie jakiś przypadkowy samotnik.
A prawdziwe zagrożenie może wciąż czyhać w Legowiskach. Muszę powiadomić Marchesę.

Rin? Zgodnie z Twym opkiem zostawiliśmy Cię, chodź przyznam, korciło mnie. :D
Jeśli chcesz mi sprawić przyjemność, napisz, że również czujesz się szpiegowana. To samo do innych. :D
Wszyscy, którzy wystąpili w opku oraz wodniści, dokańczać śmiało. :)

Od Navi: Porywacz


Było już ciemno, ponieważ słońce dawno zaszło. Na dworze było zimno, jednak w mojej jaskini było całkiem przytulnie. Obok mnie leżał Mroczny. Moje powieki zaczęły robić się ciężkie i zasnęłam.
Początkowo, tak jak zazwyczaj to było, nic się nie działo. Była tylko ciemność i nic więcej. Jednak po chwili z tej ciemności zaczęła wyłaniać się jaskinia. Był to jeden z tych snów, kiedy nie masz na nic wpływu i oglądasz wszystko z góry. W kącie nory leżała wilczyca ze szczeniętami, ja i moje dzieci. Mroczny zniknął. Wszystkie szczenięta były ciemne, szare lub czarne. Przytulone do swojej mamy odpoczywały. Ułożyłam je w kupkę, polizałam wszystkie po pyszczku i życzyłam im miłych snów. Kochałam je, a one kochały mnie. Niedługo potem wszystkie szczeniaki zasnęły, a ja zaraz po nich.
Nic się nie działo, tylko od czasu do czasu któreś ze szczeniąt zaczynało się wiercić, jednak zaraz potem nieruchomiało.
Wtem w jaskini pojawił się cień wilka. Duży i masywny wilk stał w wejściu do jaskini, a światło księżyca padało na jego tył. Nie miał dobrych zamiarów. Rozejrzał się wokół siebie, by sprawdzić czy nikt go nie widzi, i powoli wszedł do jaskini. Za nim ciągnęła się jakaś dziwna szata, połyskująca w świetle księżyca, a jego kroki były niezwykle dostojne. Podszedł do szczeniąt i w tej chwili błysnęły jego złote, ostre pazury. Podniósł jednego ze szczeniaków. Wszyscy nadal spali. Nie wiadomo skąd wyciągnął worek i, och nie, wpakował szczeniaka do środka. Zrobił to samo z pozostałymi. "Nie!" - pomyślałam. - "Matko, on zrobi im krzywdę!" I wtedy przerzucił sobie moje ciało na swój grzbiet, ale o dziwo się nie obudziłam. Wszyscy spali. I wyszedł z jaskini z triumfalnym śmiechem.
Szybko otworzyłam oczy i rozejrzałam się po jaskini. Byliśmy sami - ja i Mroczny. I nikogo więcej. A, przepraszam, i nasze dzieci, ale nadal nie z nami. Słońce już wschodziło, a niebo było zaróżowione.
"Jejku, co za straszny sen..." - westchnęłam w myślach. "A co jeśli tak się kiedyś stanie?" - usłyszałam szyderczy głos w mojej głowie. Zignorowałam to i znowu zasnęłam.

Od Rin: Zwiadowcy


Czerwony wschód słońca. Chmury cieniowane pomarańczą. U kresów lasu... Silny wiatr obijał się o białą maskę z kości. Dźwięk dzwonków na wietrze. Wpatrzyłam się na chwilę w słońce. Jego promienie padały na coraz to większy teren. Wzięłam głęboki oddech i odwróciłam się na pięcie. Swobodnie ruszyłam prosto przed siebie, zagłębiając się w zielony las. Mijałam drzewa... krzewy... ptaki.
Z kamienną twarzą oglądałam wszystko w około. Zwracałam uwagę na każdy szczegół. Ale byłam też bardzo ostrożna i starałam się być jak najcieszej. Nie zostawiać za sobą śladu. Wataha nie może znaleźć mojego tropu.
Dalczego tak mi zależy? Śledziłam tę watahę odkąd przybyła do Qickou. Zamaskowanych krewnych zostawiłam pół roku temu. Szukałam nowego zajęcia. Oni wydali mi się czymś, czym mogłabym zająć swój czas. Ale nie chcę, aby mnie odkryli. Nie po to ciągnę to tak długo.
Szmer. Zatrzymałam sie gwałtownie. Stanęłam jak wryta. Kątem oka spojrzałem w krzew po mojej prawej. Coś wyraźnie się przez niego przedzierało. Był to duży krzew, który z powodzeniem ukryłby dorosłego wilka. Skupiłam się i uaktywniłam Fukushę. I SKOK! Nieco przerośnięty zając wyskoczył tuż przede mnie. Jeszcze w locie, z dziwną szybkością przytwierdziłam ogon zająca do ziemi. Z ulgą wyłączyłam tę moją technikę. Nie ma co marnować energi. Spoglądałam na zająca jak typowa morderczyni. Zając z paniką próbował uciekać. Moje spojrzenie... zimne i obojętne. Ofiara piszczała i wyrywała się. Wypuściłam zwierzę. Uciekło najszybciej jak tylko mogło. "Ten incydent może mnie zdradzić" - pomyślałam natychmiast i patrzyłam jak zając znika w chaszczach. Ruszyłam dalej.
Po chwili zastanowienia, uznałam, że dobrze będzie na te trzy godziny uaktywnić Fukushę. A jednak miałam wątpliowści. Nawet jesli mnie odkryją, zostaje mi jeszcze Iluzja. To będzie korzystnijesze wyjście.
Tak mijały godziny. Dotarłam nad jezioro. Woda połyskiwała wśród promieni słonecznych. Powietrze było wilgotne.
Pozostałam między drzewami. Łatwiej jest się ukryć w lesie niż na pustym terenie z jeziorem. Cofnęłam się o kilka kroków, gdy nad jeziorem pojawiły się trzy wilki. Cała biała wilczyca. Czarny samiec z kruczoczarnymi skrzydłami. I jeszcze jeden. Biały... Ale jednak nie do końca. Nie mam pojęcia jak mam opisać tego biasora. Wadera uzgadniała coś z samcami. Czarny pobiegł na lewo i szybko wzbił się w powietrze na swoich wielkich skrzydłach. Biały pobiegł na prawo. A wadera wyskoczyła wysoko w górę i patrolowała teren z góry. Moja twarz wykrzywiła się w swego rodzaju grymasie.
Zwiadowcy.
"Szlag!" - warknęłam w myślach i wycofałam się. To był moment, kiedy Fukusha była mi potrzebna. Ale z nerwów nie aktywowałam jej. Cofnęłam się na kilka metrów. Wykonałam obrót i z początku chciałam biec przed siebie. Biała wilczyca leciała w moim kierunku, ale jednak nade mną. Jeśli pobiegnę, zauważy ruch. Jeśli zostanę na miejscu, światło zdradzi moją pozycję odbijając się od bransolet na ogonie. Została mi tylko kryjówka. Szybko wbiegłam w najbliższy krzew i skuliłam się najbardziej jak to tylko możliwe. Coś mimo wszystko musiało mnie zdradzić, bo wadera wylądowała zaledwie kilka metrów przede mną. Serce waliło mi jak młotem. Wiedziałam, że zaraz może mnie znaleźć.
Wilczyca zawyła. Oba samce w mgnieniu oka znalazły się obok niej.
- Co jest, Odalis? - spytał skrzydlaty basior ze śmiertelną powagą.
- Patrzcie - Odalis, jak mniemam, skinęła głową na leżący pod drzewem dzwonek.
Natychmiast sprawdziłam, czy mam trzy dzwonki. Przy masce były tylko dwa. Zamyśliłam się i przestałam słuchać o czym rozmawiają. Zaraz mnie znajdą. Będę musiała uciekać. Moi zamaskowani krewni nie przyjmą mnie drugi raz. Przecież to wbrew zasadom! To koniec.
Po chwili, nie przeze mnie krzak zaszeleścił. Odalis chyba się do mnie odezwała. Telepatycznie. Usłyszałam jej głos mówiący: "Nie ma sensu uciekać". Wiedziałam, że ma rację, ale nie chciałam słuchać. Wyszłam w przeciwną stronę z krzewu.
- Ej, czekaj! - krzyknął za mną skrzydlaty.
Odwróciłam łeb i samiec spojrzał mi prosto w oczy. Duży błąd, który może mi pomóc. Technika Ilzuji zadziałała natychmiastowo. Może opiszę, jak to wyglądało pod wpływem iluzji.
Samiec wyskoczył na mnie, kiedy ja cofnęłam się zaledwie o kilka kroków. Wpadł w krzaki i warcząc podniósł na mnie wzrok. Później jakby stałam się setką czarnych szczurów. Wszystkie szczury rozbiegły się na wszyskie strony dezorentując samca. Widać po nim było, że nie ma pojęcia co się dzieje. Ja w tym czasie aktywowałam Fukushę. Biały stał się niewidzialny i ja tak samo. Na tym się skończyła iluzja, bo czarny już mnie nie widział. Pobiegłam za siebie.
Kiedy czarny się ocknął z iluzji cała trójka pobiegła za dźwiękiem. Uciekałam, ale oni deptali mi po piętach. Trwało to jakiś czas. Kiedy przed sobą zobaczyłam wodospad. Bez namysłu rzuciłam się w dół. Ścigający nie poszli za moim przykładem. Zostali na górze. Patrzyli jak spadam, dopóki całkowicie nie zniknęłam pod wodą. Musiałam wstrzymać oddech i chwilowo udawać, że nie przeżyłam. Kiedy dostrzegłam, że wilki odbiegły wynurzyłam się z wody i uporczywie łapiąc oddech wyszłam na brzeg.
Wytrzepałam futro z wody. Jeszcze raz spojrzałam w górę dla pewności. Nie było ich.

Odalis? Jestem ciekawa, co wy tam dalej zrobiliście. ;D
Dokańczaj szybko. ^^

Od Arashine


- To gdzie idziemy? - spytał.
- Najpierw przedstawię cię moim braciom. Co ty na to?
- To ty masz jeszcze jakiś braci? - basior wytrzeszczył oczy.
Uśmiechnęłam się, poprowadziłam go w stronę jaskini Alfy. Po drodze przyglądaliśmy się innym członkom watahy. Minęła krótka chwila, a już staliśmy przed wejściem. Pewnym krokiem wkroczyłam do środka.
- Cześć, Valestil! Widziałeś może gdzieś Lyfa, obiecał mi, że oprowadzi mnie po waszych terytoriach - powiedziałam z uśmiechem i obejrzałam się na Nighta.
Patrzył na mnie pytającym wzrokiem. Był odrobinę spięty, widocznie jeszcze się nie oswoił z tutejszym klimatem.
- Nie wiem, może jest nad jeziorem. Od rana nie wiem, za co się zabrać. Ostatnio mamy trochę problemów ze zwierzyną, chyba będziemy musieli poszukać nowych terenów łowieckich.
- Dzięki i jeszcze jedno, chciałabym ci kogoś przedstawić. To jest Nightmare. Przybył tu ze mną i kilka razy uratował mi skórę - przyznałam szczerze.
- Witaj, jestem Valestil Lunatik, Alfa tutejszej watahy. Wielkie dzięki za pomoc Arashi w dotarciu tutaj i że się nią opiekowałeś. Czasem bywa strasznie niezdarna - odparł mój braciszek.
No, może i jestem czasem niezdarna, ale nie musiał tego mówić przy nim. Popatrzyłam na niego spode łba.
- Nie musisz dziękować, podróż tutaj była naprawdę ciekawa - powiedział uprzejmie basior.
- To my już ci nie przeszkadzamy, braciszku. Powodzenia! - oświadczyłam i ruszyliśmy w stronę wyjścia. Szliśmy spokojnie w stronę małego jeziorka, które już raz rzuciło mi się w oczy. Nie miałam najmniejszego zamiaru zbliżać się do niego na odległość mniejszą niż 5 metrów.
- Ej, Arashi, a tak właściwie kim jest Lyf? - zapytał Night.
- To jeden z trójki moich braci, Valestila już poznałeś, szaman, który ci pomógł to Telanis, a Lyf jest najmłodszy z naszej czwórki i zawsze najlepiej się z nim dogadywałam - mówiłam to wszystko wesołym głosem. - Jak twoja łapa? - spytałam ze szczerą troską w głosie.
- Myślę, że jest już całkiem nieźle. Chociaż trochę dziwnie chodzić na trzech łapach - dodał żartobliwie. Przez całą dalszą drogę rozmawialiśmy o błahostkach i śmialiśmy się z różnych rzeczy. Jezioro było naprawdę śliczne. Jednak nigdzie nie mogłam dojrzeć Lyfa. Nie rozumiałam jego zainteresowania wodą. Moje rodzeństwo tak jak ja posiadało ten sam żywioł, ogień. Widocznie tylko ja przejawiam preferencje do częstego wpadania do wody. Nagle usłyszałam coś, ktoś tu był. Wytężyłam słuch, napięłam wszystkie mięśnie. Nightmare poczuł mój niepokój, jego postawa momentalnie się zmieniła. Wtedy zza krzaków wyskoczyły dwa potężne wilki. Jeden wgryzł się mocno w mój kark, a drugi próbował ugryźć Nighta, ale on zrobił szybki unik. Z mojego gardła wydarło się ciche warczenie, które po chwili przerodziło się w głośny ryk. Zrzucając przeciwnika z pleców przygniotłam go do ziemi, po czym podpaliłam i obróciłam głowę by popatrzeć na drugiego rywala. Posłałam w jego stronę płomień i nagle wylądowałam na ziemi, gdyż kły pierwszego wilka zacisnęły się na mojej tylnej łapie. Z ogromną siłą szarpał moją kończynę, a ja próbował się wyswobodzić…

Nightmare?

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Od Odalis: Co można znaleźć w lesie i nie tylko

Łapa za łapą, smętnie sunęłam w stronę Legowisk. Polowanie się nie udało, na zwiadzie byłam rozkojarzona i w ogóle kiepski miałam dzisiaj dzień. Nawet nie zwracałam uwagi na otoczenie i nie zdziwiłabym się, gdybym wpadła prosto na kogoś.
Byłam zmęczona i marzyłam o drzemce w swojej jaskini. Albo jeszcze lepiej, o kąpieli w ciepłych źródłach w Jaskini Hayleya. O tak, tego mi było trzeba.
Hirik odleciał na Orlą Górę. Nie będzie go parę dni. A Dangerous? Sama nie wiem, co się z nim dzieje.
Nagle się potknęłam. Nie no, świetnie. Normalka.
Łapy mi zdrętwiały. Nie mogłam się ruszyć. Patrzyłam tylko na obiekt, przez który się przewróciłam...
...a dokładniej truchło wilczycy.
Kiedy odzyskałam czucie w kończynach, ostrożnie podeszłam do ciała. Nie żyła od paru godzin.
Nie to, że znalazłam trupa na naszym terenie. Niedźwiedzie, samotnicy i inne niebezpieczeństwa zawsze stoją na drodze wilka.
Bardziej to, że znałam zmarłą. Te fioletowe futro nie łatwo zapomnieć.
W słoneczny dzień Beta Odalis stoi przed nieżywą Violilą i nie wie, co począć - przemknęło mi przez głowę.
Otóż... Matka Nalive... Ona... Zniknęła.
Rozejrzałam się. Byłam sama. 
Dobrze... A mogłabym się dowiedzieć, jak miała na imię matka Nalive? Może ją spotkam.
Vio...*
- Vio... lila - szepnęłam.
Violila. Matka Nalive. I wszystko stało się jasne.
No, dobra, dobra, nie wszystko.
Violila, była Alfa Watahy z Wrzosowych Pól partnerką Grape'a. I matką ich córeczki Nalive. Co tu robiła? To, że miłość zakwitła podczas naszą nieobecność jest pewne. Czemu zniknęła? Zginęła podczas polowania? Miłość wygasła?
To pozostanie niejasne, gdyż zrobiło mi się niedobrze i zemdlałam.

Od Nightmare'a


Nagle zacząłem się budzić i gdy otworzyłem oczy, zaraz potem usłyszałem czyiś głos. Podniosłem się, rozejrzałem się raptownie i zdałem sobie sprawę, że to tylko śpiąca Arashi, ale zorientowałem się, że moja łapa ma na sobie opatrunek. Nie chciałem jej budzić, ale i nie wiedziałem gdzie jestem, więc nie miałem wyboru. Podszedłem na trzech łapach do śpiącej wadery i próbowałem ją obudzić, wypowiadając jej imię, niestety nadaremno. Przewróciłem oczami, gdy nagle spojrzałem się w dół, byłem nieuruchomiony przez Arashi, która trzymała moją łapę. Ponownie przewróciłem oczami i próbowałem wyjąć łapę z ucisku wadery, lecz tylko się przewróciłem, ale się udało. Wstałem i wróciłem na miejsce w którym się obudziłem, po czym twardo uderzyłem zadem o ziemię i tak sobie siedziałem. Zaraz potem jakiś eliksir upadł na ziemię i się rozlał, a Arashi od razu się poderwała i zobaczyła mnie z przednimi łapami w eliksirze.
- Uuuups - mruknąłem i podniosłem zwichniętą łapę.
- Night! - rzuciła się w bieg.
- Co?! - spytałem.
- Odejdź! - odepchnęła mnie, skacząc na mnie.
Sturlaliśmy się w bok. Kiedy wstaliśmy jednocześnie, jednocześnie też zabujaliśmy głowami i nasze pyski były od siebie o niewiele oddalone, około 2-3 cm i żeby totalnie zniszczyć mi życie, los zawołał tu jakiegoś wilka.
- To nie jest tak jak myślisz - wypaliliśmy razem.
- Aha... - powiedział tamten wilk.
Wziąłem głęboki oddech i szybko wypaliłem na jednym oddechu:
- Obudziłem się w tym dziwnym miejscu, moja łapa była zwichnięta, ale Arashine jeszcze spała, po czym próbowałem ją obudzić, ale nadaremno, usiadłem i nagle jeden z eliksirów spadł, a moje łapy znalazły się w nim i nagle Arashi na mnie skoczyła, znaleźliśmy się w bardzo niezręcznej sytuacji, a potem ty wszedłeś.
Pod koniec zacząłem ciężko oddychać.
Zakładam, że 'szaman", podszedł do rozlanego eliksiru, powąchał go i uśmiechnął się
- Szukałem go - powiedział. - Ten eliksir sprawia, że leczy, tylko...
- Tylko co? - spytałem.
- Tylko, że ma małe skutki uboczne... - powiedział.
- Że co?! - przestraszyłem się.
- No, tak... nie wiadomo co to może być.
Nikt się nie zorientował jak moja łapa wyzdrowiała, dopóki ja się na nią nie spojrzałem. Nagle usłyszałem Arashi powtarzającą moje imię. Okazało się, że był to tylko sen, dziwny, pokręcony sen.
 
***

Obudziłem się, a przede mną stała Arashi i szaman z mojego snu. Szaman trzymał ten sam eliksir co w moim śnie i polał mi... moją zwichniętą łapę! Sen był prawie proroczy, ale na szczęście nic nie wspomniano o skutkach ubocznych.
- To chyba na tyle - powiedział szaman.
- Dziękuję - powiedziałem oglądając moją łapę.
- Długo się tego eliksiru naszukałem - powiedział szaman. - Pomyśleć, że stał gdzieś zapomniany na półce...
- Eeeeeeee - byłem zdziwiony. - To ja się może przewietrzę, OK? OK! - mówiąc to "OK" wybiegłem z jaskini szamana.
- Night! Zaczekaj! - krzyknęła Arashi.
Ja jednak jej nie posłuchałem, lecz jak to ja, musiałem się wywrócić.
- Night, mówiłam! - powiedziała triumfalnie Arashi.
- No, dobra, dobra - uśmiechnąłem się.
- Nie czas na radość, musisz tam wrócić.
No, cóż, westchnąłem i zawróciłem.
- Słucham? - burknąłem na miejscu.
- Nightmare, zachowuj się.
- No, dobra. Przepraszam - dodałem.
- Nie musiałeś, ja ciebie rozumiem, ale radzę ci jej nie nadwyrężać - rzekł szaman. - To tyle.
- Dziękuję - grzecznie się odezwałem.
- To my już idziemy, OK, braciszku? - spytała Arashi.
- Braciszku? - zdziwiłem się.
- Tak, to mój brat, mówi-i... a, no tak, ty byłeś wtedy nieprzytomny... No to idziemy - powiedziała.
I wyszliśmy.
- To gdzie idziemy? - zapytałem.

Arashi?

Profil wilczycy Rin

Imię: Rin
Przydomek: Kazuka
Płeć: wadera
Wiek: 2 lata.
Zawód: zielarz
Partner: brak... nie szuka
Rodzina: Kompletnie nieznana. Ona w życiu tego nie zdradzi. Jedyne co jest wiadome, to fakt, że wszyscy są po drugiej stronie...
Żywioł: ogień
Umiejętności:
~ Technika Iluzji (Iluzja) - sztuka kontrolowania umysłu i energi przeciwnika, która wymaga bardzo dobrej koncentracji. Zadaniem tej umiejętności jest zmylenie przeciwnika lub jego zaatakowanie. Technika Iluzji może zadawać obrażenia fizyczne lub psychiczne.Wystarczy, że spojrzysz Rin prosto w oczy lub ona (kontrolowanie) Cię wskaże i złapiesz się na tę technikę.
~ Czarny Księżyc - podczas każdej pełni księżyca Rin staje się prawdziwym potworem nie do opanowania. Cała staje w ogniu, jej futro staje się całe białe i krótkie. Kły stają się dłuższe i o wiele ostrzejsze, tak samo pazury. W tej wersji ma 9 ogonów. Jest 50 razy lepsza pod każdym względem. Każda jej umiejętność jest dużo mocniejsza. Rin jest wtedy bardzo niebezpieczna. Traci zdolność normalnego myślenia i zachowuje się jak dzika bestia. Niczego nie pamięta. Każdy wydaje się zagrożeniem, a ona działa tylko i wyłącznie pod wpływem impulsu. Zabije każdego kto wejdzie jej w drogę.
~ Technika Fukusha - zwiększenie szybkości reakcji, możliwość skopiowania ruchów przeciwnika, a co za tym idzie niemal każdej widzianej przez waderę umiejętności, jednak może ich używać tylko przez czas gdy Fukusha jest aktywna. Po "wyłączeniu" Fukushy Rin nie jest w stanie używać widzianych wcześniej umiejętności. Fukusha może być aktywna maksymalnie przez trzy godziny. Po tym czasie "wyłącza" się. Kolejny raz można użyć tej techniki dopiero na następny dzień, po zniknięciu księżyca z tarczy nieba. Fukusha znajduje się w oku i dopiero po aktywacji staje się widoczna. Oczy Rin stają się całkowicie białe (jakby ślepe) i widać tylko bardzo słaby zarys źrenic.
Opis: Silna i odważna. Ma w sobie bardzo wiele różnych cech... Na ogół dosyć miła. Do wilków o znaczącej pozycji wyraża szacunek. Bywa arogancka i bezczelna. Bardzo nieufna w stosunku do nowo poznanych. Nie brak jej inteligencji na wysokim poziomie oraz wielkich ambicji. Mówi w sposób obojętny i zawsze tym samym tonem. Wierna, ale... niesamowicie tajemnicza. Nigdy żadnemu nowo poznanemu nie wyjawi swojego imienia i poda jedynie przydomek by tak się do niej zwracano. Nie zdradza prawie niczego. Nie brak jej pewności siebie. Bywa humorzasta i pyskata. Szybko i zwinna, ale ma taką wadę, że na wojnę to ona się nie nadaje. Jest bardziej mózgowcem niż wojownikiem. BARDZO słabo walczy wręcz. Lepszą wojowniczką ona jest na dystans.
Pytanie, dlaczego nosi maskę?
Odpowiedź jest prosta. Wilczyca należała do organizacji medycznej, która poznawała najróżniejsze umiejętności z martwych ciał. Połowa z nich była doskonałymi zabójcami. By nie rozpoznawano tożsamości nikogo z organizacji, zabójcy i mózgowcy nosili takie maski. Nawet po opuszczeniu organizacji wilk przyzwyczajony i zniechęcony do ukazywania prawdy o sobie do końca życia ukrywa swoją twarz pod maską. I tak też jest z R. Kazuką.
Dobra, dobra. Wystarczy tych informacji. W końcu większość nie powinna zostać poznana...
A dobra. Jeszcze taka ciekawostka. Gdyby nie nosiła maski widać by było, że jej tęczówki są całkowicie czerwone.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Od Retiny: Eliksir

Minął dzień. Wciąż rozszyfrowywałam kartkę, jaką dał mi Stark. Zaskoczył mnie. Nie był zły. "Zmienia się"- napłynęła do mnie myśl. Otrząsnęłam się. To nie myśl, a.... wizja.
Zaskoczona faktem usiadłam. Nie mogę mieć wizji. Nie. To nie może być prawda.
Zaczęłam przerzucać moje rzeczy w poszukiwaniu tego... I był tam. Leżał na dnie, owinięty w skórę, w specjalnym pudełku. Łapacz snów szamanów. Moja matka zawsze miała go przy sobie. Kiedyś, niedługo przed katastrofą, dała mi go. Chciała, bym została szamanem. Nie zamierzam. Mogę robić mikstury, ale pozostanę łącznikiem. Nie mogę powiedzieć, że się nad tym nie zastanawiałam. Chciałabym być szamanem, ale ważniejsze jest dla mnie bycie łącznikiem i nigdy tego nie porzucę.
Tak czy siak, to naszyjnik mojej mamy. Symbol jej jako szamana. Może też powinnam go nosić. Wzięłam naszyjnik w pysk i przełożyłam go przez szyję. Wtapiał się w moje futro. Poczułam się nagle pewnie, jak stary doświadczony wilk.
Spojrzałam jeszcze raz na kartkę. Chwilę, chwilę, te same znaki są na łapaczu snów... Moja mama... mówiła mi, że te znaki to... Tak, tak, teraz już pamiętam. To język Wyquanów, rodu z którego pochodzę. Kiedyś moja matka mnie go uczyła... Tak szyfrujemy wiadomości, tym językiem. Nikt go praktycznie nie zna...
Teraz już wiem. Będę musiała zdobyć kwiat Rouqsuali (kwiat rosnący na drzewach, który bardzo śmierdzi), paproć, wilczą krew, ptasie pióra, liść wierzby, poroże jelenia, biały kwiat Rouneski (kwiatek podobny do rumianu)... (Reszty tu nie wypiszę, bo to tajemnica rodzinna).
Wyruszyłam na poszukiwania składników...

sobota, 19 kwietnia 2014

Od Exaliosa

Zabrałem się do przyrządzania lekarstw dla wilków, gdyż większość była przeterminowana i musiałem je wywalić.
Spojrzałem na kamienny stół. Znajdował się na nim rumianek, pokrzywy, trochę roślinek z dna Jeziora, liście topoli i parę innych składników. Obok tego wszystkiego stało kilka butelek.
- No, to do roboty - powiedziałem sam do siebie.
Pochyliłem się nad roślinami, gdy nagle usłyszałem hałas na zewnątrz. Odwróciłem się.
Przed wejściem leżał zakrwawiony Ajax i zaniepokojona Shante.
Podszedłem do nich.
- Co mu się stało? - spytałem.
- Walczył - odparła szybko wilczyca i nie zdradziła więcej szczegółów.
Teleportowałem nas wgłąb Jaskini Szamanów do kącika rannych. Złapałem za bandaże.
- Pomożesz mi? - poprosiłem samicę.
Shante pomagała mi trochę, podczas gdy ja zająłem się obandażowaniem łapy rannego i zdezynfekowaniem wielu pomniejszych ranek na całym ciele.
- Zwichnął łapę - powiedziałem do mojej "pomocnicy". - Dopilnuj, aby nie przemęczał się przez najbliższy tydzień. Co dwa dni zmiana opatrunku. Teleportuję was do jego jaskini. Będziesz mogła zajmować się nim? Przynosić pokarm i takie tam, powinnaś sobie poradzić.
Kiwnęła głową, a ja ich teleportowałem.

*

Navi spojrzała na mnie zaskoczona. Nie spodziewała się tego. Ona, w ciąży? Zaskakujące wieści.

Ajax i Shante, co tam z Wami?
Mroczny i Navi, informacja o ciąży nie powaliła z nóg?
Wybaczcie, ale nie mogłem się oprzeć. ;D

Od Marchesy: Rozmowa z synem

Ukryta w szaroburych krzakach przewróciłam się z boku na plecy i spojrzałam na skrawek nieba, wyzierający spomiędzy wierzchołków drzew. Błękit, mimo że w dużej części zasłonięty, raził mnie w oczy. Zamrugałam.
W tej chwili nie było mi śpieszno donikąd. Było już po polowaniu, a na głowie nie miałam żadnych spraw, którymi musiałabym się w trybie pilnym zająć. Korzystając z chwili wolnego, przyszłam tutaj i zaszyłam się w leśnej gęstwinie. Teraz rozluźniona rozciągnęłam się na wiosennej trawie.
Tak, całkiem zrelaksowana...
Skuliłam się nagle, wyczuwając czyjąś obecność.
- Ma... Marchesa?
Z zarośli wyłonił się...
- Swizz? - zdziwiłam się.
Nie było go, kiedy przyszliśmy się przywitać z Louco i spółką - chłopcy twierdzili, że nie widzieli go od kilku dni. Potem nie myślałam zbyt wiele o jego nieobecności, choć początkowo było mi przykro.
...Zmienił się. Rok temu już nie był szczenięciem, ale i widoczny był jego młody wiek. Teraz stał przede mną silny, dwuletni samiec, w pełni dojrzały. Pomyślałam z zaskoczeniem, że teraz i on jest gotowy, by założyć rodzinę. Jakoś trudno było mi sobie tego, niegdyś żądnego przygód młodzika, wyobrazić jako ojca.
- Wydoroślałeś - wykrztusiłam z siebie w końcu.
- Wróciliście - powiedział jakoś beznamiętnie, ignorując moją uwagę. - Nie odejdziecie znowu...?
- Nie - zapewniłam.
Nie wytrzymałam i podbiegłam do syna, po czym musnęłam go z czułością nosem po pysku. Ku mojemu rozczarowaniu ani nie drgnął, by odwzajemnić gest, stał sztywno. Po pewnej chwili dopiero zbliżył się i ostrożnie, jakby z obawą, wtulił łeb w futro na mojej piersi.
- Tęskniłam - powiedziałam cicho.
Podniósł głowę i utkwił wzrok w moich oczach.W jego złocistych oczach kryły się złość i żal.
- Nie powiedziałaś mi o tym, że odchodzicie - wywarczał gniewnie. - Mogłem iść z wami.
- Nie mogłeś - odparłam z powagą. - Nie należysz do watahy.
Zabolało go to, ale taka była prawda. Młode wilczki odchodzą w świat i zakładają własne watahy. Takie były zasady tu, w dolinach na południu. Swizz westchnął.
- Grape już przedstawił wam swoją partnerkę i córkę? - zmienił temat.
- Właśnie nie, a ja bym już chciała ich poznać.
- Violila jest w porządku, ale Nalive mnie wkurza. Sam nie wiem, czemu.
Milczałam - nie wiem czemu, ale postanowiłam nie mówić Swizzowi, że to, co mi wyznał - wszelkie informacje o nowo założonej rodzinie - Grape przed nami usilnie próbował zachować w tajemnicy. Ale w końcu... po co te sekrety?
- Violila*? Ta sama, która pomagała nam podczas wojny z Ognistymi?
- Tak, to ta. Trudno pomylić ją z kimkolwiek innym, niewiele jest w końcu fioletowych wilczyc - roześmiał się. - Nalive jest do niej podobna, i z charakteru, i z wyglądu. A Grape na starość całkiem zgłupiał. Szczeniak pogrywa z nim, jak chce, a ten nawet tego nie widzi. Dlatego tak jej nie znoszę - skrzywił się.
Uśmiechałam się mimowolnie, słuchając żartów Swizza o małej wilczycy. Nalive, opowiadał, słodka córeczka Grape'a, na osobności przypominająca małego demona. Nalive, zmienna jak pogoda, czasem marudna, czasem dzielna, raz wpraszająca się do polowań starszych samców w sposób nachalny, a raz uroczy. Wilk jej nie lubił, mówił o niej z niesmakiem, była dla niego jedynie przedmiotem dowcipów. Nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe. Są trudne szczenięta, ale to chyba oczywiste, że każdy ma jakieś wady...
Poczułam nagle coś odległego, ale obcego. Czyjaś emocja. Głos Swizza przez chwilę przestał do mnie docierać, kiedy się skupiłam. Tak, już wiem. Pogarda, politowanie. Ale nie należały do mojego syna. Te były... jakieś inne. Więc do kogo? Ktoś tu był oprócz nas.
- Stój, czuję coś - warknęłam ostrzegawczo. - Ktoś tu jest.
Omiotłam spojrzeniem pobliskie zarośla, a gdy nic nie dostrzegłam, zaczęłam węszyć. Wilk poszedł za moim przykładem. Jednak i tak już słaby zapach szybko się ulotnił, podobnie jak fala nastroju, którą wyczułam.
- Chyba ci się zdawało, Marchesa - stwierdził samiec.
- Może - powiedziałam, ale w głębi duszy nie wierzyłam w swoją pomyłkę. Chociaż... kto wie? Może jestem rozkojarzona.

Jeśli ktoś ma ochotę, też może napisać u siebie w 
opowiadaniu, że ma wrażenie, jakby ktoś go szpiegował.
Będzie mi miło! :)

*Ja sama musiałam trochę się namęczyć, by znaleźć o niej jakiekolwiek informacje, więc w dużym skrócie: jest to była alfa Watahy z Wrzosowych Pól, początkowo w wojnie nam pomagała, ale po zakończeniu bitew pokazała swoje prawdziwe oblicze, porywając Victorię. Wyznała wilczycy, jak brzmi jej prawdziwe imię: Evil. Jednak potem już nikt więcej nie dowiedział się, że Violila i Evil to ta sama osoba.
Takie wnioski wyciągnęłam z tego, tego i tego opowiadania, jeśli ktoś chce je sobie samodzielnie zinterpretować, zapraszam do klikania w linki.

Od Navi: Niespodzianka


Spojrzałam w jego zmartwione oczy.
- Nie wiem. Ale już od kilku dni mi się to zdarza - powiedziałam wbijając wzrok w ziemię.
- Navi, dlaczego nic z tym nie zrobiłaś? Pójdźmy może do Exaliosa, niech cię zbada, dobrze?
Zastanowiłam się nad jego propozycją. Czy rzeczywiście była potrzeba, by ktoś mnie badał? Zdecydowanie nie jest to nic poważnego. To pewnie tylko przez stres.
Przeniosłam wzrok na Mrocznego. Wyczuł już co chcę powiedzieć, więc zaczął mnie ciągnąć do wyjścia z jaskini. Próbowałam zapierać się pazurami, ale to nic nie dawało. W końcu przestałam i ruszyłam naburmuszona o własnych siłach.
Nad naszymi głowami przeleciał mały, kolorowy ptasze, który nucił wesoło jakąś melodię. Machnął kilka razy skrzydełkami i wleciał do gniazdka z patyczków umieszczonym na drzewie. Rozejrzał się dookoła i podał małego robaczka, którego trzymał w dziobie, swoim pisklętom. Ptaszki wyciągnęły swoje długie szyjki i szeroko otworzyły swoje dzioby wydając ze swoich gardeł przeraźliwe piski, chcąc zwrócić na siebie uwagę rodzica. Uśmiechnęłam się pod nosem na ten widok. 
Skręciliśmy w prawo i już zbliżaliśmy się do naszego celu. Weszliśmy do wysokiej jaskini. Usiadłam przy jej wyjściu i zaczekałam aż Mroczny i Exalios, którzy byli w głębi jaskini, wymienili pomiędzy sobą kilka zdań. Po jakimś czasie Exalios pokiwał w zamyśleniu głową. Podszedł do mnie w uśmiechem i przywitał się ze mną.
- Pozwolisz, że cię zbadam? - zapytał i nie czekając na moją odpowiedź zaczął wykonywać swoje badania.
Na początku kazał obrócić mi się do światła i zajrzał mi do oczu. Potem przystąpił do badania głowy jakimś dziwnym przyrządem. Gdy i tam nic nie znalazł kazał przewrócić mi się na brzuch, brzuchem do góry, i zaczął go badać. Po jakiejś chwili ściągnął brwi i w zamyśleniu przymrużył oczy.
- Chyba już wiem o co chodzi - zrobił krótką przerwę. - Gratulacje, Navi, jesteś w ciąży.

Mroczny?

Od Ajaxa

- No… Nieźle śpiewasz – przyznałem.
Potem rozmawialiśmy jeszcze trochę, aż nie zauważyliśmy jaskini Exaliosa.
- Już prawie jesteśmy… - powiedziała.
Stanęliśmy w progu jaskini, a ja od razu się wywróciłem.
Exalios odwrócił się do nas, bo był tyłem do wejścia i przygotowywał ziołowe lekarstwa.
Od razu zauważył, że jestem strasznie pokiereszowany. Ja jednak prawie nie odczuwałem bólu…

Shante?

Od Odalis

Rozejrzałam się ostrożnie. Cisza. Nikogo oprócz mnie nie ma.
Powoli zaczęłam skradać się w stronę łani, chociaż nie przykładałam do tego aż tak wielkiej uwagi. Bezszelestne poruszanie się robi swoje.
Przygotowałam się do skoku. Jeszcze raz rozejrzałam się. Pasąca się ofiara nic nie podejrzewała.
Nagle łania uniosła głową, zastygła w bezruchu i po chwili uciekła.
- A niech to - mruknęłam i wyszłam z krzaków.
- O, Odalis? Jak tam zwiad? - zapytał nic nie przeczuwający Mroczny.
- Dobrze - odpowiedziałam. Nie zdradziłam, że spłoszył mi zwierzynę, zgodnie z prośbą Grape'a, aby utrzymywać to w tajemnicy. Zaczynało mi to przeszkadzać. - Las Cieni spokojny? - zagadnęłam.
- Nie przekraczałem Rzeki Prawdy - wyznał Gamma. - Dotarłem jedynie do Jeziora, a potem poszedłem do tego lasku - uśmiechnął się.
- Szukasz Navi? - spytałam.
- Em... Tak. Zgadłaś - zarumienił się samiec.
Nie powiedziałam mu, że tak przypadkiem, przypadeczkiem jego myśli stały się dla mnie znane.
- Powodzenia - rzekłam na pożegnanie i każde z nas poszło w swoją stronę.
Nie byłam zadowolona. Nie udało mi się upolować posiłku dla Grape'a, a na dodatek cały czas czuję się obserwowana. Głupie ze mnie babsko.

Od Retiny: Pogawędka

Nic do roboty. Kompletnie nic. Nudziłam się przez pół dnia. Nie mogłam spać, więc o północy rozpoczęłam swój dzień. Poćwiczyłam, jak to miałam w zwyczaju i potem poszłam pozbierać jakieś zioła. Wkręciło mnie to zielarstwo. W niedługim czasie postanowiłam zrobić eliksir życia (bardzo silna mikstura lecznicza). Nie wiem czemu. Zawsze może się przydać. Nie wiadomo, co przyniesie dzień.
Gdy wybiła dwunasta nie miałam co robić. Pomogłam wilkom, które pomocy chciały, ale wciąż miałam przeczucie, że coś idzie nie tak.
Krążyłam bez celu po terenach Doliny, aż nagle z nieba spadł ten..., ech, wilk.
Westchnęłam, przewróciłam oczami i rzuciłam:
- Hej, Stark.
- Lepszy humorek? - spytał bez zwyczajnej gorzkości.
- Zależy, co chcesz przez to powiedzieć. Nie jestem taka zła, ale dzień też nie jest dobry. Nie wiem czemu - kolejny raz westchnęłam z rezygnacją i spojrzałam się na kuzyna.
- Wiesz... Nie chcę ci niszczyć watahy. Od tych dni kiedy cię spotkałem... Przestałem się gniewać. Nie mogę dalej tak żyć. Odchodzę gdzieś w świat. Może jeszcze nie dziś, ale na pewno wyjadę. Przyszedłem się pożegnać i dać ci to - wręczył mi kawałek papieru z jakimiś znakami.
Rzuciłam mu pytające spojrzenie.
- To na eliksir. Przepis rodzinny. Potrafi, ech, potrafi wszystko. Daje to, czego ktoś akurat potrzebuje - szybkość, siłę, zdrowie, tyle że wiele razy większy jest tego efekt. Trudno go zrobić, ale ty dasz radę. Może ci się przydać w niedługim czasie - rzucił mi pokerowe spojrzenie i znikł na niebie, zostawiając mnie tu. Zdezorientowaną i oszołomioną.
Nie wiedząc, o co chodzi, wróciłam do jaskini...

piątek, 18 kwietnia 2014

Od Arashine: Rodzinne spotkanie

Lyf
Telanis
W oddali widziałam już kilka wilków. Strasznie się ucieszyłam, gdy nagle zaczęliśmy spadać. Leciałam głową w dół, więc spotkanie z podłożem troszkę zabolało. Podniosłam się i chwiejnym krokiem podeszłam do Nighta. Był nieprzytomny, dokładnie się mu przyjrzałam i starałam się nie panikować. W szyję wbitą miał małą strzałkę, pozbyłam się jej i polizałam małą rankę, która utworzyła się w tym miejscu. Nawet nie zauważyłam, że basior zmienił się z powrotem w wilka. Obróciłam się i zobaczyłam trzech samców stojących jakieś dwa metry ode mnie. Mieli nastroszoną sierść i obnażone zęby. Napięłam wszystkie mięśnie, pokazałam zęby, a moja sierść zjeżyła się. Wiedziałam, że to ich terytorium, ale nie poddam się, jeśli zaryzykują atakując mnie.
- Kim jesteś i co tu robisz? - spytał największy z całej trójki basior. Miał on czerwono-białą sierść i żółte oczy. W jego głosie słyszałam tylko spokój.
- Najpierw chciałabym wiedzieć, kim jesteście wy - mówiłam lodowatym tonem.
- Jestem Valestil Lunatik. Alfa tutejszej watahy - odpowiedział. Moment, Valestil! W jednej chwili szeroko się uśmiechnęłam i zamachałam ogonem.
- Miło to tak nie poznać własnej siostry? Arashine Lunatik, córka Acalii i Daragemira - mówiłam z wyraźną radością w głosie.
Valestil
Cała trójka otworzyła oczy ze zdziwieniem. Podbiegłam do nich i przyjrzałam się pozostałej dwójce. Jeden był prawie cały biały, w niektórych miejscach miał czarne akcenty i równie żółte oczy. Drugi miał szaro-białą sierść, bujną brązową "grzywę" i zielone oczy. Nie mogłam go pomylić z nikim innym.
- Niech zgadnę, Lyf - przeniosłam wzrok na białego wilka. - A to na pewno Telanis. No co, chłopaki, nie stęskniliście się za mną? - Ułamek sekundy później leżałam na trawie lizana i ciągana za uszy. Zupełnie jakbyśmy znowu zmienili się w szczeniaki.
- Dobra, koniec tego, trzeba pomóc Nightmare'owi - ruszyłam w stronę czarnego samca, żeby sprawdzić czy już się ocknął. Niestety nadal leżał w bezruchu. Telanis podszedł i dokładnie mu się przyjrzał.
- Raczej nic mu nie jest, ale lepiej weźmy go do mojej jaskini. Tam dokładnie go obejrzę - stwierdził.
- To twój partner, siostrzyczko? - spytał jak zawsze ubawiony Lyf.
Spłonęłam rumieńcem. Tak właściwie nie byłam partnerką Nightmare. A szkoda… Moment, o czym ja myślę! Skarciłam się w głowie.
- To mój przyjaciel z watahy, do której należę. A wy już macie partnerki? - rzuciłam w ich stronę ze złośliwym uśmieszkiem.
- Nieważne! - krzyknęli równocześnie.
Roześmiałam się. W końcu po dobrych dwudziestu minutach wzajemnego dogryzania sobie ruszyliśmy w stronę jaskiń Watahy Krwawych Szczytów założonej przez pozostałości po rodzie Lunatik. Po drodze przywitałam się z kilkoma waderami i basiorami, niestety nie udało mi się wypatrzeć nikogo znajomego. Dotarliśmy do jaskini szamana, gdy szarość wieczoru zaczęła pokrywać piękne niebieskie sklepienie. Valestil z racji, że był największy i najsilniejszy z naszej czwórki niósł Nightmare'a przez całą drogę, a teraz ułożył go na skórze i poszedł zająć się jakimiś ważnymi sprawami. Lyf cały czas zagadywał mnie, bo stwierdził, że tak dawno mnie nie widział i musi to nadrobić. W spławieniu go pomógł mi Telanis mówiąc, że będzie przeszkadzał. Zostałam z szamanem i przyglądał się jak ogląda mojego przyjaciela. Opatrzył mu łapę, którą prawdopodobnie zwichnął podczas upadku i przeczyścił kilka mniejszych ran. Chciał obejrzeć jeszcze mnie, ale powiedziałam, że nie zezwalam i ma iść się położyć, bo wygląda na padniętego. Na szczęście nie musiałam się z nim kłócić. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, a nic nie wskazywało na to, że uda mi się zasnąć w najbliższej przyszłości, więc usiadłam obok Nighta i patrzyłam przed siebie, rozmyślając o dzisiejszym dniu i naszej dwójce. Nawet nie zauważyłam, kiedy słońce zaczęło rzucać pierwsze promienie na wejście do jaskini.

Nightmare?

Od Dari

Czołgałam się wąskim tunelem i w końcu dotarłam do dość dużej jaskini o suficie pokrytym bluszczem. W rogu zobaczyłam tunel trochę większy od tego, którym weszłam. Powoli wczołgałam się do niego, szłam tak z 5 minut, gdy tunel zaczął się powiększać i podnosić w górę. Wdrapałam się po śliskim zboczu i wyszłam małym wejściem tuż przy lesie. Umazana błotem rozejrzałam się po okolicy. Byłam na skraju lasu tuż przy Legowiskach.
Postanowiłam najpierw pójść nad jezioro i umyć się, a dopiero potem wrócić do jaskini.
Nurkowałam bardzo głęboko i w końcu coś przykuło moją uwagę. Na dnie jeziora leżał dziwny amulet.
Dd razu pochwyciłam go w zęby i wypłynęłam na powierzchnię. Przyjrzałam się mu, a potem zarzuciłam na szyję. Prezentował się bardzo ładnie.
Uśmiechnęłam się do siebie i wzleciałam w powietrze kierując się do Legowisk.

Od Damona

Ostatnio moje życie było spokojniejsze. Można by powiedzieć, że przestałem być "duszą towarzystwa", ale nie przeszkadzało mi to. Cały mój wolny czas spędzałem z Sashą i Ajminą.
Tego dnia Ajmina wybrała się na polowanie. Nic niezwykłego, więc się o nią nie martwiłem. No, ale nie było jej coraz dłużej. W końcu wybrałem się, by jej szukać. Instynktownie ruszyłem za jej zapachem i usłyszałem krzyk.
- Ratunku! - krzyczała Ajmina.
Od razu zrozumiałem, że musi być w jakiejś dziurze lub przepaści, bo głos rozchodzi się bradzo głośno i szybko.
Bez zastanowienia zacząłem schodzić w przepaść. Gdy zszedłem już po piętnastu "półkach skalnych" , zobaczyłem na dole Ajminę. Leżała bez ruchu, ale chyba była przytomna. Zacząłem schodzić szybciej... Ale w końcu spadłem. Po kilku sekundach znalazłem się cały obolały obok mojej partnerki.
- Ajmino, nic ci nie jest? - spytałem słabym głosem.

Ajmina?

Od Shante

Ajax wskoczył na jego plecy i zionął mu ogniem prosto w głowę. I tak zaczęła się seria ataków ze strony Ajaxa i czarnego wilka. Nagle na pysku i głowie Ajaxa zaczęły się tworzyć ogniste ślady, zawarczał głośno i zionął ogniem oraz wgryzł się w szyję przeciwnika. Oto nadszedł czas. Czas walki na śmierć i życie. Kiedy warcząc krążyli wokół siebie z położonymi po sobie uszami, wypatrywali pilnie dogodnej okazji do ataku. Nad wszechobecną chwilą zaległa upiorna cisza. Czarny wilk był ogarnięty żądzą rozszarpywania i zabijania, ale nigdy nie zapominał, że teraz jego wrogiem kieruje ta sama żądza. Nie atakował też, dopóki sam nie był gotowy na odparcie ataku. Daremnie Ajax próbował zatopić zęby w karku czarnego olbrzyma. Ilekroć próbował zaatakować zębami jakieś czułe miejsce, zawsze napotykał kły czarnego wilka. Kieł zderzał się z kłem, pokaleczone wargi krwawiły, tak samo jak i ciało, czy też pysk, ale żaden z nich nie zdołał przełamać obrony wroga. Rozgrzany walką Ajax zaczął obskakiwać go ze wszystkich stron, wciągając czarnego wilka w jakiś obłędny wir. Wciąż ponawiał ataki na czarną szyję, gdzie gdzieś tam tętniło życie, lecz przeciwnik zwinnie unikał tych ataków. Ajax zaczął więc szykować się do skoku do gardła, po czym nagle odwracał łeb i uderzał barkiem o bark czarnego wilka, usiłując go zwalić z nóg. Ale czarny odskakiwał zwinnie w bok i za każdym razem na barku Ajaxa pojawiała się nowa rana. Czarny wilk pozostawał prawie nietknięty, Ajax natomiast broczył krwią. Walka stawała się coraz bardziej rozpaczliwa. I przez cały ten czas czekałam, aż tylko jeden padnie, by dobić pokonanego. W pewnej chwili Ajax zachwiał się tak, że miał upaść i od razu się poderwałam się raptownie, ale padającemu, znów udało się odzyskać równowagę, więc znów zastygłam w wyczekującej pozie. Ajax posiadał wszakże jedną cechę, decydującą o wielkości - mianowicie bardzo wysokie IQ. Walczył instynktownie, ale potrafił też ruszyć głową. Natarł na czarnego wilka, jak gdyby chciał powtórzyć manewr z uderzeniem barkiem, ale w ostatnim ułamku sekundy przypadł do ziemi i schwycił zębami przednią lewą łapę przeciwnika. Rozległ się trzask miażdżonej kości i oto czarny wilk musiał walczyć dalej na trzech łapach. Ajax trzykrotnie próbował powtórzyć manewr, żeby go powalić, aż wreszcie udało mu się złamać przeciwnikowi drugą przednią łapę. Bezradny teraz przeciwnik mimo bólu próbował rozpaczliwie stawić mu czoło. Nie było już dla niego litości, Ajax wpadł w coś w rodzaju furii, więc nie znał litości. Miłosierdzie było dobre w innych, furii to nie dotyczyło. Zwycięzca zadawał się do zadania ostatecznego ciosu. Zamarłam w bezruchu, skamieniałam. Tylko czarny wilk dygotał, jeżył sierść i zataczał się na wszystkie strony jakby chciał odstraszyć zbliżającą się śmierć. Już Ajax miał mu zadać ostatni cios, kiedy ja krzyknęłam już widzialna:
- Ajax, przestań!
Odwrócił się moją stronę, jego oczy były całe żółte i świecące, tak całe.
- Whoa! Ajax uspokój się, to ja.
Nagle zamknął oczy i głośno ryknął, zaczął miotać się na prawo i lewo, jakby chciał się wydostać z jakiegoś ucisku .
- Ja-ja nie mogę! - wydusił.
Zastanawiałam się, o co chodzi, ale przypomniałam sobie to, jak wybudził się po rozpoznaniu mojego głosu, więc podeszłam do niego i przytuliłam go, zadziałało, Ajax nie chciał mnie skrzywdzić, on chciał skrzywdzić czarnego wilka. Kiedy tylko się obudził odskoczyłam.
- C-co ja zrobiłem? - spojrzał się na czarnego wilka, a potem na mnie.
- Już wszystko dobrze, Ajax - powiedziałam.
- Przykro mi, nie mogłem przestać - zwiesił łeb.
Nagle nie zauważyliśmy, jak czarny wilk doczłapał się i ugryzł Ajax'a z całej resztki sił w lewą tylną łapę
- Ajax! - przeraziłam się.
On tylko syczał z bólu.
- Chodź, teraz jest nasza szansa! - panikowałam.
- Po prostu idź - powiedział przez zaciśnięte zęby.
- Wstawaj Ajax! Nie zostawię tu ciebie! - krzyknęłam.
Wtedy w mojej głowie usłyszałam czyiś głos:
"Przetrwać tę burzę i żyć, aby walczyć następnego dnia"
Kiedy go słyszałam miałam zamknięte oczy, otworzyłam je dopiero, kiedy głos zamilkł. Wiedziałam co wtedy zrobić. Pomogłam Ajaxowi wstać i jakoś doszliśmy dalej od czarnego wilka. Tamten głos w mojej głowie podpowiedział mi, co robić, trzeba go było zanieść do Exaliosa i dokończyć walkę kiedy indziej, choćby były to trzy lata. Gdy razem zmierzaliśmy w kierunku watahy, wydawało mi się, że ten czas płynie tak wolno. Nie miałam co robić, więc zapytałam się go:
- Dasz radę dalej iść sam?
- Chyba tak - otrzymałam w odpowiedzi.
Spojrzałam się na rzekę, spojrzałam się w las i do głowy wpadł mi pomysł, co zrobić, żeby ten czas płynął szybciej.
- Jak myślisz, ile zajmie nam droga powrotna? - spytałam.
- No... Biegiem to około 4 minuty i 50 sekund, ale ze mną to gdzieś tak z 9 minut i 48 sekund, a co? - spytał.
- No, bo ten czas płynie tak wolno, wolno, wolno i jeszcze raz wolno, i znam taką jedną piosenkę, bardzo ją lubię i mogę ją sobie zaśpiewać?
- Możesz, proszę bardzo, ale ile ona trwa? - spytał z ciekawości.
- Około tyle, ile podróż biegiem, jak nie chcesz jej sobie słuchać, to...
- No chcę - powiedział.
- Dobra, ale żeby nie było, nie jest to skierowane do ciebie, ja tak po prostu sobie śpiewam.
- OK, OK, OK, zrozumiałem. Zaczynasz?
Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam:
- "O Holy Land
Come ancient spirits
Take up my hand And guide me.
Pull me to shore Rivers are rising
Look in this heart And find me.
I've lost my way Your voice is silent
I need you here To remind me
Show me now How to find my home.
All I am Surrender
Let the water Flow right through this broken soul
I Fought by your side Ashes still burning
I proved my worth So tell me why
I've lost my way Your voice is silent
I need you here To remind me
Show me now,
How to find my home
All I am Surrender
Tell me that you can forgive
Bring me peace that I may live
Show me now
How to find my home
All I am Surrender
Oh sweet rest, Oh sweet rest,
Find me at my home,
Stay with me Forever
Let the water Flow right through this broken soul".
Śpiewałam to cały czas idąc, czasem pomagając Ajaxowi, kiedy ten prawie na przykład się przewracał.
Ajax? Jak tam wrażenia z koncertu Shante? I co z tym czarnym wilkiem?

Od Odalis

- Ro, czemu nie bawisz się ze szczeniakami? - zagadnęłam pewnego dnia syna.
- Zmęczyłem się - ziewnął. - Chyba się zdrzemnę.
- Słodkich snów - pocałowałam go i wyszłam z jaskini.
Ciepłe promienie słońce powitały mnie, chociaż byłam już parę razy na zewnątrz. Mimo wszystko przystanęłam na chwilkę i napawałam się tym wszystkim. Rozpierało mnie szczęście, które nie opuszczało mnie przez długi czas. Wreszcie czułam się bezpieczna. Wreszcie byłam w prawdziwym domu i już nic nie zakłóci mojego spokoju.
To było piękne. Zbyt piękne.
Westchnęłam. Ach, ja, głupia, stara matka dwanaściorga szczeniąt.
Zaraz tam taka stara, oburzyła się część mnie.
Ale głupio podejrzliwa jak jakiś starzec, który w każdym cieniu widzi śmierć.
Poczułam się dziwnie. Przypomniały mi się kłótnie dwóch braci - Waydacka Seniora i Reniemiasza. Poznałam, hm, żyłam z nimi w umyśle od czasów opętania, szaleństwa. Potem zamknęli portal i głosy ucichły na zawsze. I nigdy nie wrócą.
Dobra, dobra, koniec rozpamiętywania przeszłości i wróćmy do spokojnego dnia Bety watahy z Magicznej Doliny.

*

Biała wilczyca, czyli ja, krocząca sobie zwyczajną ścieżką, acz lekko zarośniętą. Codzienny widok w życiu wilka.
Coś mi nie grało. Było tak pięknie. Czy naprawdę jestem taka stara i podejrzliwa, że nie mogę odetchnąć na chwilę wolna od wszelkich niebezpieczeństw? Czy mam jakieś schizy?
Cóż. Wygląda na to, że tak.

Od Retiny: Urodziny

Stark od paru dni nie dawał żadnego znaku. Postanowiłam przestać go tropić i zająć się ważniejszymi sprawami. Dziś były przecież urodziny Skolla i Blue. Najpierw załatwiłam sprawę Blue i złożyłam mu krótkie życzenia, po czym dałam w prezencie świeżą skórę z białego królika.
Potem nadszedł czas na Skolla. Znalazłam go samego w lesie i złożyłam niezbyt wyszukane życzenia (nie jestem za dobra w okazywaniu uczuć). Następnie podarowałam mu coś specjalnego. Mianowicie dwie mikstury. Moja matka - szamanka - nauczyła mnie jak robić wiele eliksirów. Przez tydzień przyrządzałam, mieszałam, zbierałam, by stworzyć eliksir szybkości i latania. Były naprawdę mocne. Nie wiedziałam, co dać innego, tylko to wpadło mi do głowy.
On szybko podziękował i gdzieś pobiegł mrucząc coś pod nosem.
Trochę mnie to zdziwiło. Udałam się z powrotem do Legowisk.
Wybrałam sobie wysoko położoną, ukrytą za krzakami sporą wnękę, chroniącą mnie od deszczu. Nikt nie wiedział o niej oprócz Alfy, Bety itp. Miała wąskie przejście do dużej jaskini. Zazwyczaj zamykałam to przejście, dzięki mojej mocy, tak, że nic nie było widać. Obok mała nitka wodna ryła swoje koryto w naszej górze. Oczywiście, w mojej jaskini nie brakło ukrytych korytarzy. Prowadziły do głównej sali i innych ważnych miejsc.
Przy jednej ze ścian znajdowało się wgłębienie w podłodze i ścianie wyściełane skórami - tam spałam. Po przeciwnej stronie mieścił się stolik, na którym przygotowywałam eliksiry. Na lewo od niego miałam swoją skrytkę, gdzie chowałam jedzenie i inne rzeczy. I tak nikt by się tu nie dostał, chyba, że wiedziałby, że tu jestem. Często śpię poza jaskinią, we wnęce, więc nie sądzę, by ktoś się zorientował.
Pod koniec dnia poszłam ponownie poszukać Skolla, ale bez skutku. Przebiegłym się parę razy po lesie i poćwiczyłam moce, po czym zasnęłam w cieniu drzew, nie wracając na noc do legowisk.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Od Odalis

Grape odszedł ze mną na stronę.
- Odalis, muszę ci coś powiedzieć...
- Tak? - spytałam.
- Otóż... Matka Nalive... Ona...Zniknęła. Zostałem sam z córeczką. Chciałbym, żebyś przynosiła trochę mięsa pod Harwene, bo boję się pójść na polowanie i zostawić małą samą. Tylko pamiętaj, nikomu nie mów. Mała jest jeszcze za mała na spotkanie z watahą, obawiam się, że mogłaby się wystraszyć.
- Dobrze... A mogłabym się dowiedzieć, jak miała na imię matka Nalive? Może ją spotkam.
- Vio...
- Odalis! Odalis, Asmin gdzieś poszedł! - krzyknęła Kari.
- Zobaczymy się później! - zawołałam jeszcze do Grape'a i pobiegłam.
Rozpoczęły się poszukiwania. Okazało się, ze urwis zmierzał ku Lasu Cieni. Dostał odpowiednią karę.

Od Nightmare'a: Lot i wataha

No, nastała ta chwila. Chwila lotu.
- To lecimy? - spytała.
Podszedłem do niej i spojrzałem się na moje łapy, wziąłem głęboki oddech i powiedziałem:
- Słuchaj, Arashi, chciałbym, żebyś wiedziała, że jeżeli cokolwiek ci się stanie to to nie będzie twoja wina i bardzo cię przepraszam za to.
Ona udawała, że wszystko z tego zrozumiała.
Oddaliłem się. Z grzbietu wyrosły mi skrzydła, futro zamieniało się na łuski, łapy zmieniały swój kształt, pazury się wyostrzały i zaraz przed Arashi stanął Nightmare-smok. Ona tak się zdziwiła, że aż pysk ze zdziwienia otworzyła. Trzepnąłem skrzydłami i wzbiłem się w powietrze, łapą chwyciłem Arashi i trzymałem ją mocno i tak lecieliśmy. Ona mówiła mi jaki kierunek objąć. Jako smok, nie byłem taki duży, byłem tylko o około metr wyższy od mojej rzeczywistej postaci i oczywiście byłem dłuższy. Kiedy dolecieliśmy było już południe i wreszcie ujrzeliśmy jej watahę. Kiedy zaczęliśmy się zbliżać, poczułem na szyi jak trafia mnie strzałka usypiająca.
"No tak, paradujący smok od tak sobie, zapomniałem się przemienić"- pomyślałem, zachwiałem się i zemdlałem.

Arashi?

Od Ajminy

Wędrowałam po dolinie, szukając zdobyczy, zauważyłam jelenia, podeszłam i chwyciłam za rogi, niestety to był mój błąd, jeleń zaczną machać rogami i wyrzuciło mnie dość daleko, można powiedzieć: niedaleko przepaści, wystraszył chmarę nietoperzy, rzuciły się na mnie i rzuciły z przepaści.
Kto dokończy?

Od Retiny: Historia Starka

Od kilku dni myśl o Starku nie dawała mi spokoju. Czyli wrócił. Wiedziałam, że to kiedyś nastąpi... Tylko czemu tu w watasze? To nie ma sensu. Znikł mi z oczu na dwa lata, a teraz powrócił i zniszczy watahę. Przeklęty diabeł. Czemu tak to kocha? Czemu kocha niszczyć watahy powolną śmiercią? Stark sam w sobie jest jak demon - uwielbia niszczyć, uśmiercać... Nienawidzę go z całego serca, ale żadne z nas nie może się zabić nawzajem, ponieważ wiążą nas więzy rodzinne, jakaś klątwa. Dla mnie to lepiej, nie ucierpię z jego powodu fizycznie. Chociaż nie do końca. Stark ma moc... Nie taką jak inni członkowie rodziny. Ja, matka, moi bracia, dziadek, babcia... Wszyscy mają te same moce - szybkość, orientacja w terenie i pamięć oraz ziemia. Raz na jakiś czas trafia się też dziecko z mocą kamienia. Ale są odstępstwa od zasad. A zasady są takie, że można mieć szczenięta jedynie z wilkiem o tym samym zestawie mocy. Wiadomo jednak, że czasem zdarza się co innego. Taki był tata Starka, brat mojej mamy. Zakochał się w jednej samicy i po paru miesiącach urodził się Stark. Młode, bez mocy, były nieporadne i całkowicie uzależnione od rodziców. Ale Stark... On był inny. Pił mleko matki przez miesiąc. Bardzo szybko dorastał i od razu, kiedy tylko był w stanie, zaczął polować ze skutkiem lepszym od niektórych wilków. Nikt nie wiedział, o co chodzi. Stark nic nie mówił, a wszyscy byli ciekawi. Po roku umarła matka szczeniąt, a ojciec został sam. Nie mogąc sobie poradzić z małymi, udał się do rodziny. Jego matka - moja babcia, zgodziła się przyjąć młode, ale pod warunkiem, że szczenięta będą pod całodobowym nadzorem. On sam został wyklęty z rodziny. Ktoś mógłby powiedzieć, że to okrutne. Nasz ród tak ma. Łamiesz zasady - wylatujesz. Wracając do mojego wujka, stracił przydomek i został wygnany z terytoriów, jakie mieliśmy. W sumie nasze "stado" składało się tylko z członków rodziny.
Szczeniaki zostały pod pieczą babci. Czasem mogliśmy się z nimi bawić. Jedynie Stark ciągle gdzieś chodził i nigdy nie dało się go złapać. On, tak jak ja, nie trzymał się razem z innymi szczeniętami. Raz poszłam na małą wycieczkę do lasu. Na jednej z zacienionych polan stał Stark, wpatrując się ostro w dorosłego jelenia. Ofiara powoli słabła, a jego zabójca nawet go nie dotknął. Wreszcie jeleń padł. Ja wciąż stałam w krzakach, nie mogąc uwierzyć. Jak? On, nie odwracając się, powiedział:
- Nie idź do nich, Retino. Nie zrozumieją.
Nie miałam zamiaru iść. Nigdy nie skarżyłam bez powodu. To przesądziło o naszej przyjaźni. Odtąd często razem chodziliśmy i mówiliśmy sobie różne rzeczy. To dzięki temu dowiedziałam się o jego mocy. Tak jak każdy z rodziny potrafił szybko biegać, zapamiętywać wiele rzeczy, ale brakło mu ziemi. Za to ugościł tam chłód, śmierć i ból. Jego moc to zabijanie zimnym wiatrem. Ale nie zabija tym ciała, a duszę, po czym ciało samo ginie. Nikt nie wie, co się dzieje z duchem. Nie ma go przy ciele... ani na ziemi.
Ale to nie wszystko. Raz Stark wyjawił mi to, czego na prawdę nie chciał mówić. Umiał kontrolować sny różnorakich istot i wpajać im swoją wolę. Jak mały diabeł. Podszeptywał kłamstwa jednemu i drugiemu, a oni sami załatwiali resztę. Tak mógł zniszczyć największe stada, ludzi...
Nie lubił się za to. Nie akceptował tej mocy i tym bardziej pchało go do używania jej.
W końcu, gdy minął miesiąc, zginęła babcia. Ale nie ze starości. Stark ją zabił. Chciała go siłą przetestować z mocy. Próbował użyć zdolności z narzucaniem woli, ale babcia miała szamańskie zdolności i zablokowała umysł. Jedyne, co mu pozostało to użyć zimna. Chciał ją tylko trochę podmrozić, ale wszystko poszło za daleko. Odtąd z coraz większym trudem nad sobą panował. Raz... Nadszedł ten dzień.
Wiem co się stało, jestem tego pewna. A Stark nigdy nie zaprzeczył. O tym także nie zamierzam nikomu skarżyć. Żyję dalej, nie bez urazu. Nie zwariowałam, chociaż byłam bliska. A co ON zrobił? Zabił moich rodziców.
Gniewny, zawsze tracił nad sobą kontrolę. Dzisiaj rozgniewało go rodzeństwo. Renx, Vilta i Erwan chcieli się z nim zaprzyjaźnić i robili to dlatego, by mu pomóc. Ale jemu nie dało się wtedy pomóc. Rozgniewany rzucił ich o skały na tym zboczu. Tam też byliśmy my, zagonieni przez kojota. Wkrótce Stark zauważył nas. Ofiarą padł Jamot. Zaczął piszczeć, wydzierając się w agonii. Niechcący, a może przez Starka, strącił spory głaz na dół, a inne poszły jego śladem. Tak zaczęła się lawina. Jentina i Mirraona pobiegły razem przed siebie, a ojciec za nimi. Jamot nie mógł się ruszyć, tylko wił się na ziemi, dopóty nie przygniótł go spory głaz. Nucho i Roy uciekli w dwie przeciwne strony. Ja zostałam tu z matką, a reszta się potoczyła tak, jak już kiedyś opisałam. Nie wiem, co się stało z resztą kuzynów. Możliwe, że Renx przeżył. Miał moc kamienia tak jak ja. Nietrudno było zgadnąć, że Stark wytrwał. Jako jedyny przez wiele pokoleń wilków miał skrzydła.
Po tym błąkałam się, nie mogąc sobie poradzić, ale w końcu nauczyłam się, jak żyć...
Od tej pory nienawidzę go do reszty. Zmienił się. Niszczył stada, kierując się na wschód. Ja więc poszłam na zachód. Chciałabym, by powrócił, ale pewnie nie ma szans. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi. Wszystko przepadło...

Od Assuvy

Dopisek od Alfy: Assuva dawno nie pisał, dlatego to opowiadanie może wydawać się niektórym wyrwane z kontekstu. Zapraszam do przeczytania ostatnich postów Assuvy w kolejności: 1 i 2.

Szamanka trochę mnie przestraszyła. Wyłoniła się z ciemności niczym spłoszony ptak. Miała bardo dużo piór. Nie udało mi się dojść, czy były to jej pióra. Szeptała tajemne słowa. Złote paciorki dzwoniły w jej włosach. Nagle jej ciało pokryło się złotymi symbolami. Po chwili upadła na ziemię. Wstałem i podbiegłem, żeby ją podnieść. Przewróciła oczami i szepnęła: Hassari...
Opadła bezwładnie.
- Eeee... Przepraszam? - potrząsnąłem nią. - Pomocy!!! - krzyknąłem wybiegając z nory.
Kilka wilków zerwało się gwałtownie. Stałem na zewnątrz kiedy wyniesiono ją martwą.

***

- Powiedziała coś? - Alfa Watahy Zjaw wbił we mnie spojrzenie pustych oczu.
- Coś, że... Hassire... Hassori... Coś takiego - odparłem, wbijając pazury w wyschniętą ziemię. Szaman odsunął się ode mnie, znów robiąc ten przerażony wzrok.
- C-co?
- Powiedziała: Hassari. Czy wiesz, co to znaczy?
- N-nie...
- Przekazała ci całą swoją moc. Była najpotężniejszym szamanem Kraju Mglistego Wybrzeża.
Wstrzymałem oddech.
- Z jaką misją przybyłeś? - spytał podejżliwie.
- Eeemm... Zabić pięćdziesięciometrowego wilka podążającego za naszą watahą - wyrzuciłem jednym tchem.
- Eorone! - zawołał, aż podskoczyłem. Po kilku chwilach u wejścia pojawił się chyba jedyny wilk w tej watasze, który nie wyglądał jak żywy trup.
- Tak, ojcze? - skłonił się.
- Spakuj się do wędrówki. Wyruszacie razem.

***
 
Kiedy wyruszaliśmy, spadł deszcz i rozpętała się burza. Łapy grzęzły mi w mule.
- Musimy biec... - zauważył Eorone. Bystry jest... Chyba go nie lubię.

środa, 16 kwietnia 2014

Od Kari: Szczeniaki nad Jeziorem #2

Kiedy szczeniaki zobaczyły Jezioro od razu wbiegły do niego i zaczęły pływać. Po chwili jednak z piskiem i podkulonymi ogonami wybiegły z wody.
- Coś tam jest - powiedział Ro.
Podeszłam do brzegu i zobaczyłam Lorelei i Aceiro. Pokazałam im, żeby wyszli na brzeg.
- To jest Lorelei, a to Aceiro, są syreno-wilkami - przedstawiłam moich nowych znajomych.
- Cześć - przywitali się. - Chcecie popływać?
- Tak!
I wszyscy wrócili do wody. Usiadłam z Odalis pod drzewem i patrzyłam na nich.
- Opowiedz mi więcej o Darku i Moon, tęsknię za nimi.
- No więc tak... - Odalis zaczęła opowiadać.

***

- Patrz! - powiedziałam i wskazałam na postać, która szła do nas.
- To chyba Grape.
Kiedy wilk podszedł do nas okazało się, że Odalis miała rację.
- Cześć - przywitałam dawnego znajomego.
- Hej Kari. Miło cię widzieć - odpowiedział. - Odalis, muszę ci coś pokazać.
- Już idę. Kari poradzisz sobie?
Popatrzyłam na nią.
- Na prawdę myślisz, że sobie nie poradzę?

Odalis? Co Grape chciał ci pokazać?