Wchodzisz na tego bloga z sentymentu czy przypadkiem? :>

piątek, 28 lutego 2014

Podsumowanie miesiąca (luty 2014)

W tym miesiącu dołączyli następujący członkowie: Ryuuki, Yaride, Arashine, Ines, Retina, Skoll, Nightmare i Lithuain.

Opuściliśmy pustynię i trafiliśmy do kolejnego miejsca: Zapadlisk Udręczonych. Nie było ono zbytnio przyjazne. Chociaż nie trudno tu było o pożywienie, nie można było zostać w jednym miejscu zbyt długo, bo zapadało się. Tak, te ziemie obfitowały w trzęsienia.
Royal z Vią spotkali dwie siostry: Ynii i Ami. Postanowili im pomóc. Przy okazji dowiedzieli się, że one, ich syn, Shayres i Sasha postanowili pomagać innym.
Ajax i Night zbadali tunel, w którym spotkało ich wiele zaskakujących sytuacji. Gdyby nie oni, zostalibyśmy na zawsze uwięzienie w jakiejś grocie.
Odalis spotkała dwójkę swoich dzieci: Lighta i Unrivę. Okazało się, ze Light, to jest Reicher, należy do Mafisu. Unriva postanowiła zapomnieć o swojej przeszłości i po wypiciu eliksiru zapomnienia razem z matką zaciągnęły się do Mafisu, ale Odalis tylko symbolicznie.
Tymczasem Blue odnalazł swoje rodzeństwo i postanowił razem z nimi wytropić i zabić swojego niedobrego ojca. Spotkali Mafis, który zaprowadził ich do twierdzy Ortanusa - tak nazywał się ich ojciec. Niestety, okazało się, że to wszystko było ukartowane. Seloco, przywódca Mafisu, był ich starszym bratem i współpracował z Ortanusem. Blue z rodziną został związany i przetrzymywany w lochach.
Odalis, Neafel (nowe imię Unrivy), Exalios oraz Kari ruszyli z odwetem. Udało im się uwolnić Blue'a, ale za późno - jego brat Ryan już nie żył. Wielce było zaskoczenie członków, gdy wyjaśniło się, dlaczego twierdza jest pusta. Mafis i Ortanus poszedł zaatakować watahę, bo wynajmował ich Orkus, aby zabić Kari!
Udało nam się ich pokonać, zabić Ortanusa i Seloco, lecz oto... Zginęła Marchesa! Alfa watahy z Magicznej Doliny martwa...
Marchesa dowiedziała się wielu cennych informacji na temat Evilana, lecz na próżno - była przecież trupem.
Wtem okazało się, że Exalios po wielu latach nauki postanowił zgłębić tajemnicę śmierci - posiadł wiedzę na temat wskrzeszania. Udało mu się ożywić Alfę, lecz ta zabroniła mu więcej to robić, przynajmniej w stosunku do niej, gdyż to uczucie jest nie do wytrzymania...
I to tyle, jeśli chodzi o luty. Co stanie się w marcu? Kiedy odnajdziemy prawdziwy dom?

Cała mokra i zziębnięta pozdrawia Was Beta Odalis
coraz bliżej nowego miejsca!

Od Joy: Dzień Delty

Dzisiaj jest dzień Delty. Czy ktoś będzie pamiętać? - rozmyślałam.
Leżałam na trawie i wpatrywałam się w bezchmurne niebo. Nagle usłyszałam trzask. Trochę przestraszona wstałam i uważnie zaczęłam się rozglądać. Dostrzegłam za krzakami trzy małe sylwetki.
- Co Wy tutaj robicie? - spojrzałam na szczeniaki.
- Nic... My tylko... - zaczął Asmin, ale mu przerwałam:
- Szpiegujecie mnie? - spytałam zła.
- Tak! To znaczy... Nie... - jęknął Romairi.
- Romairi! - szturchnął go Asmin. - My tylko bawimy się.
- Ach, tak? - nie ufałam im. Wiedziałam, że kłamią. Tylko dlaczego? - Idźcie się bawić gdzie indziej - odwróciłam się i wróciłam na swoje miejsce.
Szczeniaki przez chwile stały osłupione, jednak potem szybko zniknęły.
Wreszcie cisza i spokój - pomyślałam i zamknęłam oczy.
 Po jakimś czasie wstałam i powoli zaczęłam iść. Nie wiedziałam dokąd. Po paru przebytych metrach usłyszałam szelest. Odruchowo odwróciłam się.
- ...
- W tej chwili macie powiedzieć, dlaczego za mną łazicie. - byłam zirytowana. Romairi trząsł się jak galareta. - Romairi...
- Mam dość! Nie wytrzymam tego dłużej! Odalis kazała nam się dowiedzieć, jaki prezent Tobie by się spodobał! - wykrzyczał. Asmin spojrzał na niego wściekle.
- Naprawdę...? - zdziwiłam się, lecz po chwili ogarnęła mnie radość. Jednak ktoś pamiętał o mnie...
- T-tak...
Uśmiechnęłam się lekko.
- Przekażcie Odalis ode mnie, że wcale nie musiała dawać mi prezentu... Sama bardzo ucieszyłabym się ze złożonych mi życzeń.
Szczeniaki przytaknęły.
Poszłam dalej, coraz bardziej oddalając się od watahy... 



Od Blue'a: Rozstanie

- Blue... - zaczęła Kari.
- Co kochanie? - zapytałem.
- Czy... Czy odchodzisz ze swoją rodziną?
- Nie... Nie zostawię cię tu samej... - odpowiedziałem jej.
Nie miałem zamiaru jej zostawiać.
- CO?! - usłyszałem krzyk brata.
No jasne. Znałem Doca tak krótko, ale już wiedziałem, że uwielbia podsłuchiwać.
- Co powiedziałeś?! Nie idziesz z nami?! Jak to?! Jesteś naszą rodziną! Twoje miejsce jest z nami! - krzyczał mój brat.
- Nie Doc, moje miejsce jest tu. Tu znalazłem prawdziwy dom... i miłość - popatrzyłem na moją partnerkę z czułością. - Doc, ja tu zostaję i nic nie zmieni mojego zdania.
Mój brat uciekł. Gdy zrobiło się ciemniej wróciliśmy do watahy.

*

Następnego dnia obudziłem się wcześnie rano. Poszedłem nad wodopój, aby się napić. Kiedy się już napiłem wróciłem do watahy.
- Blue - podbiegła do mnie Lil. - Musimy już ruszać. Na pewno nie idziesz z nami?
- Nie, już zdecydowałem się. Nie idę z wami, tu jest moja nowa rodzina i dom. Wybaczcie...
Rodzeństwo i matka przytulili mnie. Miałem wizję*:
Ja i Kari spotykamy się z moją rodziną, wokół nas biegają jakieś szczeniaki. Nie mogę się ich wszystkich policzyć, bo biegają za szybko. Moja partnerka je woła i wszystkie do niej podbiegają. Skaczą po niej, biegają, bawią się. Podchodzę do nich. Kładę się obok i szczeniaki zaczynają gryźć mnie za uszy i ogon. Pozwalam im na to - przecież to tylko dzieci...

- Do zobaczenia - powiedziałem.
Popatrzyli się na mnie. Nie myśleli, że jeszcze kiedyś się spotkamy... Poszli. Athorus na przedzie. Reszta za nim. Na końcu szła Liv. Popatrzyła na grób Ryana. Uroniła jedną łzę i zniknęła za horyzontem.

*Blue ma moc przewidywania przyszłości. [przyp. Alfy]

Od Kari: Spotkanie z matką Blue'a

- Kari, to moja matka - Maddie. Mamo, to moja partnerka - Kari - powiedział Blue.
- Cześć.
- Hej. Co ci się stało? - zapytała.
- Napadł na mnie członek Mafisu. Zabiłam go.
- Pomogę ci - powiedziała. - Umiem uleczać dotykiem...
Dotknęła mnie, poczułam ciepło w miejscu rany.
- Gotowe.
Spojrzałam na mój bok - po ranie nie było śladu.
- Dzięki... Blue, idziemy się przejść?
Przytaknął. Poszliśmy do jaskini, w której ukryłam się podczas wojny z Mafisem. Położyliśmy się obok siebie. Wtuliłam się w sierść mojego partnera... Wiedziałam, że na pewno będzie chciał odejść ze swoją rodziną...
- Blue...
- Co kochanie?
- Czy... Czy odchodzisz ze swoją rodziną? 

 Blue?

czwartek, 27 lutego 2014

Od Retiny

Basior nic nie mówił. W sumie i tak nie czekałam na żadną odpowiedź. Zrobiło się cicho. Może dla niektórych byłoby to niezręczne, ale mi to nawet odpowiadało. Chciałam popatrzeć mu w oczy, zobaczyć co myśli, ale odwrócił głowę. I co teraz by tu zrobić? Skoll wydawał się trochę zawstydzony. Pewnie nie chciał, by ktoś go słyszał wtedy.
- Może przejdziemy się... do Oazy - zagadnęłam.
- Oazy? A co to? - Widać było, że już nie czuł się niezręcznie. Powróciła ciekawość.
- To takie pewne miejsce. Jest dobrze ukryte przez skały. Trochę się natrudziłam, by je znaleźć - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego.
Nie powiem, żeby było w moim zwyczaju być życzliwą, ale towarzystwo Skolla jakoś nie pozwalało mi rozmyślać, tylko jakoś się zachowywać (zazwyczaj podczas rozmów odlatuje w chmury, jak ja to mówię rozkminiam, i wspominam moją historię).
Ruszyliśmy na zachód. Słońce ostro dawało po oczach, jakby wczorajsza burza się nie zdarzyła! Wreszcie po godzinie dotarliśmy do Oazy. Skoll póki co jej nie widział, znajdowała się za skałami. Przeszłam przez wąskie skalne przejście. Dla mego towarzysza trochę je powiększyłam, w końcu był umięśnionym basiorem, a ja szczupłą waderą.
Naszym oczom ukazał się piękny widok. Oaza w rzeczywistości była małym źródełkiem czystej wody otoczonym surowymi czerwonymi głazami. A dlaczego nikt tego miejsca nie znalazł? Zwiadowcy nie mogli jej zobaczyć z powietrza - skały były bardzo wysokie, więc nikt nie trudził się, by przelecieć nad nimi, raczej okrążali tę górę. Na samym szczycie nie było stożka, tylko wielki okrąg, przez który wpadały ostatnie promienie słońca do tej kryjówki. W południe było dokładnie po środku sklepienia. Podłoga także miała kształt koła większego niż otwór na górze, więc ściany leciały po skosie, poszarpane czasem. Jeziorko było malutkie, średnicy długości niedużego wilka, ale jego woda była naprawdę smaczna...
Stanęłam przy źródełku i rozejrzałam się. Kochałam to miejsce za to, że nikt o nim nie wiedział. Teraz jednak już ktoś je zna. Zdałam sobie sprawę, że on potrzebuje tego miejsca bardziej. Taki samotnik, tak podobny do mnie.
- To miejsce musiał chyba stworzyć jakiś wilk ziemi - rzekł Skoll..- Otwór w górze raczej sam z siebie okrągły by nie był. Tak jak podłoga, okrągła i płaska.
- Mhm. A i owszem. Popatrz na wodę. - Basior podszedł i wbił wzrok w serce Oazy.
- Nic nie widzę. Chociaż, czekaj.... Tu są inicjały D+E!
- Owszem. Prawdopodobnie jeden z nich był wilkiem wody. Jeziorko przecież chyba nie powinno mieć takiej smacznej wody, skoro jest położone na kruszących się głazach.
Skoll uśmiechnął się, a ja odwzajemniłam się tym samym. Po chwili spuścił wzrok i położył uszy po sobie.
- Ech... Retino...
- Hm?
- A z resztą nieważne - wycofał się.
- Musisz coś wiedzieć o tym miejscu. Co prawda nie mam pojęcia kim były te wilki, ale stworzyły tu niezłą twierdzę. Nikt o tym miejscu nie wie, oprócz nas, rzecz jasna. Przychodź tu, kiedy chcesz. I taka mała prośba, nikomu nie mów. Nie lubię, gdy ktoś wie, gdzie mogę być - powiedziałam i spojrzałam na Skolla. 

Skoll? PS Bardzo ładnie piszesz.

Od Royala: Te kilka dni #3,5

Szła w moim kierunku mocno chwiejnie. To wszystko zaczęło ją przerastać. Zresztą mnie też. Przecież moglibyśmy to odłożyć na kiedy indziej. A to już tak niedługo. Tylko dwa dni. Dwa dni pozostały do końca ciąży, a ona dokłada sobie zmartwień.
- Musimy iść - powiedziałem oschle.
- Nie.
- Via, one nie odejdą. No chyba, że zależy ci bardziej na nich niż na mnie i na szczeniakach.
Um... nie chciałem, by to tak ostro zabrzmiało, ale musiało. Jeśli zaznajomi się z nową mocą troszkę później to nic się nie stanie. A porodu raczej nie przełoży.
- Ale...  - zaczęła ze łzami w oczach.
- Nie widzisz tego, że ledwo idziesz? Boję się, to dla waszego dobra - odparłem.
Via posłusznie ruszyła za mną, ale nic się nie odzywała. Mam nadzieję, że mi to wszystko kiedyś wybaczy, no i zrozumie...

Od Odalis

Zaprowadziłam Nightmare'a do watahy. Wilki siedziały wokół ogniska i debatowały na ważne i nieważne tematy.
- Zobaczcie, kogo przyprowadziłam - pochwaliłam się wilkom.
- Nie ty jedna - wyszczerzył się Damon i wskazał na jakąś wilczycę.
Miała ciemne umaszczenie i dużą grzywkę, która od razu rzucała się w oczy.
- Jestem Odalis, a to jest Nightmare. Myślę, że resztę zdążyłaś poznać - zagadałam do niej.
- Lithuain Luuferia Luu Monstre Electrous Air - powiedziała z kamienną miną.
- Miło cię poznać - bąknął Nightmare.
- To ja skoczę po jakąś przekąskę - wycofałam się, zostawiając ich samych.

Nightmare? Lufie? :D

Od Ajaxa

Spacerowałem spokojnie. Nagle ziemia zaczęła drżeć, zobaczyłem Shante uciekającą, a za nią pękającą ziemię. Pobiegłem jej na pomoc. Wilczyca prawie spadła, ale chwyciłem ją za łapę.
- Wszystko dobrze? – zapytałem.
- Prawie… - odpowiedziała.
Wyciągnąłem ją powoli.
- Dzięki – uśmiechnęła się.
- Nie ma za co! A tak właściwie… Co robisz tu sama?

Shante?

środa, 26 lutego 2014

Od Skolla

- A więc spróbuję - powiedziałem po chwili.
Wadera delikatnie uśmiechnęła się i złapała mnie za łapę. Przeszedł mnie dreszcz, jak zawsze w obecności innych wilków. Patrzcie państwo, samotnik, rozmawia z waderą...
Nie minęła chwila, gdy znaleźliśmy się w watasze. Nareszcie mogłem pobyć sam.
- Dzięki - szepnęła wadera.
- Nie ma za co...
Po tych słowach przeteleportowałem się. Byle jak najdalej od innych. Ja nie umiem... nie umiem przełamać się tak szybko co do innych wilków. Zresztą, nie kontroluje energii w obecności innych. A co, jeśli kogoś przypadkowo wysadzę? Muszę nauczyć się kontroli...

*

Do reszty wróciłem dopiero, gdy zapadał zmrok. Wiadomo, zabrałem trochę jelenia i po prostu położyłem się spać. Niewiele później obudziło mnie wycie. Nadstawiłem uszu i od razu rozpoznałem Retinę. Następnie wyło już kilkanaście wilków. Ehh... Ból. Po co sobie rozdrapywać rany? Przecież to nie pomoże. Trzeba nauczyć się żyć samemu, po swojemu. Ale co ja tam wiem... Nie poznałem rodziny i tak było lepiej. Może czasem, kiedyś, dawno temu, czułem ból , ale teraz coraz mniej. Widząc radosne szczeniaki, miałem ochotę je rozszarpać. Chciałem być tak jak one, ale wiedziałem, że niczego nie zmienię. Jestem sam. Tu, wszędzie i na zawsze. Po co mam być inny? Dla kogo? Nie, już się nie łudzę. Nikt mnie nie pokocha. A nawet jeśli, to ja raczej nie będę zdolny. No chyba, że to będzie ta jedyna. Ale już od wielu lat mogłem o niej pomarzyć. Cóż, i w końcu powyłem cicho do innych. Cichutko, że tylko ja słyszałem. Ale może to był pierwszy krok. Do szczęścia, do bycia zakochanym...

*

Wstałem obolały w środku i na zewnątrz.
- Trzeba było nie kłaść się na kamieniach - prychnąłem.
Ciekawe, czemu zawsze zwalałem winę na innych. Może tak było po prostu łatwiej. Wyczerpany stałem nad wodą i piłem. Był przynajmniej jeden plus wyczerpania - mogę kontrolować energię. Nie zauważyłem przyjścia wadery. Ledwo co piła i miała mocno ochrypnięte gardło.
- Jesteś odważna - powiedziałem beznamiętnie.
- Ty też.
- Co masz na myśli ?
- Dobrze wiesz. Masz ładny głos, ale mógłbyś wyć trochę głośniej. Uwierz to pomaga.
A jednak ktoś słyszał. Ehh... I co teraz miałem jej powiedzieć? Trudno. Nie muszę mówić nic, ona nie oczekuje odpowiedzi. A może?... Nie, nie... Nie umiem...

Retina?

1900 post napisała...

...Via! Otrzymuje w związku z tym 5 Punktów.

Przypominam, że nagrodę otrzyma także autor 2000. posta, po czym konkurs (a właściwie losowanie) zostanie już zakończone.

Z Zapadlisk... a właściwie ich granicy pozdrawia Alfa Marchesa,
która już wkrótce zaprowadzi Was do nowego miejsca.
Będzie mokro i orzeźwiająco!

Od Vii: Te kilka dni #3

Nowa moc?! Ale skąd? To niemożliwe... nie? Co mam robić? Czyli od teraz widzę duchy. A czy tylko? Co jeszcze?! Nie wyrabiam. Dobra, Via, ogarnij się. Jeśli je widzisz, to musi być tego powód. No błagam... Niby jaki?
- Ja nie mam nic wspólnego z duchami - fuknęłam.
- Od teraz już masz - odparł Royal.
Spojrzałam na niego oschle.
- Dzięki - wymamrotałam i podeszłam do jednego ducha.
No i tu się rodził problem. Co ja powiem? No chyba nie "Cześć duchu, czemu cię widzę?" Jakbym się wystarczająco nie skompromitowała. Ale muszę się odezwać. Przecież dookoła mnie było ich więcej.
- Ekhem - chrząknęłam cicho.
Nikt nie zwracał na mnie uwagi i nadal panował głośny gwar.
- Ekhem! - odchrząknęłam tym razem głośniej.
Nareszcie ucichły! Przecież można było oszaleć. Dobra, pierwszy krok zrobiony... ale co teraz? Chyba muszę się poradzić Royala...

Od Retiny: Moja historia

Pamiętam, że to był najpiękniejszy dzień, jaki dała natura. Dotykałam ziemi moimi małymi łapkami radośnie piszcząc. To był dzień, gdy mama wyprowadziła nas z jaskini. Moi bracia już tarzali się po ziemi i wrzeszczeli wniebogłosy. Siostry biegały w kółko. A ja? Mnie zachwycił ogrom natury i miejsca, w jakim żyjemy. Oddaliłam się trochę od stada. Zobaczyłam małe jeziorko, staw. Zanurzyłam w nim końcówkę łapy i szybko cofnęłam. To było nieprzyjemne.
- Retino, oto staw, a w nim woda - rozbrzmiał boski głos mojej matki.
Reszta rodzeństwa była za mamą i wychylała leciutko łebki. Ja postanowiłam, że wejdę do tego nieprzyjemnego. Mama nazwała to wodą, więc pewnie wie, co z tym się robi. Zawsze to ja ze stada byłam pierwsza. Pierwsza wyszłam z jaskini. Pierwsza zaczęłam ssać mleko, pierwsza nawet zaczęłam widzieć! Zanurzyłam głębiej nogi, po czym cała zniknęłam. Na szczęście woda była płytka. Moja mama weszła ze mną i położyła się na dnie. Reszta weszła na nią i wtuliła się w to miękkie matczyne futro.
- Ret, nie idź dalej. Chodź do mnie.
Reszta dnia mijała powoli i w atmosferze radości. Tak... To były czasy. Ale najgorsze było po tym.

**

Miesiąc później...
- Ret! Ret uciekaj! - krzyczała mama.
- Ale co z resztą?
- ZAPOMNIJ!
- Mamo, nie, ja nie muszę!
- Uwierz mi, kochanie. Inni są już gdzie indziej.
- A tata? - W tym momencie wielki głaz spadł tuż koło mamy. Instynktownie zdążyłam go wygiąć.
Póki co byłam bezpieczna. Ale mama ma rację. Wielkie kamienie nie patrzą, kto ma moc a kto nie. Prędzej czy później jakiś głaz zwali się na mnie i moje moce na nic się nie przydadzą. Zachowując czujność, popatrzyłam na mamę.
- Tata niedługo spotka się z losem innych - rzekła z zimną krwią, ale widać było jej ból. I spokój.
Uciekałam na oślep. Wszędzie dookoła mnie walały się kamienie. Zlatywały z góry, powalały drzewa staczając się po zboczu. Zboczu śmierci. Tę sytuacje trudno opisać. Gdyby nie Kojot, który nas tu zagonił, gdyby nie Jamot, który zburzył konstrukcje. A teraz go nie ma! Nie ma rodzeństwa, matki, ojca. Coś zabolało mnie w sercu. Poczułam to. Mój ojciec zginął. I zobaczyłam coś jeszcze. Przed oczami stanęła mi Jentina i Mirraona przytulone do siebie, skulone pod głazem, tak by na nie nie spadał gruz. Zobaczyłam to w duszy, a potem na żywo. Zaczęłam biec szybciej.
- Jentina! Mirraona! - krzyknęłam. Były tak blisko.
Tuż przede mną zwalił się wielki stos kamieni. Zupełnie zapomniałam o mojej mocy. Nie mogłam sobie potem tego wybaczyć. Moje siostry zostały zakopane żywcem. Nagle wszystko ucichło. Jakby zrobiło to, co trzeba i poszło spać, usypiając przy tym wszystkich innych. Wreszcie wróciła mi moc. Roztapiałam kamienie jak najszybciej umiałam, płacząc przy tym niemożliwie. Po paru minutach zobaczyłam je. Leżały martwe, skulone obok siebie z zamkniętymi oczami. W tym momencie chciałam do nich dołączyć. Miałam zaledwie 6 miesięcy, a już musiałam radzić sobie sama. Popatrzyłam dookoła. Wszędzie kamienie i powalone konary drzew. Poszłam do miejsca, gdzie była moja matka. Nie było jej tam teraz, nie wiem, co się stało. Czułam się pusta i wybrakowana. Bez matki, bez ojca, bez rodziny.
Następne dni mijały wolno i melancholijnie. Zbierałam jedzenie, piłam, spałam. Ale nie byłam tego świadoma. Myślami byłam przy tym, co się stało. Przy tym, co zabiło moją rodzinę. Oczywiście wróciłam tam i pochowałam moje siostry. Reszty nie udało mi się znaleźć. A może nie chciałam ich znaleźć?
Tak, tak wiodło się moje życie przed przybyciem tu. Aż trudno uwierzyć, że moja mama była znakomitym szamanem, możliwe, że nawet potężniejszym od Exaliosa. Była świetlista i mądra. A mój ojciec? Kochał nas nad życie. Kochał. Teraz odnalazłam spokój w watasze, która chciała mnie przyjąć. To było dla mnie jak wielki prezent. Być częścią rodziny, której nie stracę. Która się wspiera i pomaga sobie nawzajem. Nigdy nie oddam nikomu tego prezentu, a zawsze będę wspominać go z wielką radością.

Od Nightmare'a

- Właściwie to tak... - mruknąłem.
- To trafiłeś pod dobry adres! Witam, jestem Beta Odalis watahy z Magicznej Doliny.
- Ou, fajnie - powiedziałem. - A-a czy mógłbym dołączyć?
- No, owszem! - odpowiedziała.
- Super! Ale mam jedno pytanie... - zacząłem.
- Jakie? - spytała zaciekawiona.
- Czemu " z Magicznej Doliny"? - spytałem.
- Jesteśmy taką koczownicza watahą, a naszym miejscem była Magiczna Dolina, lecz gdy tam pojawiła się susza, musieliśmy wyruszyć w podróż. Nikt nie wie czy wrócimy do Magicznej Doliny, ale każdy, kto był w Magicznej Dolinie pragnie tam wrócić, tak jak mówiłam, jesteśmy koczowniczą watahą, więc czy odważysz się ruszyć z nami w tą niesamowita podróż?
- Tak, poradzę sobie - odpowiedziałem.
- No, to ruszaj za mną. Zaprowadzę cię do miejsca, gdzie aktualnie przebywamy - powiedziała i ruszyliśmy.

Odalis? Wiesz, bardzo długie Xd

wtorek, 25 lutego 2014

Od Odalis

Spacerowałam, gdy nagle wpadłam na wilka. Przerwał mi on rozmyślania, jak idzie moim dzieciakom.
- Jak się nazywasz? - zapytałam.
- Em... Nightmare... - odpowiedział zaskoczony samiec.
No cóż, nie każdy jest taki przymulony jak ja...
- Podejrzewam, że szukasz watahy? - ciągnęłam dalej, myślami będąc daleko.
- Właściwie to tak...

Nightmare? Weny brak! Xd

Od Royala: Te kilka dni #2,5

Byłem zajęty, gdy usłyszałem Vię.
- Royal, chodź tu! - krzyczała podekscytowana przed jaskinią.
 Zaczynałem się bać. A może coś nie tak ze szczeniakami? Nie, nie, to niemożliwe. Musiałem szybko wybiec i zobaczyć, co się dzieje.
Gdy tylko wyszedłem, ona zaczęła biec. Nie miałem wyboru, więc kierowałem się za moją partnerką. Biegliśmy przez 5 minut, aż nagle Via stanęła.
- Widzisz? - spytała.
- Ale co?
- Noo... duchy... widzisz, prawda?
- Nie. Via, tu nic nie ma - powiedziałem przerażony.
- Ale... ja je widzę! Wyraźnie i to nie pierwszy raz - jąkała.
- A może... zdobyłaś moc - szepnąłem.
To było w miarę możliwe, ale jak? Czy moce przychodzą od tak? Może to szczeniaki, znaczy, dzięki ciąży została tym obdarowana? Wszystko było mocno podejrzane...

Profil wilczycy Lithuain

Imię: Lithuain (pseudonim Lufie)
Przydomek: Electrous Air
Płeć: samica
Wiek: 4 lata
Pozycja: Delta
Zawód: zwiadowca
Partner: Ha ha ha! Bardzo śmieszne! Kto by ją chciał?!
Rodzina:
Rodzice: matka Quy i ojciec Zeon (prawdopodobnie zostali zamordowani przez wrogie wilki)
Rodzeństwo: zaginiona siostra Verdin i zmarły brat Qeru
Żywioł: powietrze
Umiejętności:
- poruszanie się z prędkością nadświeltną
- telepatia
- możliwość zmiany w innego wilka (wyglada dokładnie jak wybrany przez nią wilk; głos się tylko nie zmienia)
Opis: Wilczyca o szaro-brązowym futerku z dodatkiem bieli i beżu. Po jej ramionach spływają długie i gęste czarno-fioletowe włosy, które przy końcówkach mają odcień wanilii.
Jest szczupła, wręcz wychudzona. Nie jeden patrzył na nią jak na konającą istotę. Tak naprawdę Lith jest zadowolona ze swojego wyglądu. Dzięki temu jest lekka, co pozwala jej na realizacje jej ulubionego zajęcia - chodzenia po drzewach.
Długi ogon nie raz plącze jej się pod nogami. Bardzo często się o niego potyka, co jest dla niej dość kompromitujące, szczególnie w obecności innych wilków. Mimo to nie skróci go nawet o włos. Jest dla niej jak skorupa dla żółwia. Nie raz zdarzyło jej się spać pod gołym niebem opatulona swym ogonkiem.
Gdyby się przypatrzeć, sierść wilczycy delikatnie błyszczy. Jest miękka i gładka, bez kołtunów. Lithuain porusza się równym krokiem, lekko i elegancko, zawsze z podniesioną głową. Jej głos jest wysoki, jednak troszkę chrypliwy.
Niebieskie oczy z prawie niewidoczną źrenicą odziedziczyła po matce. Czasami wilki myślą, że Lith nie ma źrenicy. Ona sama nie widzi w tym nic dziwnego. Może dlatego, że rzadko ogląda się w lustrze...
Niebieski nos i małżowinę uszną jak i kolorowe pazury ma po ojcu. W jej rodzinnej watasze uznano go za "wilka innego, złego gatunku", przez co razem z potomstwem został wygnany. Naturalnie jego partnerka podążyła za nim i uciekli. Lithuain z dorosłym rodzeństwem powędrowali w inną stronę. Po rozłące jedyną wiadomością od reszty była wizyta i szczere kondolencje przyjaciółki brata, który niestety oszalał bądź został opętany i zrzucił się z urwiska, lądując w głębokim rowie.
Lith niespecjalnie się tym przejęła, bowiem nie miała dobrych relacji z swym bratem. Ruszyła przed siebie wkrótce docierając do Magicznej Doliny, gdzie dołączyła do watahy zamieszkującej te tereny.
Trzeba wspomnieć, iż Lithuain została ochrzczona dłuższym imieniem, które brzmiało: Lithuain Luufiera Luu Monstre Elctrous Air. Nie przepada za skrótami typu " Luu" czy "Monstre". Pewnego razu siostra nazwała ją Lufie, czego wcześniej nienawidziła, jednak później zaakceptowała.
Dobrze, przejdźmy do charakteru.
Lith choć może się wydawać wredna, wcale taka nie jest. Jej zachowania nie można nazwać "złośliwym". Jest raczej oschła i nieufna, ale nie wredna.
Mało kto ma okazję i możliwość poznać ją w pełni. W środku jest ciepłą, wrażliwą i tchórzliwą wilczycą.
Bardzo dobrze ukrywa to przed resztą. Kłamie jak z nut.
Nie przepada za towarzystwem wilków których nie zna. Nie otwiera się przed kimś od tak, choć zdarzają się chwile, gdy desperacko poszukuje rozmówcy. Mimo to stara się unikać tego typu sytuacji. Woli być otaczana swymi myślami niż fałszywymi przyjaciółmi.
Zdarza się, że powie coś, czego nie powinna. Bardzo często papla na lewo i prawo, jednak gdy trzeba, potrafi mówić szybko, jasno i zwięźle.
Jest szybka, zwinna i sprytna. Potrafi wykazać się inteligencją. Jest ostrożna i uważna, koncentruje się na czymś, co ma zrobić i uparcie będzie dążyć do celu.
Zawsze jest czujna. Nieprzewidywalna. Poważna, bez poczucia humoru. Można ją szybko wyprowadzić z równowagi. Nie lubi niespodzianek. Nie okazuje słabości. W walce nie zna litości i nie oczekuje jej od przeciwnika. Nie jest mięczakiem ani małym dzieckiem. Jest urodzonym zwiadowcą.
Punkty: 10

Profil wilka Nightmare'a


Imię: Nightmare
Przydomek: z Rodu Ognia
Płeć: samiec
Wiek: 4 lata
Zawód: wojownik
Partner: szuka
Rodzina: Matka - Sierra, ojciec - Storm, obojga opuścił
Żywioł: ogień
Umiejętności: 
~ Przemiana w smoka cieni (nieopanowane).
~ Widzenie w ciemności.
~ Samozapłon.
Opis: Nightmare posiada następujące cechy charakteru: jest uczciwy, wierny, szczery, śmiały, zabawny, łobuzerski, chamski dla chamskich, sprytny i uparty jak czegoś bardzo chce oraz boi się, że kogoś skrzywdzi (w historii masz wyjaśnione dlaczego). A jego historia brzmi tak: Nightmare był następcą Alfy, ale jego plany popsuł mu smok, który zaatakował jego rodzinną watahę, nazywaną też "miastem". Ostateczny cios smokowi zadał właśnie on, lecz tak na prawdę go nie zabił, tylko przepędził. Pewnej nocy smok przyszedł do niego jako malutki smok mniejszy od niego i zażądał arcyklejnotu, z początku samiec sprzeciwiał się, ale później smoczysko ukąsiło go, wpuszczając jad do krwi Nightmare'a, wtedy jeszcze nie wiedział, że był to tylko przypadek smoka z tym jadem, bo wcale nie chciał tego zrobić, lecz ostatecznie ta okropna gadzina starała udawać, że nic się nie stało. W końcu Nightmare oddaje klejnot, a władzę odbiera jego najlepsza przyjaciółka, która... nie zdążyła mu wyznać miłości, bo Nightmare bał się, że kogoś skrzywdzi, jako iż jad pozwolił mu zamieniać się w smoka, ale gdy zbyt bardzo się zdenerwuje, traci kontrolę nad bestią. Watahę znalazł przypadkowo, nawet nie wiedział, że znajduję się tu jakaś wataha. I tak rozpoczęła się jego przygoda, przygoda życia.
To drugi wilk Shante.



Od Shante

Wzdycham siedząc na ziemi, bo zostałam sama, kompletnie sama. Wolpy odszedł, Flones odnalazł swoją mamę w watasze mojego brata, a o partnerze nie ma co mówić, byłam sama. Nie miałam nic do roboty, siedziałam tak i patrzyłam się w niebo. Ściemniało się już, a że ja byłam daleko od watahy mogłam już wracać. Nagle usłyszałam jakiś dźwięk, dźwięk spadających kamieni. Spojrzałam się do tyłu i zauważyłam, że ziemia zawala się za mną! Od razu pobiegłam do przodu. Ziemia zawalała się za mną, a ja biegłam dzielnie do przodu. W końcu zapadająca się ziemia dogoniła mnie, ale ktoś złapał mnie za łapę...
- Wszystko dobrze? - zapytał.
- Prawie - odpowiedziałam. 

Ktoś?

Od Arashine: Pomocna jak siostra

Jestem uratowana, jednak mój instynkt podpowiada mi, że coś tu na nas czyha. Lavionia stoi wyprostowana, jej wszystkie mięśnie są napięte. Kiedy próbowałam unieść głowę, poczułam tępy ból w okolicach kręgosłupa. Syknęłam z bólu, ale zagryzłam zęby i starałam się nie myśleć o tym okropnym uczuciu. Podniosłam się na przednich łapach, w tylnych całkowicie straciłam czucie.
- Hej, nie ruszaj! Bo będzie jeszcze gorzej - upomniała mnie wadera.
- Gorzej już chyba być nie może i musimy się stąd wydostać, a tobie nie uda się mnie unieść - odpowiedziałam spokojnie.
- Przecież moim żywiołem jest wiatr, prawda? Poradzę sobie.
- Wynośmy się stąd, nie podoba mi się tutaj. Jest niebezpiecznie, a nie chcę, żebyśmy obydwie tu utknęły. - Starałam się ignorować fakt, że moje nogi były w opłakanym stanie. Gdyby nie Lavonia, byłabym martwa. Jest dla mnie jak siostra, jeśli coś jej się stanie, nie wybaczę sobie tego. Wilczyca uniosła mnie dzięki swojemu żywiołowi i ruszyłyśmy w drogę, chyba… Później nie potrafiłam określić, gdzie jest dół, a gdzie góra…

Lavionia?

Od Retiny: Moje rozkminy

Usiadłam na skraju małego urwiska i zaczęłam rozmyślać.
Życie jest skomplikowane i pogmatwane. Czasem, któremuś z wilków uda się dotrzeć do sedna, misji. Do czegoś, co będzie robił z zapałem i niezbędną energią. Do wykonywania swojego przeznaczenia.
Moje całe życie nie układało się dobrze. Na początku śmierć rodziny. Potem pałętanie się pod nogami innych watah. Dorastanie bez miłości i bez chwili odpoczynku. Wszystko było na mojej głowie. A mówiąc wszystko, mam na myśli moje życie. Od pierwszych lat jesteśmy przyzwyczajani, że ktoś się nami zajmuje. Najpierw matka i ojciec, potem partner, a na samym końcu nasze własne dzieci. Chyba, że ktoś lub coś zburzy poukładany system. Lawina, powódź, śmierć bliskich na chorobę. Wtedy system znika, a my wchodzimy w przestrzeń pełną przemocy, niedogodności i przeszkód, coraz częściej stających nam na drodze. Takie życie także jest po coś. Niektórym ono odpowiada, ba! Wręcz cieszą się z samotności. Ale nie zawsze tak to się kończy. Bycie samotnym wilkiem może i wydaje się miłe i przyjemne. Ta samotność, wolność! Nikt za ciebie nie decyduje, nikt ci nie mówi co masz robić. Jesteś jakby jednoosobowym stadem, alfą swojego życia. A bycie alfą to obowiązki, ogromna odpowiedzialność. Myślicie, że my, Opuszczeni, żyjemy dobrze? Nie. Nasze życie to pasmo niedogodności i końcowy spokój. W większości przypadków spokój to śmierć. Niektórzy jednak nie poddają się i walczą jeszcze zacieklej z obecnym życiem. Mi zaczynało brakować sił. Gdy tu dołączyłam, nie było ze mną najlepiej. Gdyby nie szamani i zielarze, mogłabym nie przeżyć. Niedługo przed dotarciem zaatakował mnie orzeł. Rozszarpał mi kark. Przeżyłam. Tak jak większość z Opuszczonych, znalazłam ukojenie w watasze. To dlatego czuje powiązanie z Vią. Dlatego, że Opuszczeni są wielką rodziną. Może nie wspieramy się tak często. Ale mamy siłę. Siłę, by przetrwać. By żyć.
Tej nocy na terenach całych Zapadliskach Udręczonych dało się słyszeć moje donośne wycie. Wycie przepełnione bólem, wyrażające całą mnie. Wycie to wyrażanie siebie. To odkrywanie przed innymi całego twojego jestestwa i tego, co czujesz. Dzisiaj się otworzyłam. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedziały mi inne głosy. Głosy tych, którzy mnie rozumieli, którzy przeżyli to, co każdy Opuszczony. I razem w bezgwiezdną noc rozbrzmiewały głosy wilków, które nie odnalazły jeszcze swego prawdziwego losu. 

Jeśli ktoś chce dokończyć, to bardzo proszę.

Od Vii: Te kilka dni #2

Byłam mocno wkurzona i zawiedziona. Czemu mi nie wierzy? Powinien być dla mnie oparciem, a jak na razie to było odwrotnie. A przecież ciąża to nie żadna choroba! Faceci...

*

Biegłam w miejsce, gdzie widziałam duchy. Może znów tam będą?
- Przynajmniej przekonam się czy mam zwidy - szepnęłam cicho i zwolniłam krok
Miałam nadzieję, że mam rację. No i... miałam.
Znów widziałam kilka, a może kilkanaście duchów. Kim byli? Nie wydawało mi się, że kogoś poznaje. Czekaj, wróć... Skąd miałabym znać jakiegoś ducha?!
- Muszę przyprowadzić tu Royala - powiedziałam prawie niedosłyszalnie...

poniedziałek, 24 lutego 2014

Od Blue: Rodzeństwo #8 Zakończenie - dobre, czy złe?

Wszyscy poszliśmy na pogrzeb Ryana. Ktoś wykopał głęboki dół. Zawinęliśmy Ryana w skóry karibu, którego jest tu mnóstwo. Położyłem łapę na ciele mojego brata i przeteleportowałem się na dół grobu. Przytuliłem go mocno i znowu znalazłem się na powierzchni. Wszyscy zaczęli zasypywać ciało piaskiem. Gdy ciało mojego brata zostało całkowicie zakopane, wilki ziemi przytoczyły  wielki głaz i położyły na jego grobie. Lil podeszła do grobu Ryana i wyryła tam coś pazurem. Cała wataha podeszła do grobu. Na grobie mojego brata Lil napisała:

"Tu leży Ryan White Moon. Został zabity przez Seloco White Moon (brat z innego miotu), na rozkaz Ortanusa White Moon. Ci dwaj wyżej zapisani zostali zgładzeni."
 Nagle coś mi się przypomniało.
- Odalis! Wyruszam pomóc matce. Idę ją odnaleźć. Wrócę za mniej-więcej tydzień. Nie przysyłaj tam nikogo, poradzimy sobie sami. OK?
- Tak, idźcie. Gdzie jest Kari? Nie przyszła na pogrzeb.
- U Exaliosa. Zaatakował ją jeden wilk z Mafisu.

Ja i moje rodzeństwo wyruszyliśmy do zamku Ortanusa, odnaleźć matkę.
Zobaczyliśmy fortecę Ortanusa. Weszliśmy do niej. Nikogo tam nie było, bo cały Mafis został w Zapadliskach Udręczonych. Poczułem zapach jakiegoś wilka.
- Chodźcie!
Weszliśmy do małej jaskini. Zobaczyłem jakiś kształt w kącie.
- Mamo?
- Kto mówi?
- To ja, twój syn Blue. I reszta rodzeństwa, oprócz... Ryana. Uwolnimy cię stąd.
Rozgryźliśmy pnącza i uciekliśmy.
- Muszę iść do Kari. Idziecie ze mną?
Przytaknęli. Poszliśmy wszyscy do Kari. Ciągle leżała na boku, ale już była przytomna.
- Kari, to moja matka - Maddie. Mamo, to moja partnerka - Kari. 

Kari?

Od Retiny: Nowe doświadczenie

Biegłam raźnym krokiem. Co prawda rozpętała się niezła burza, ale mnie to nie obchodziło. Raźnym krokiem przemierzałam mokre, rozpuszczone pola. Postanowiłam pobiec szybciej. Doskonale radziłam sobie w deszczowych warunkach, jak z resztą w każdych. Zamknęłam oczy.
- Ał! - krzyknął ktoś.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że wpadłam na Skolla. Może i nawet z otwartymi bym wpadła. Widoczność nie była zbyt duża. Przysunęłam się, żeby przyjrzeć się temu basiorowi. Był trochę wstydliwy. Popatrzył się na mnie ze zdziwieniem.
- Retina? - powiedział lekko rozkojarzony.
- Tak - powiedziałam cicho. - Chyba mocno dostałeś w łeb. Choć, zobaczymy, co ci się stało.
Zaprowadziłam go do pobliskiej jaskini (bo teren znałam już na pamięć) i usiedliśmy sobie na ziemi, jeśli ziemią można nazwać pokruszone kamienie.
- A więc.... Boli cię coś, Skoll?
- Yyyy.... Nie, nie. Trochę dostałem w głowę.
Siedzieliśmy spokojnie naprzeciw siebie i patrzyliśmy jedno w drugie. Nie powiedziałabym tego na głos, ale Skoll pociągnął jakąś strunę w moim sercu. Nie wiem, o co chodziło. W wcześniej praktycznie się nie spotkaliśmy, ale... Czułam coś, czego nie mogłam opisać. Sam w sobie basior był ładny. Czuć było od niego lekki zapach elektryczności. Nagle zabłysnął białym światłem. Odskoczyłam od niego i przyjęłam pozycje bojową w kącie jaskini.
- Hej! Przepraszam, ja tego nie kontroluję, to elektryczność.
- Aha... - rzekłam nieufnie.
- Wiesz, raczej nie wydostaniemy się z tej jaskini wcześnie. Znaczy, mógłbym nas teleportować, ale nie wiem, czy chcesz.
- Teleportacja? No w sumie. Żyjemy przecież w świecie, gdzie nawet wskrzeszanie jest czymś normalnym. Mogę spróbować. 

Skoll?

Profil wilka Skolla

Imię: Skoll
Przydomek: Bringer (stara się go ukrywać)
Płeć: samiec
Wiek: 4 lata
Zawód: zwiadowca
Partner: szuka
Rodzina: nigdy nie poznał swojej rodziny
Żywioł: energia
Umiejętności: teleportacja, niewidzialność i wszystkie związane z żywiołem
Opis: Skoll jest cichym i tajemniczym wilkiem. Nigdy nie poznał swojej rodziny, dlatego jest dość trudny w kontaktach. Od kiedy tylko pamięta był sam. Podobno wiele razy trafiał go piorun, ale dzięki swojemu żywiołowi cudem przeżył. Pomimo to basior ma kompleksy. Przede wszystkim nie wierzy, że jakakolwiek wadera może go po prostu pokochać.

Od Odalis

Kilka dni temu Joy, Marchesa i Arashine złożyły mi życzenia z okazji Dnia Bety. Było mi bardzo miło, że pamiętały.
Z tego powodu dzisiaj przypomniałam sobie, że niedługo jest Dzień Delty. Wypadałoby odwzajemnić się i przygotować coś dla Joy. Zrodził się problem... Co?
Pomyślałam, że wykorzystam do tego moje jakże pomocne pociechy.
- Asmin! Fairy! - zawołałam je.
- A ja? - zapytał cicho Romairi.
- Ty też - przytuliłam go, ale szczerze, bałam się, że się wygada. Zaryzykuję.
- Asmin, Fairlyn, Romairi... Mam dla was zadanie. Wybadajcie Joy, z jakiego prezentu by się ucieszyła, dobrze? Tylko dyskretnie - przestrzegłam ich.
- Możesz na nas liczyć! - zawołał radośnie Romairi, który nagle ożywił się.
Fairlyn pokiwała głową i szturchnęła lekko Asmina. Widać już miała plan...

Joy? Jak tam rozmowa z moimi dziećmi? XD

niedziela, 23 lutego 2014

Profil wilczycy Retiny


Imię: Retina
Przydomek: Wallus
Płeć: samica
Wiek: 2 lata
Pozycja: Gamma
Zawód: łącznik
Partner: szuka... może
Rodzina: Prawdopodobnie cała jej bliska rodzina wraz z kuzynami zginęła. Więcej w tym i w tym opowiadaniu.
Żywioł: ziemia, choć bardziej kamienie
Umiejętności: Umie formować kamienie, to znaczy zmieniać ich kształt. Jej orientacja w terenie jest niesamowita. Zawsze zapamięta drogę i dokładnie poda, jak ją przeszli i co tam było. Z nią się nie zgubisz. Szybko biega. Jej bieg jest naprawdę szybki. Potrafi w jeden dzień przemierzyć mnóstwo terenów, co sprawia, że jest dobrym łącznikiem.
Opis: Zanim Retina dołączyła do watahy, była... zupełnie inna. Chociaż nigdy nie zachowywała się jak radosny szczeniak, po "wypadku" z lawiną wyszły na wierzch jej "zimne" cechy. Musiała radzić sobie sama w wieku zaledwie 6 miesięcy. Tak wiec w mechanizmie obrony otoczyła się obojętnością, bezwzględnością i chłodem, które zawsze miała w sobie. Szła przed siebie by przetrwać, mijając watahy, uciekając od nich i zyskując arsenał przeżyć, ciążących jej na barkach. Raz mijała kamieniste pustynie (Zapadliska Udręczonych) gdzie znalazła wilki z Doliny. Miała ciężką ranę po pewnym zdarzeniu w jednym ze stad, więc siłą przymusu wstąpiła do nich na chwilę. Nic nie mówiła, skrywając swoje tajemnice, zachowując się jak najgorszy typ, a oni jak gdyby nigdy nic zgodzili się ją przyjąć i jeszcze zaproponowali, by dołączyła do watahy. Wiele watah, z jakimi miała do czynienia, też jej to proponowało, a ona każdej po kolej odmawiała i to nie był wyjątek. Jednak gdy jej rany były opatrzone, nie mogła dalej wędrować. Coś ją zatrzymało i słuchając się intuicji wstąpiła do sfory.
W watasze wiele się dla niej zmieniło. Najważniejsze - nauczyła się śmiać, czego nie potrafiła od bardzo dawna. Może nie zyskała tu przyjaciół, ale poczuła się częścią czegoś i teraz widzi inny cel niż przetrwanie, nie zmarnowanie życia.
Od małych lat uczyła się jak przetrwać i radzić sobie z życiem. Ci, co ją poznali nawet przelotnie, wiedzą, że nie okazuje uczuć. Tylko czasami, gdy jest wesoła, odkrywa maskę. Po prostu nie potrafi. Nie robi nic pochopnie, jest odważna, ale rozsądna. Od dołączenia cieszy się życiem. I chyba cecha, która przewyższa wszystkie inne - wszystko rozkminia. Kiedyś ktoś ją nazwał filozofem i to całkiem do niej pasuje. I to nie jest marzenie. Ona dawno straciła marzenia.
Woli siedzieć sobie sama lub biegać po terenach. Nie lubi stania w miejscu. Jej mięśnie są w najlepszej formie. Może nie jest siłaczem, ale nadrabia to sprytem. Ochoczo przyjmuje wyzwania z zimną krwią. Zlecenia idą jej szybko.
Punkty: 66

Profil wilczycy Ines


Imię: Ines
Przydomek: Ewodia
Płeć: samica
Wiek: 1,5 roku
Zawód: łowca
Partner: szuka
Rodzina: Rodzice zostali jeńcami innej watahy po przegranej bitwie. Ma siostrę Almę, po której ślad zaginął i chce ją odnaleźć.
Żywioł: woda
Umiejętności: władanie wodą, władanie lodem, fala dźwiękowa
Opis: Jest przyjacielska,chętnie się zaprzyjaźnia. Lubi małe stworzenia. Często buja w obłokach, wrażliwa.

Od Lavionii: Zgubne skutki trzęsień ziemi

Od jakiegoś czasu w moim wilczym życiu nic się nie dzieje. Trzęsienia ziemi nie są już mordęgą, w końcu mogę cieszyć się życiem.
...A jednak nie.
Od ranka czułam, że ciąży nade mną miecz Damoklesa (dla niewtajemniczonych - niebezpieczeństwo). Aby się odstresować, wybrałam się na polowanie.
Słońce oświetlało pobliskie skały, gdy ganiałam za tutejszą zwierzyną. Dotarłam do dzikiego źródła i napiłam się, zmęczona długą gonitwą. Po posiłku składającym się z kilku małych ptaszków położyłam się na ziemi i zasnęłam.
Obudziły mnie silne wstrząsy.
-Trzęsienie ziemi - wymamrotałam. Wstałam i drżąc ze strachu wzleciałam w powietrze. Usłyszałam czyiś skowyt.
- Arashi! - rozpoznałam głos wadery.
Wokół mnie staczały się głazy. Rozum podpowiadał, aby przeczekać wstrząsy, jednak bałam się, że pod Arashine otworzy się szczelina...
Tak, trzeba było działać szybko.
Wołałam długo, ale nie usłyszałam odpowiedzi.
W końcu dostrzegłam ciało wadery przysypane różnej wielkości skałkami.
Użyłam całej swojej mocy i siłą wiatru zepchnęłam kamienie z Arashi.
- Martwa? - Nie, to przecież niemożliwe. Arashine nie mogłaby umrzeć. - Arashi! - Nie mając innego pomysłu, krzyknęłam do ucha Wadery.
Po kilku próbach ocucenia wilczycy, Arashi z trudem otworzyła jedno oko.
- Lavionia? Co się... - urwała.
Wpatrywałyśmy się w powstałą tuż obok szczelinę, w którą wrzuciłam cały stos kamieni. Z wnętrza ziemi dało się słyszeć okrutne wycie. Skowyt dzikich, teoretycznie martwych, Wilków-Duchów.*

Arashine?

*Lavionia nie ma mocy widywania duchów, jednak ten króciutki fragment już odpuścimy. [przyp. Alfy]

Od Royala: Te kilka dni #1,5

Via zaczęła chyba majaczyć. Coś tam mówiła. Chyba, że widzi duchy...
- Via, uspokój się... - powiedziałem zdziwiony.
- Ale... Ja na serio widziałam duchy - mówiła.
- Ja wiem... Wiem, że w ciąży dzieją się różne rzeczy, ale bez przesady - odparłem bezsilnie.
Via spojrzała na mnie z pretensjami. Widać było, że jej wybuch jest blisko. Ale nie teraz. Nie mogliśmy się kłócić.
- To zły moment - szepnąłem.
Wadera odwróciła się wściekle i gdzieś pobiegła. Czułem, że jest mocno nabuzowana. Powinienem ją wspierać, a nie rozzłaszczać.
- Ehh... - westchnąłem cicho i zacząłem ukladać coś w jaskini...

piątek, 21 lutego 2014

Od Arashine: Nadzieja i napięcie

Po dłuższym czasie wreszcie postanowiłam się ruszyć. Zostawiłam szczenięta pod dobrą opieką i udałam się w pewne miejsce, które ostatnio przez przypadek udało mi się znaleźć. Była to mała jaskinia położona niedaleko aktualnego terytorium watahy. Wczołgałam się tam i pogrążyłam się we wspomnieniach.
Dzień, jak co dzień, wraz ze swoimi trzema braćmi wesoło hasałam po łąkach mojej watahy. Wszyscy byliśmy bardzo do siebie podobni. Nagle od strony naszych jaskiń rozległo się wycie. To nie było takie zwykłe wezwanie, lecz krzyk rozpaczy wołający o pomoc. Popędziliśmy w tamtą stronę z zawrotną szybkością. Widok, który tam zobaczyliśmy, był nie do opisania. Ciała martwych wilków były wszędzie. Nasi wrogowie byli czarni jak noc i atakowali bez przerwy. Udało mi się dojrzeć naszą matkę. Kiedy i ona nas zobaczyła było za późno. Usłyszeliśmy tylko urwane w połowie „uciekajcie” i biała wilczyca osunęła się na ziemię. Z przerażeniem zaczęłam się cofać. Na moje rodzeństwo rzuciło się kilka sporych rozmiarów basiorów. Ja z przerażeniem zaczęłam uciekać ile sił na swoich małych łapkach. Biegłam i biegłam…
Nienawidzę każdego, kto śmie atakować moich przyjaciół. Coś przerwało moje rozmyślania. Ziemia zaczęła drżeć, a ja zaklinowałam się w małej szczelinie. Nagle gigantyczne ciężkie kamienie zasypały mnie, boleśnie miażdżąc moje tylne kończyny; byłam w potrzasku. Szamotałam się ile sił, jednak to nic nie dawało. W końcu położyłam głowę na ziemi i zawyłam ostatkiem sił. Później była już tylko ciemność…

Usłyszał mnie ktoś?

czwartek, 20 lutego 2014

Od Vii: Te kilka dni #1

Udało się. Czułam ich bicie. Pięć małych serduszek, które będą kochać nas nad życie. Nie wiedziałam już, jak to opisać. Tylko jak na to zareaguje Shayres? Nie będzie odrzucony? W końcu nie będzie jedyny...

*

Gdy zasnęłam, na początku śniło mi się 5 serc - nic dziwnego. Potem jednak zaczęły mi się śnić koszmary. Bałam się, że nie dam rady. Że nie będę na tyle dobra. Widziałam Hiyo, który je zabijał. Jak się znalazły w Krainie Śmierci? To było tak dawno... Zbyt dawno.

*

Przerażona obudziłam się rano ze snów. Szybko podbiegłam do rzeki i nie wiem czemu, przejrzałam się.
- Fiu, nadal istnieję - powiedziałam sama do siebie, jak wariatka.
Poczułam, że coś ciągnie mnie naprzód. Wydawało mi się, że widzę jakieś duchy, ale nie miałam takiej mocy. Aury...

Od Marchesy: Zamiast radości - przerażenie

- Jest tu kto?! - krzyczałam wciąż.
- Marchesa? Tutaj? 
Nareszcie... Po tylu nieudanych poszukiwaniach usłyszałam znajomy głos. Nie byłam całkowicie sama!
- Victoria! - ucieszyłam się i skoczyłam w jej stronę.
Ale coś mnie szarpnęło do tyłu i w rezultacie stałam znów tam, gdzie wcześniej. Wilczyca podbiegła do mnie.
- Co się dzieje? - zapytała zdziwiona, widząc, jak jakaś siła ciągnie mnie do tyłu, mimo że zaparłam się łapami.
- N-nie wiem... Pomóż!
Jakaś niewyobrażalnie silna moc nieustępliwie ściągała mnie. Nie mogłam się jej oprzeć, a Vicki nie była w stanie mi pomóc. Złapała mnie i nie puszczała, w efekcie obie nas ciągnęło. Posuwałyśmy się coraz szybciej i szybciej.
- Nie utrzymam się! - krzyknęła Victoria. I zaraz po tych słowach mimowolnie puściła.
Ja tymczasem spadałam w przestrzeni. W tle słyszałam wołanie wilczycy. I choć starałam się opierać, coraz bardziej ogarniało mnie uczucie, że to nie tu jest moje miejsce. Nie mogę tu zostać. Jeszcze nie.
Wyłoniłam się z ciemnej pustki i wypadłam do jakiejś groty. Zobaczyłam swoje ciało. Przyciągało mnie jak ogromny magnes.
Nastąpił straszny ból, jakbym wciskała się w za małą skórę. Dajmy na to skórę maleńkiego szczeniaczka. A potem ciemność powiek, do której zdążyłam się już odzwyczaić.
Otworzyłam oczy.
- Udało się - szepnął ktoś wzruszony.
- Co... co wyście zrobili? - zapytałam, choć już dobrze się tego domyślałam. - Czy to jest bezpieczne?
Odpowiedziało mi milczenie. Spojrzałam z przerażeniem na szamana.
- Błagam cię, nie zmieniaj więcej przeznaczenia - poprosiłam. Dawno tak nie dygotałam z przejęcia. - Przynajmniej nie mi. Takie rzeczy się nie zdarzają, rozumiesz? Ja nie chcę brać udziału w tak... takich rzeczach! To Odalis podróżuje i robi niesamowite rzeczy! Nie ja!
Miałam ochotę wybiec. Cała drżałam. Nie potrafiłam objąć myślami tego, co się stało. Nie, to nie było fajne uczucie - pójść Tam i wrócić. Czułam, że tak być nie powinno, jakaś cząstka mnie krzyczała, że należę tam, nie tu.
Ale jakaś też twierdziła, że faktycznie było za wcześnie. Za wiele rzeczy zostawiłam niedokończonych.
Innych w razie wypadku o takie rzeczy się nie pyta, zaprzeczyłam sobie w myślach. Oni też nie zdążyli. A mimo to nie mieli takiego szczęścia.
Wkrótce zasnęłam, wciąż pełna lęku i wątpliwości. Nie ufałam mocy Exaliosa.

Od Exaliosa: Czym jest moc ożywiania?

Zamyśliłem się.
- Tak... Wiele o tym myślałem. Byłem w Zaświatach. Studiowałem wiele ksiąg o tym. Udało mi się wskrzesić łanię.
- Czy... Mógłbyś ożywić Marchesę?
Becie świeciły oczy.
- Mógłbym, ale nie mogę obiecać, że zrobię to dobrze.
Bałem się tego. Bałem się, że zrobię z Alfy jakieś zombie i zawiodę na całej linii. Ale starałem się tego nie okazywać.

*

Marchesa otworzyła jedno oko.

Dokończy Alfa. c;

Od Odalis: Jak popełnić samobójstwo, kiedy nie można?

Biegłam dalej i dalej. Łzy pod wpływem tempa rozlatywały się na wszystkie strony.
Nie obchodziło mnie, jak długo biegnę czy lecę. Czas nie miał znaczenia. Nic już nie miało znaczenia
Dobiegłam do miejsca, gdzie niedawno zawaliła się ziemia. Spojrzałam w dół.
Miałam taką chęć to zakończyć. Skończyć z tą watahą. Już nic mnie nie ruszało.
Pragnęłam tylko zobaczyć Marchesę.
Zachwiałam się. To niemożliwe. Nawet, gdybym skoczyła, przeżyłabym. Rozpłynęłabym się w wiecznym bólu...
A co z Exaliosem? Co z moim cichym, niezauważalnym partnerem?
Desmond... Desmond był inny. Desmond skoczyłby do tej przepaści razem ze mną bez zastanowienia.
A Exalios... Exalios wyjaśniłby mi, dlaczego to jest głupie.
Zastanawiam się, czy na zawsze będę nieśmiertelna. Czy będę patrzyć na Exaliosa, jak umiera i spotyka się z Desmondem, Jasperem, rodzicami... Starym Wilkiem?
Czy Stary Wilk jest nieśmiertelny?

*

- Kochanie...
Od godziny siedziałam nad przepaścią i rozważałam za i przeciw. Przeciw było dużo więcej, ale...
- Kochanie...
Odwróciłam zapłakany łeb.
- Exaliosie...
- Chodź, wracajmy. Wataha na ciebie czeka.
- Exaliosie... Czy ty... Jesteś potężnym szamanem... Nie przyszło ci kiedyś do głowy, żeby zgłębić tajemnicę śmierci? Żeby... Pójść do Zaświatów i z nich wrócić?

Exalios?

Od Royala: Ynii i Ami, cz. 14 - Uśmiech, cz. 2

Ami, Sasha i Shayres postanowili zostać przy Ynii i ją rozweselać. Na prawdę wyglądało do słodko. Gdy wyszliśmy, Via szepnęła mi coś na ucho.
- Udało się - szepnęła zadowolona.
Widziałem, że wadera ma ochotę krzyczeć ze szczęścia i w sumie ja też.
- Jak to uczcimy? - spytałem uśmiechnięty.
- Może chodźmy na górę i popatrzmy na księżyc, jak kiedyś - zaproponowała wadera.
Zapomniałem nawet, jak tego mi brakowało. Ostatnio byliśmy tak zajęci innymi sprawami, że w sumie zapomnieliśmy o sobie.
- Szczęście to najlepsze słowo podsumowujące dzień - powiedziałem powoli wpatrzony w księżyc.
Myślę, że dla wielu osób ten dzień był szczęśliwy...

Via?

Od Ajaxa: Światełko na końcu tunelu

Poszliśmy więc za nieznajomym.
Nastała cisza, a ja trząsłem się z zimna. W końcu mam moc ognia, a po tym wszystkim nie pamiętam za bardzo mrozu z Qickou…
Night jak na oko też nie była zadowolona.
Jednak nieznajomy szedł normalnie. W ogóle wydawał mi się taki podejrzany.
Za mną coś przebiegło. Futro na plecach zjeżyło mi się, ale się dalej nie oglądałem.
Przyśpieszyłam nieco krok, Night była spokojniejsza. Ja od zawsze źle się czuję w takich miejscach.
A zwłaszcza jak prowadzi mnie podejrzany nieznajomy.
W końcu zobaczyliśmy światło. Kojarzyło mi się to ze światełkiem na końcu tunelu, ale… Wataha podobno jest w niebezpieczeństwie, a dla mojej watahy zrobię wszystko.
W końcu wyszliśmy.
- Dzięki za pomoc przy wyjś... – nie dokończyłem, bo jego już nie było. – A to dziwny typek!
Zobaczyliśmy naszą watahę.

Night?

Od Arashine: Wspomnienia

- Kari… Ona obroniła mnie i szczeniaki. Gdyby nie ona, już bym nie żyła - powiedziałam ze smutkiem. Szczeniaki cicho siedziały skulone w rogu jaskini. Chyba rozumiały powagę sytuacji. – Nie wiem co robić, nie znam się na zielarstwie, a reszta watahy jest zajęta. Co mam zrobić?! - zapytałam zdenerwowana.
- Ja zajmę się Kari, a ty opiekuj się szczeniakami - odpowiedział spokojnie basior.
Po tych słowach zabrał ranną wilczycę i udał się szukać pomocy. Zaczęły wracać wspomnienia… Moja ranna matka… Stos martwych wilków…To uczucie przerażenia i bezsilności... Nie chciałam, żeby to się powtórzyło. Stałam jak sparaliżowana. Nie potrafiłam przestać o tym myśleć…
Kto dokończy?

[dop. Autorki] Sorki, że tak krótko, nie mam za bardzo pomysłów. Tyle się dzieje, że nie ogarniam. xd

środa, 19 lutego 2014

Od Marchesy: Czy spotkam tu tych, których znałam, a którzy zginęli?

Wędrowaliśmy po pokrytych popiołem terenach. Zniknęły już ślady dawnej świetności rajskiego Świata-Po-Śmierci.
Mój towarzysz (dowiedziałam się, że ma na imię Triasim) zaczął opowieść.
- Najpierw Evilan pojawił się w Raju - tak, jak słusznie przypuszczaliście. Zapanował chaos. Stopniowo rozszerzał swoje wpływy. Zaatakował nie tylko Raj, połasił się także na zwykłą Krainę Wiecznych Łowów, gdzie może trafić każdy wilk.
- Rozumiem. A gdzie teraz jesteśmy? - zapytałam.
- Chcę ci pokazać Raj.
Aż się zachłysnęłam z zaskoczenia.
- Czy... czy nie jest on przypadkiem dostępny tylko dla wyjątkowych? - wykrztusiłam.
- Źle się wyraziłem. Wyjątkowi nie zasługują na takie ruiny... Właściwie z dawnego Raju nic nie zostało - westchnął ze smutkiem Triasim.
Wkrótce dotarliśmy do pokrytej sadzą, zapewne niegdyś złotej bramy. Nie była zamknięta. Jedno skrzydło zostało otwarte na oścież, drugie smętnie zwisało na jednym tylko zawiasie. Wyglądało to, jakby coś z dużą siłą wyważyło wrota. Już sam ten element dał mi pewne wyobrażenie o tym, co zobaczę...
Co z tego, co zobaczę! Poznam to, czego tak ostatnio szukałam, i co? Nic! Nie żyję. Moja walka się skończyła. Już nigdy nie zobaczę siostry. Nie spotkam tu także rodziny, która zginęła w obławie. Chociaż może? Może ich dusze przetrwały, nie strawił ich ogień demona?
Nadzieja przysłoniła poczucie totalnej beznadziei. Pewnie przekroczyłam próg.
Faktycznie Raj już nie był tym, czym był kiedyś.
To było... pustkowie. Bezkresna, szara przestrzeń, nad którą unosiła się mgła. Ciche miejsce. Czasem w oddali zamajaczyła samotna sylwetka ocalonej duszy.
- Czy ci, którzy zginęli tu, wrócą? - zapytałam bez większych nadziei.
- Nie wiem. Stracili już ciało. Kto wie, jak jest stracić resztę? Nic już nie zostaje - odpowiedział Triasim.
Zawiesiłam na nim rozczarowane spojrzenie. A potem pobiegłam we mgłę. Nie wiem, jak długo wędrowałam, bezskutecznie nawołując kogoś znajomego. Euterpe, rodziców, Chevera, Shadow. Waydacka i Reniemiasza. Cheryll, Maxa, Victorię. Tak wielu spodziewałam się tu kiedyś spotkać. Im dłużej bezowocnie szukałam, tym coraz większy żal zaczął mnie ogarniać.

Od Blue: Rodzeństwo #7 Pokonany

- Ortanusie! - krzyknąłem potężnie.
Wszyscy zamarli. W tej samej chwili rzuciliśmy się na siebie. Po dłuższej walce przygwoździłem mojego przeciwnika do ziemi.
- To za Ryana...
- Alfa nie żyje... - przerwał mi Mroczny.
- ... i Ches! - dokończyłem i rozszarpałem mu gardło.
- Ojcze! - krzyknął Seloco i zaczął biec na mnie z nienawiścią w oczach.
Reicher rzucił się na niego i udusił.
- To za moją jedyną ciocię.
Cały Mafis pokłonił się swojemu nowemu przywódcy.
- Odalis... Muszę iść odnaleźć matkę - powiedziałem do zrozpaczonej Bety.
- Nie odchodź. Poczekaj na pogrzeb... Jutro wyruszycie. Proszę.
- Odalis. Ja wiem, jak to jest stracić kogoś bliskiego. Twoja siostra jest teraz w lepszym świecie. Kiedyś się spotkacie... Ja też kiedyś spotkam Ryana...
- Ty nie rozumiesz! Ja jej nie spotkam już nigdy! Jestem nieśmiertelna i nie mogę umrzeć! NIGDY JEJ NIE SPOTKAM! - I pobiegła.
Poszedłem do kryjówki, w której ukrywała się Kari ze szczeniakami. Gdy wszedłem do kryjówki, zobaczyłem krew. Kari leżała na zdrowym boku nieprzytomna, a z drugiego powoli sączyła się krew. Spostrzegłem na ziemi nieżywego wilka.
- Arashi, co się stało? - spytałem nową wilczycę. 

Arashi?

Od Vii: Ynii i Ami, cz. 13 Uśmiech


Uśmiech. Kim byśmy bez niego byli?
No, bo przecież każdy potrzebuje się czasami uśmiechnąć.
Życie nie jest złe. Podoba mi się, że ktoś rzekł "Carpe Diem", no, bo czemu nie?
Po co gościć w życiu ciągły smutek? No hej, przecież nie jest źle!
W każdym małym czy dużym życiu jest radość.
Miłość, rodzina, spełnienie. Czyż nie idealna trójka?
Lecz czym są w porównaniu z cierpieniem? Cierpieniem, które rwie serce i duszę?
Ale życie jest ulotne. Cienka nić przecież może być przerwana w każdym momencie.
A jednak pomimo to trzeba się uśmiechać. Czasami do złej gry.
No, ale istnieje też dobry uśmiech.
Radosny, kojący i, no, taki z miłości...
 
*

Dlatego w tej chwili, pomimo, że Ynii była nieźle pogruchotana, to uśmiechałam się.
Miłość zaczynała zawitać w tych małych, delikatnych stworzeniach. W sumie to powinnam być smutna. No, bo Shayres dojrzewa. Ale po co? Nie będę udawać, że da się od tego uchronić. A zawsze perspektywa szczęścia swoich dzieci jest, no... RADOSNA!
 
*

- Pomożemy jej? - spytał Shayres ze łzami szczęście.
- Royal, wiesz, co robić - powiedziałam.
Mój partner kiwnął głową i szybko byliśmy u szamana. Zauważyłam, że nie tylko mi udziela się radosny humorek.
-Karibu ją podeptały - odparłam spokojnie.
Exalios od razu zaczął czegoś szukać. Widziałam jak patrzy po kolei po półkach i szuka butelki.
- Wypij - powiedział podając jej fiolkę.
Ynii skrzywiła się, ale potulnie wypiła niezbyt smaczny płyn. Od razu zaczęła wyglądać lepiej. No i dziwne by było, gdyby nie była radosna!

Royal? c;

Od Exaliosa

Położyłem łapę na ciele Ryana i zamknąłem oczy...
 Odalis, Blue z rodziną i Kari, Unriva... Ach, przecież ona nazywa siebie teraz Neafel... Oni wszyscy poszli tropem Mafisu i Ortanusa, aby zrobić im tak zwane "plecy".
Ja miałem bezpiecznie teleportować siebie i ciało Ryana do watahy, aby po walce odprawić mu pogrzeb, na jaki zasługuje.
...i po chwili pojawiłem się koło kogoś z watahy.
- Skoro zaczęłaś rozmowę, to do ciebie należy pierwsze słowo... - usłyszałem.
Chrząknąłem.
- Ou... Exalios? Co ty tu robisz? - zdziwił się Mroczny.
Navi nie wyglądała na mile zaskoczoną. No tak, ostatnio się kłócili... Pewnie przerwałem im ważną rozmowę.
- Mroczny, czy nie zaatakowali was przypadkiem? - zapytałem Gammę.
Samiec pobielał.
- Exaliosie... Marchesa... Ona... - wydusił.
Nie dokończył. Nie dane mu było, abym dowiedział się tego teraz. Zza głazu wyskoczył chudy, czarny wilk. Chciał zabić Mrocznego, ale dzięki refleksowi Navi jej partner nie doznał żadnego uszczerbku na zdrowiu.
Zawyłem na alarm. Mafis znów zaatakował.
Nie dbali już o to, że wszyscy wiedzą o ich obecności. Widać zmieniły się ich rozkazy. Tu już nie chodziło o Kari, chodziło o całą watahę.
- Arashine! - zawołałem najbliższą mi wilczycę. - Biegnij szybko ze szczeniakami, prosto, nie oglądaj się! Po drodze spotkasz kogoś, kto ci pomoże!
Przerażona samica kiwnęła tylko głową i pobiegła po młode. Oby Odalis ją znalazła i pokazała drogę do kryjówki... Nie chcę, aby moje dzieci tak szybko umarły.
Przyłączyłem się do walki. Zadawałem rany wrogom i leczyłem przyjaciół, ale tak naprawdę szukałem wzrokiem jednej osoby.
A tak dokładniej smoka.
Wreszcie go ujrzałem. Leciał na niebie, a jego cień doskonale odbił się w świetle księżyca. Wilki zadrżały z trwogi. Ci najbardziej wysunięci na zachód zaraz poczują, jak to jest zostać pieczenią...
Blask ognia oślepił mnie na chwilę. Przewróciłem się o coś.
- Odalis? Dobrze, że jesteś... - szepnąłem.
- Ortanusie! - krzyknął Blue.
Zamarliśmy.
Odalis odwróciła łeb i mnie zobaczyła.

Odalis? :3

Od Night

- Jak chcesz, możesz ją zjeść - powiedziałam.
Ajax ugryzł ją, a z jej wnętrza wylało się coś zielonego i bardzo śmierdzącego.
- Albo wiesz co, może jednak zostawię ją w spokoju.
I poszliśmy dalej. Nagle momentalnie zrobiło się zimno, a nawet po pewnym czasie lodowato. Po plecach przebiegł mi dreszcz.
- Nie bójcie się - ktoś powiedział i z zakrętu wyłonił się wilk.
Czułam przy nim coś dziwnego, jakby mroczną energię. Chyba zauważył, że mu się przypatruję, bo powiedział:
- Tak, klątwa, ale teraz o niej nie mówmy. Wasza wataha jest w niebezpieczeństwie. Zaprowadzę was do nich, musicie im powiedzieć, że on ma słabość.
- Jaką - wyrwało mi się, choć nie nie wiedziałam, o czym mówi.
- Jego partnerkę, tylko ona może go zabić. Chodźcie za mną...

Ajax

Od Mrocznego

Patrzyłem się w przestrzeń, nie reagując na nic co działo się dookoła mnie. Ledwie zauważyłem pojawienie się Navi. Zacisnąłem pysk z całej siły, tym samym powstrzymując się od westchnięcia. Nie do końca rozumiałem, dlaczeto tak reaguję na obecnośc swojej partnerki, ale nie miałem ochoty nad tym rozmyślac. W mojej głowie nadal miałem obrazy z wczorajszego wieczora. Martwe ciało Marchesy leżące pomiędzy ostrymi kamieniami...
Dlaczego jeszcze nie powiedziałem o tym Navi? Powinna wiedziec, przecież należała do teog samego stada co ja. Powoli pokręciłem łbem w odpowiedzi na swoje myśli. Jak na razie sam nie mogłem pogodzic się z tym co się stało, po co jeszcze martwic tym wszystkim Navi. Ale powinna wiedziec... Im szybciej jej to powiem, tym szybciej się z tym pogodzi. Przecież to nieuniknione...
Kłóciłem się ze swoimi myślami i nawet nie zauważyłam jak wilczyca przysunęła się bliżej mnie. Dopiero ciche chrząknięcie Mrocznego II przywołało mnie na ziemię. Delikatnie okręciłem łeb i kątem oka przyjrzałem się swojej partnerce. Widziałem, że coś ją gryzie, nie potrafiłem jednak stwierdzic, co to może byc. Znowu powstrzymałem się od westchnięcia i wbiłem wzrok w pustą przestrzeń przed sobą.
Stary, mówi do ciebie..., usłyszałem cichy głos Mrocznego II i o dziwo, usłyszałem w nim rozbawienie, które chyba chciał przede mną ukryc.
Poruszyłem się niespokojnie, strzygąc delikatnie uszami. W końcu zwróciłem ślepia na siedzącą obok mnie wilczycę. Znowu wróciła do mnie myśl, że Navi się tym martwi. Jednak zignorowałem ją, a potem lekko zmarszczyłem nos, patrząc na nią z pytaniem w oczach.
- O co chodzi?- mój głos zabrzmiał nieco zimniej niż się spodziewałem. Żeby złagodzic nieco sytuację, spróbowałem się uśmiechnąc. W rezultacie mój pysk wykrzywił dziwny grymas, w żaen sposób nie przypominający uśmiechu.
- Muszę z Tobą porozmawiac...- odezwała się w końcu po dłuższej przerwie. Po kolejnych kilku sekundach dodała, nieco mniej pewnym głosem.- O nas...
Zaskoczony zastrzygłem uszami, a moje serce zabiło nieco mocniej. Czyżby Navi żałowała tego co powiedziała? Momentalnie zapomniałem o moim gniewie na nią. Nawet obraz martwej Marchesy momentalnie zniknął z mojego umysłu. Teraz myślałem tylko o wilczycy, która siedziała u mojego boku. Wprost drżałem z niecierpliwości. Chciałem usłyszec co ma mi do powiedzenia.
- Acha...- zdołałem w końcu z siebie wydusic, gdy przypomniałem sobie, że mam głos.- To co chcesz mi powiedziec? Skoro zaczęłaś rozmowę, to do Ciebie należy pierwsze słowo- odezwałem się lekkim tonem, uśmiechając się do niej czule. Cieszyłem się jak szczeniak i chyba Navi udzieliło się moje szczęście, bo na jej pyszczku ujrzałem uroczy, delikatny uśmiech. Zaraz jednak zniknął i wilczyca ostrożnie otworzyła pysk, żeby powiedziec mi coś ważnego...

Navi??

Od Navi

Mroczny siedział na brzegu skały. Ostatnio był smutny. Przeze mnie. To ja wypaliłam z tym głupim pomysłem odejścia od watahy i to od tego wszystko się zaczęło.
Nie mogę na niego patrzeć. Serce mnie boli, że zrobiłam mu coś takiego. Jak mogłam? Jak mogłam zrobić mu coś takiego?
Ostatnio myślałam o początku naszej znajomości. Wtedy kiedy śmialiśmy się razem, kiedy samce zrobili kawał samicom, kiedy nawzajem wrzucaliśmy się do jeziora, kiedy powiedziałam, że ma serce tak wielkie, jak dojrzały pomidor, nasze pikniki, jak nawzajem robiliśmy sobie kawały...
Jestem okropna. Jestem potworem.
Meteoryt powinien na mnie spaść i wgnieść mnie w ziemię, ale najpierw powinnam konać wiele godzin.
Ogromny niedźwiedź powinien mnie zjeść, ale najpierw powinien rozpruć mi brzuch swoimi długimi, ostrymi pazurami i wyciągnąć mi flaki na wierzch.
Kocham go. Kocham go i dlatego tu zostanę. Razem z nim.
Powinnam go przeprosić. Muszę. Ale co jeśli mi nie wybaczy? Moje życie nie miało by wtedy sensu. Ale ma do tego prawo. Nie zasługuję, by mi wybaczył.
Podniosłam się powoli, przeszłam kilka metrów i usiadłam obok niego. Trąciłam go nosem, a on spojrzał na mnie swoimi smutnymi oczami zdezorientowany.
Jego oczy były tak smutne. Jak mogłam...
Wzięłam głęboki oddech, ale nie mogłam wykrztusić z siebie ani słowa.
Siedzieliśmy tak kilka minut. W końcu zdobyłam się na odwagę.
- Mroczny... - W sumie nie wiedziałam, co powiedzieć. Spojrzał na mnie niecierpliwie.

Mroczny, dokończysz?

Od Mrocznego

Co się ze mną dzieje?!
Przez większośc czasu krążyłem samotnie po terenach, na których teraz przyszło nam mieszkac. Nie za bardzo orientowałem się, gdzie co jest, ale im dłużej spacerowałem, tym mapa w mojej głowie stawała się kompletniejsza, aż w końcu znałem wszyskie najistotniejsze punkty w okolicy.
Było juz dawno po zmierzchu, ale mi nie chciało się spac. Zauważyłem, że zdarza mi się to coraz częściej. Zacząłem zmieniac się w wampira czy co? Jednak nie czułem palącej potrzeby picia krwi z każdego żywego stworzenia spotykanego na drodze, więc po długich rozmyślaniach zwyczajnie odrzuciłem ten pomysł. Co z tego, że Mroczny II zrobił to od razu, gdy tylko usłyszał o czym myślę.
Włóczyłem się bez celu po Zapadliskach, ostrożnie stawiając łapy. Tak naprawdę nie myślałem na tym, że muszę uważac. Byłem zwiadowcą, miałem to po prostu w krwi. Niebieskimi ślepiami sondowałem teren wokół siebie, starając się dostrzec cokolwiek, co mogłoby byc bezpośrednim zagrożeniem dla watahy. Jednak, mówiąc szczerze, nie spodziewałem się dzisiaj niczego dostrzec.
Gdyby nie Mroczny II nawet nie usłyszałbym wycia Marchesy.
No i na co czekasz?, usłyszałem z lekka znudzony głos mojego niewidzialnego towarzysza.
Zatrzymałem się gwałtownie, podrywając łeb do góry. Zacząłem rozglądac się dookoła, powoli przesuwając głowę na wszystkie strony. Uszy postawione na sztorc lekko drgały, gotowe wyłapac chocby najcichszy z dźwięków. Uparcie starałem się dostrzec to, co zwróciło uwagę Mrocznego II. Po jakiś dwóch minutach poddałem się.
O co ci znowu chodzi?!, warknąłem z wściekłością. Oczywiście w myslach, bo nadal nie miałem pewności, czy cos nie czai się na mnie wśród ostrych kamieni. Mroczny II westchnął głośno, żeby pokazac mi swoje zniecierpliwienie i znudzenie całą tą sytuacją.
Przez chwilą twoja Alfa wyła z prośbą o pomoc. Pewnie liczyła na to, że to ty tam pobiegiesz, ale widząc twoje zaangażowanie, raczej w to watpię...
Błyskawicznie odwróciłem się i pognałem w stronę, z której przybyłem, tym samym urywając wypowiedź Mrocznego II. On przestał się odzywac, ale wyczułem, że na coś czeka. Tylko na co? Przestałem zaprzątac sobie tym głowę i po prostu pędziłem przed siebie. Dopiero po chwili zwolniłem nieco biegu, by w końcu zatrzymac się w miejscu.
Skąd dokładnie dobiegło cię wycie Marchesy?, zapytałem mojego towarzysza, starając się zachowac lekki ton głosu. Tak naprawdę to wiedziałem, że Mroczny II zrobił to specjalnie. Jak on lubił byc tym niezawodnym...
Biegnij w ta stronę..., mruknął z wyraźnym zadowoleniem w głosie, na chwilę przejmując kontrolę nad moim ciałem. Nakierował mnie na właściwy trop, a następnie skrył się w cieniu mojego umysłu czekając aż ponownie swój bieg.
Mój czarny kilkakrotnie przeciął powietrze, dając tym samym ujście energii, która rozpierała mnie od środka. Starałem się nie pokazywac jak bardzo zaniepokoiła mnie wiadomośc od Alfy. Wolałem, żeby Mroczny II o tym nie wiedział. Nie zwlekając ani chwili dłużej rzuciłem się do przodu, pokonując Zapadliska długimi susami...

~~~~

Jeszcze nim ją znalazłem wiedziałem, że stało się coś złego. Kluczyłem między ostrymi kamieniami z nosem przy ziemi, podażając za słabo wyczuwalnym zapachem Alfy. Wokoło mnie było nienaturalnie cicho. Mimo to moje uszy poruszały się bezustannie, czekając na jakiś odgłos świadczący o obecności w pobliżu poszukiwanej przeze mnie wilczycy. Jednak niczego takiego nie usłyszałem. Gdy niechcący potrąciłem przednią łapą kamień, który potoczył się po ziemi z dudniącym odgłosem, gwałtownie się zatrzymałem, szybko łapiąc powietrze w płuca. Jaki byłem zaskoczony, gdy okazało się, że to ja jestem sprawcą tego hałasu. Mruknąłem coś sam do siebie, a potem ponowniłem wędrówkę.
Zobaczyłem ciemny kształt spoczywający nieruchomo na ziemi. Odruchowo zatrzymałem się, delikatnie przechylając łeb z zaciekawieniem. To nie był kamień, tego byłem pewny. Jednak nie potrafiłem stwiercic co takiego leżało kilka metrów ode mnie. W końcu pchany ciekawością postapiłem kilka kroków przed siebie, nie spuszczając wzroku z ciemnego kształtu. Gdy w końccu udało mi się rozszyfrowac co tak właściwie lezy przede mną, ścisnęło mi się serce.
Błyskawicznie rzuciłem się do przodu, strzygąc uszami. Bez wątpienia była to Marchesa. Mogłoby się wydawac, że spała, ale jakoś nie wierzyłem w to. Dostrzegłem kilka ran na jej ciele, jednak były one zbyt małe, żeby spowodowac śmierc. Ale taka była brutalna prawda. Alfa nie żyła, a ja zostałem sam z całym stadem na głowie...

~~~~

- Co robic? Co robic?- mruczałem sam do siebie, chodząc w kółko w pewnym oddaleniu od ciała Marchesy. Serce biło mi jak szalone, nie potrafiłem tego opanowac w żaden sposób. Mroczny II nie kwapił się, żeby mi pomóc. Z resztą, czego ja się spodziewałem.
Zatrzymałem się i jeszcze raz spojrzałem w stronę nie żyjącej Alfy. Nie mogłem przestac na nią patrzec, mimo iż ten widok ranił mi serce. Nie wiedziałem co mam zrobic. Gdyby chociaż była ze mną Odalis... Ona mogłaby mi cos poradzic...
W końcu zdecydowałem się zabrac ciało Marchesy do legowisk. Przecież nie mogłem jej tu tak po prostu zostawic! Podszedłem do niej ostrożnie, a potem zarzuciłem sobie ją na grzbiet. Była taka lekka... Bez większego wysiłku wyprostowałem się na łapach, a potem lekkim truchtem ruszyłem w stronę miejsca, w którym stacjonowało obecnie nasze stado. Cały czas kontrolowałem, czy ciało wilczycy nie zsuwa mi się z grzbietu.

~~~~

Ułożyłem delikatnie ciało Alfy w jej własnym legowisku. Było tu raczej chłodno, więc jak na razie ciało mogło tu spokojnie leżec. Westchnałem cicho, a potem wyszedłem przed grotę i rozejrzałem się dookoła. Nikogo nie zauważyłem. Wiedziałem, że będe musiał powiedziec Odalis o śmierci jej siostry. Bałem się tego, ale wiedziałem, że nie moge przed tym uciec. 
Na myśl o Becie, coś nagle zaświtało mi w głowie. Przecież Marchesa miała opiekowac się szczeniakami Odalis. A one teraz były same! Bez chwili zastanowienia ruszyłem w stronę legowiska Bety, starając się przywołac na pysk usmiech. Przecież nie mogłem wystraszyc młodych...
Wkroczyłem do groty pewnym krokiem i od razu ujrzałem trzy małe kuleczki leżące w głębi legowiska. Uśmiechnąłem się z trudem, a następnie ostrożnie do nich podszedłem. Ułożyłem się obok nich, żeby dac im chociaż trochę ciepła. Nie wiedziec czemu, w tym momencie pomyślałem o Navi. Potrząsnąłem łbem, szybko pozbywając się obrazu partnerki z myśli. Ułożyłem wygodnie łeb na przednich łapach i przymknąłem oczy. Już po chwili smacznie spałem, czując maleńkie ciałka szczeniaków tuz obok siebie...

Od Odalis

Zapadło milczenie. Przerwała je brutalnie Neafel.
- Będziemy tu stać i gapić się na zmarłego, czy uciekniemy?
Rozwiązaliśmy rodzeństwo. Exalios zadeklarował, że przeniesie Ryana do watahy, aby odprawić mu należyty pogrzeb.
- Zaraz.. Dlaczego tu jest tak mało strażników? - zapytałam.
- Poszli zaatakować watahę. Myślą, że tam jest Kari. Chcą cię zabić - ostatnie słowa Blue skierował do partnerki.
Spojrzeliśmy wszyscy po sobie. Jak dobrze, że Kari poszła z nami!
Decyzja zapadła szybko.

*

Przedzierałam się przez tłum walczących. Od kogoś dowiedziałam się, że atak z zaskoczenia nie wyszedł Mafisowi i przeobraziło to się w bitwę. Z powodu panujących ciemności ktoś pomylił kogoś innego z Kari i się potoczyło.
A Kari siedzi bezpiecznie ze szczeniakami i Arashine w kryjówce, którą niegdyś pokazała mi Neafel, pomyślałam.
- Ortanusie! - krzyknął potężnie Blue.
Wszyscy zamarli.

Blue?

Od Shante: Koniec

Rozmawiałam z Dragonlym, kiedy nagle instynkt dawał mi znać, że ktoś już biegnie mi pomóc.
- Em, Dragonly... - zaczęłam.
- Tak, Shante? - spytał.
- Poczekaj, muszę gdzieś iść.
- OK - odpowiedział.
- Dzięki. - I poszłam.
Poszłam do miejsca, skąd przyszłam i już widziałam Flonesa i jakieś dwie wadery i pobiegłam, gdy nagle znienacka wyskoczył jakiś strażnik.
- Uważaj! - krzyknęły.
Ja swoją niesamowitą zwinnością ominęłam strażnika.
- Wracaj! - warknął strażnik.
- Nie! - stałam się niewidzialna.
- To trudno! - warknął i zmierzał w stronę wader, lecz ja mu podłożyłam łapę i padł, a ja przestałam używać mocy niewidzialności, lecz niestety strażnik miał moc telepatii i po chwili przyszło takich siedmiu! Jeden z nich porwał Flonesa, a reszta nas otoczyła. Stanęłyśmy plecami do siebie.
- Co robić? - spytała jedna z nich.
- Już chyba wiem - powiedziała druga i zaczęła przywoływać wiatr wokół nas, tworząc barierę.
- To ich powstrzyma? - spytałam.
- Tak - otrzymałam w odpowiedzi. - Nie mają co zrobić.
Jednak jeden z nich dorzucił swoje "trzy grosze", ponieważ zaczął strzelać wodą w barierę, ale to nic nie dało.
- Już... Dłużej nie mogę - mówiła ta, co wytworzyła ten wiatr i po chwili bariera znikła, a woda się rozlała, a stwórca "jeziorka" zamienił wodę w żywiołaki wody, które nas chwyciły za łapy.
- Ej, mam pomysł - powiedziała jedna z nich i kopnęła żywiołaka, po czym użyła ognia i zamieniła go w powietrze, dzięki, któremu ta druga miała je pod kontrolom. Gdy one pokonywały żywiołaki, ja w tym czasie starałam się uratować Flonesaa. Gdy wilczyce pokonały potwory zaczęły walczyć z całą resztą. Nagle usłyszałam krzyk:
- Arashine! - Jedna z nich padła i po chwili druga.
- Shante!
Później Flones, a na końcu ja...

~ ♠ ~
Obudziłam się przy Dragonlym.
- Dragonly? - wymamrotałam.
- Tak?
- Gdzie Arashine i Lavionia!? - gorączkowałam się.
- Spokojnie - uspokoił mnie - to był tylko zły sen.
Spojrzałam się na moje futerko i w jednym miejscu dostrzegłam ślady krwi.
- To nie był sen - wstałam.
- Był - upierał się przy swoim.
- To jak wytłumaczysz to?! - wskazałam na ranę.
On tylko westchnął i powiedział.
- No, dobra, to nie był sen. Dostałyście strzałką paraliżującą.
- A gdzie Arashine? Gdzie Lavionia? - dopytywałam się.
- Zaraz przyjdą, jak Alfa namaluje im coś, jakieś krechy czy coś.
Ja na to sobie poszłam.
- Shante, gdzie idziesz?
- Do Lavioni i Arashine! - krzyknęłam i pobiegłam.
Jednak wader tam nie było... ale zaraz, zaraz.. jestem tu Deltą!
Pobiegłam do strażnika (tego, co sprawił, że powstały żywiołaki).
- Gdzie jest Flones? Gdzie te dwie wadery? - spytałam.
W odpowiedzi otrzymałam:
- Flones jest u Migreny, a te dwie stawiały zbyt wielki opór i kazaliśmy, aby opuściły teren - spokojnie mówił.
- Co?! - byłam w szoku i zaczęłam biec w stronę watahy, jednak spotkałam Huntera.
- Co robisz? - spytał sarkastycznie.
- Uciekam! - odparłam.
- Nie uciekniesz - odparł blokując mi drogę.
- Czemu? - zapytałam.
- Nie czas na głupie pytania.
- Hunter... Ja cię w ogóle nie poznaję, kiedyś byłeś inny, pełen szczęścia i chęci do zabawy, a teraz zmieniłeś się o 180 stopni!
- Nie mów tak.
- Ale Hunt... Uważam, że jesteś jakiś inny.
- No i?
- No i to, że ja sobie idę - mówiłam omijając go.
On stał tam patrząc jak odchodzę, czyżby wreszcie do niego dotarło?
- Shante! Zaczekaj! - podbiegł do mnie.
- Hm?
- Mogę iść z tobą?
- Dobra.
- Ale tylko cię odprowadzę - dodał.
- A czemu nie zostaniesz? - spytałam.
- Nie martw się - powiedział. - My się jeszcze spotkamy.
Hunter odprowadził mnie do watahy, a jeżeli chodzi o Flonesa... Otóż on tam został, gdyż okazało się, że Migrena była jego matką, jakież to cudne, że odnalazł swoją matkę! Z drugiej strony jestem teraz samotna... Ale po powrocie do watahy poszłam razem z Lavionią i Arashine pospacerować. Czemu Hunt nie został? Nie wiem, a czy jeszcze się spotkamy to jakoś słabo w to wierzę, ale dobra. Co z Dragonlym? Otóż niech żyje dobrze, chociaż muszę powiedzieć, że chyba złamałam mu serce, bo nie jeden raz próbował ze mną flirtować... to ta ja chyba nie wiem, czy wam powiem, chyba niech pozostanie to dla mnie tajemnica. I teraz życie toczy się dalej...

Od Ryuukiego

Było już późno, ale nie mogłem zasnąć wiercąc się z boku na bok. W końcu wstałem i postanowiłem, że przejdę się kawałek w stronę pobliskiego jeziorka.
Całkiem sporo wydarzyło się od mojego dołączenia. Nie chciałem jednak teraz o tym myśleć. Wciąż nie czułem się akceptowany, wiele wilków zwracało się do mnie z pogardą i lekceważeniem. Przywykłem do takiego traktowania, jednak to wciąż przypominało mi o przeszłości, o której wolałbym zapomnieć. Vell...
Stanąłem przed małym akwenem i spojrzałem na odbijający się w wodzie księżyc. Idealna cisza, kompletny brak wiatru. Usiadłem nad wodą i zwróciłem wzrok ku niebu i milionom gwiazd. Chciało mi się płakać, tęskniłem za Vell. Za jej głosem, poczuciem humoru i miękkim futrem, w które zawsze mogłem się wtulić. Ciekawe czy ona też za mną tęskni. Wątpię, kiedy widziałem ją po raz ostatni, nie chciała nawet ze mną rozmawiać. Wciąż nie wiem, co zrobiłem źle. Byliśmy naprawdę zżyci, teraz nie mam już nikogo. Czy dołączyłem do tej watahy tylko po to aby załagodzić ból i wypełnić pustkę?
Cicho stąpałem w stronę małego wzgórza. Nie wiem co mnie wtedy podkusiło abym poszedł dłuższą drogą. To było bezsensowne. Usłyszałem minimalny szelest z mojej prawej. Cofnąłem się i wskoczyłem w krzaki. Brak wiatru spowodował, że nie wyczułem postaci, podobnie jak i ona. Wilk rozejrzał się dookoła i zaczął iść dalej. Nie rozpoznałem go, więc postanowiłem go śledzić. To nie w moim stylu, ale tej nocy coś mną kierowało. Po kilku minutach postanowiłem odpuścić. Odwracając się zauważyłem Marchesę. Nie byłem pewien czy to ona, było ciemno, w dodatku co miałaby tu robić Alfa. Pomimo tego ponownie zwróciłem się w stronę tajemniczego wilka. On również się zatrzymał. Nigdy nie widziałem, aby ktoś tak cicho i szybko się skradał. Chciał ją zaatakować? Pod impulsem zacząłem biec w stronę Alfy. Zatrzymałem się dwa metry, było już za późno. Obcy rzucił się na nią. Stałem jak sparaliżowany. Nie potrafiłem ruszyć się z miejsca. Nagle Alfa wyszarpała się i krótko zawyła. Czy jej wołanie było skierowane do mnie? Wołała mnie o pomoc? Gorączkowo rozglądała się dookoła. Nagle nasze oczy się zetknęły. Zadrżałem wciąż nie mogąc chociaż zawołać o pomoc. Marchesa przymknęła oczy, a jej ciało przestało się ruszać.
- Niech to! - mruknął wilk, po czym uciekł. Powoli wyszedłem z odrętwienia i pobiegłem do ciała Alfy. Przewróciłem ją na drugi bok. Nie oddychała. Miała kilka ran, ale nie to było powodem śmierci.
Nagle dotarło do mnie, że Marchesa nie żyje. Została zabita. Zakręciło mi się w głowie. Usłyszałem jak ktoś biegnie w naszą stronę. Szybko uciekłem z miejsca zostawiając martwą Alfę samą. W pewnym momencie potknąłem się o jakiś korzeń i upadłem. Nie miałem siły by wstać.

wtorek, 18 lutego 2014

Od Marchesy: Poszukiwania demona tam, skąd nikt dotąd nie wrócił

Wieczorna cisza i chłód. Szczeniaki wtulone w futro. Słyszę spokojny oddech Asminka, Fairy i Romairiego.
Dotąd patrzyłam tępo w szare niebo ponad krawędziami kanionu, a teraz przeniosłam wzrok na Fairlyn. Uśmiechnęłam się. Kochałam te wilczątka niemal tak jak ich matka. Może dlatego, że ja sama nigdy nią nie byłam.
Fairlyn kogoś mi przypominała...
Była bardzo podobna do Odalis. Nie tylko z charakteru - obie ceniły sobie niezależność - ale i z wyglądu. Wspomniałam z przyjemnością lato sprzed dwu laty, początki w Dolinie. Wspólne zabawy, polowania z Exaliosem.
Był z nami ktoś jeszcze, tylko kto? Przymknęłam oczy. No jasne, Cheryll!...
Drgnęłam. Ogień, krzyk i rozpływająca się we mgle sylwetka.
Tak, zapomniałam już o tym, co kiedyś mi się śniło. Pozwoliłam sobie odpuścić całą historię z Evilanem, a ona się jeszcze nie skończyła. Zawsze to tak wygląda, że rozpamiętuję to, co minęło, czego już nie cofnę. Wkrótce potem przestałam walczyć i zapomniałam. Pozwoliłam, by demon wygrał.
Spojrzałam na szczeniaki w gasnącym świetle dnia.
Dość. Nie zostawię tak tego.
Ostrożnie podniosłam się, by nie obudzić szczeniąt. Zrobiła krok i zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie wiem, gdzie iść. Ostatni trop urywa się w Zaświatach, a przecież nie miałam jeszcze zamiaru umierać, by to sprawdzić.
Może ktoś, kto często ma styczność ze śmiercią, może coś o tym wiedzieć. A Odalis ostatnio coś wspominała o skrytobójcach. Może ofiary coś wspominały przed śmiercią o tym, że widzą ogień? To byłaby istotna wskazówka.
Pójdę do Mrocznego, powiem, że ma się zająć watahą i pójdę szukać Odalis, a może po prostu wyślę łącznika z informacją, żeby wyciągnęła jakoś tę wiedzę od skrytobójców? Ruszyłam szukać.

*

Wciągnęłam w nozdrza zapach. Byłam już blisko Mrocznego, niemal widziałam w czerni drogę do niego. 
Trzasnęła gałązka i odruchowo skoczyłam w bok. Tam, gdzie przed chwilą stałam, pojawił się obcy. Błyskawicznie ponowił atak, tym razem przygważdżając mnie do ziemi. Nie straciłam zimnej krwi, wyszarpnęłam się z uścisku, odskoczyłam i zawyłam donośnie... a raczej próbowałam, bo moje wołanie zostało zaraz zdławione. Napastnik zaczął dusić.
W umyśle kotłowały się myśli: to ci skrytobójcy, Mafis. Mroczny musiał usłyszeć moje wezwanie, był przecież blisko. Dzieci Bety w niebezpieczeństwie. Brakuje powietrza...
Zabawne, jednocześnie wierzgając i szarpiąc się, gorączkowo rozmyślałam o tym, że słyszałam wiele o tego typu grupach, do której należał mój wróg. Wyszkoleni, by szybko zabijać i nie pozwolić na hałas. Jedno skiepścili. Czy drugie też?
Poczułam, jak krew pulsuje w czaszce i nie mogę złapać tchu. Świat zawirował. Wpadłam w pustkę.

*

Leciałam w ciemności, aż w końcu miękko wylądowałam w jakimś tunelu. Wciągnęłam zapach w nozdrza. Otaczał mnie popiół. Delikatny pył wirował w powietrzu. 
- I co teraz? - powiedziałam sama do siebie. - Mam czekać, aż ten sen się skończy? Sama, w ciemności?
Rozejrzałam się bezradnie. Czułam niepokój. Wszystko było niezwykle wyraziste. Byłam świadoma każdego pyłka w swojej obecności. Sny nie są tak... odczuwalne. Są niczym mgła, chaotyczne obrazy znikają i pojawiają się. To czułam przed chwilą, wirując w pustce, a teraz - stojąc tu, w tunelu - odzyskałam jakby całą świadomość i czujność.
Na końcu dostrzegłam jakby źródło światła.
Co za ironia. Nigdy w to nie wierzyłam, a teraz to widzę.
Ruszyłam w stronę światła. Biegnąc dostrzegłam, że stoi w jego blasku jakaś postać. Czekała na mnie. Zwolniłam, zbliżając się do nieznajomego wilka. Spojrzałam niepewnie na niego. Czułam napięcie i skurcz w żołądku. Miałam wrażenie, że zaraz ten ktoś powie mi coś, w co sama dotąd nie mogłam uwierzyć. Uświadomi mnie. Nie chciałam tego.
- Czy ja...?
- Tak. Twoje ziemskie życie dobiegło końca, tak jak i moje - szepnął nieznajomy.
Tyle myśli na raz. Na dole została rodzina, przyjaciele. Po prostu totalny chaos. A z niego wyłoniła się jedna myśl i została mimowolnie wypowiedziana:
- Wszędzie jest popiół. Ognisty demon, Evilan... On tu jest?
- Nie ma go tu. Odszedł.
Tyle pytań do zadania, a ja idąc za nowym znajomym w stronę Zaświatów zastanawiałam się, które zadać wpierw. Co ze zmarłymi, z którymi walczył Evilan, nim odszedł? I dlaczego odszedł? Skąd popiół tu, w tunelu między Ziemią a Zaświatami, skoro demon miał dostać się jedynie do tego najwspanialszego miejsca, samego Raju, gdzie znajdują się tylko najszlachetniejsze wilki? I...
- Znam twoje myśli, Marcheso Anspeire - rzekł towarzysz. - Poznasz odpowiedzi na część ze swoich pytań. Nie śpiesz się. Mamy całą wieczność.
- Wiesz, jestem trochę podłamana - odparłam po chwili namysłu. - Czuję się trochę, jakby to był już koniec. Co z tego, że poznam odpowiedzi, jak walka już się skończyła. Już tego nie wykorzystam.
- Masz szczęście z tymi wojnami. Gdy Evilan hulał tu, ty żyłaś. Gdy odszedł znów nękać waszą watahę, jakiś skrytobójca się zapędził i nie upewnił się, że jesteś Kari, a potem już nie mógł zrobić nic innego, kiedy go nakryłaś...
- To mi nie poprawia humoru - rzuciłam kwaśno.
- Przepraszam. Ciągle zapominam, że nowi są zwykle nie w sosie do takich pogawędek. Zwykle wolą, żeby trochę im powspółczuć i się porozczulać - prychnął.
- Wiesz, nie miałam wiele czasu, by się pogodzić z własną śmiercią - zauważyłam.
- W porządku. Przepraszam.

Od Kari: Odsiecz, cz. 1

- Okey... - wycofałam się z dyskusji.
Zamek był już w zasięgu widzenia. Podkradliśmy się do głównego wejścia. Stały tam dwa wilki. Rzuciliśmy się na nie. Po chwili zostawiliśmy je - na ziemi, nieżywe. Wbiegliśmy do środka.
- Stójcie! Kari, masz moc czytania w myślach, tak? Dobra, zapytam się Blue, gdzie są, a ty przeczytasz mu to w myślach, OK?
- Spoko.
"Jestem w małej jaskini. Kierujcie się za ciepłem..." - pomyślał Blue.
- Dobra, już wszystko wiem. Jest w jakiejś jaskini, musimy kierować się tam, gdzie jest najgoręcej.
Pobiegliśmy. To było jak zabawa "ciepło - zimno". Musieliśmy dobiec do miejsca, gdzie było najgoręcej, do miejsca, które było naszym celem.
- Ej, chodźcie tu! - krzyknęła Neafel. - Znalazłam ich!
Przybiegliśmy do małej Unrivy, zwanej teraz Neafel. Wszyscy leżeli na ziemi związani. Nikt na nas nie zwrócił uwagi, nikt nas nie zauważył, nikt nie podniósł głowy... Byli zaślepieni smutkiem. Podeszłam do Blue'a i lekko go trąciłam nosem. Obrócił się.
- Co się stało?
- Ryan... 

Blue? O co chodzi?

Od Joy

- A ty, Shante?
- Ja... - nie dokończyła, bo w tym samym momencie podbiegła do nas Blace.
- Co ty tu robisz? - zapytałam zdziwiona.
- Chodźcie... Za chwilę wyruszamy...
- Dokąd?
- Nie mam pojęcia... - wysapała.
 Spojrzałam na Janessę.
- Nie martw się, Joy. Dam sobie radę.
- Na pewno?
- Tak.
Po chwili przytuliła mnie. Mam wyrzuty sumienia, że zostawiłam ją samą. Chociaż nie jest małym szczeniakiem i znałam ją bardzo krótko czułam się za nią odpowiedzialna - jak za własną siostrę, której nigdy nie miałam.
- Żegnajcie - szepnęła.
Do oczu napłynęły mi łzy. Jak ja nienawidzę się żegnać...
- Chodźcie - powiedziała zniecierpliwiona Blace.
Powolnym krokiem zaczęłam iść za wilczycami. W pewnej chwili zatrzymałam się i obejrzałam się za siebie - Janessy już nie było. Shante podeszła do mnie.
- Joy... Nie mamy czasu - powiedziała.
Kiwnęłam głową. Mam nadzieję, że nic jej się nie stało...

*
Dotarliśmy do Zapadlisk Udręczonych. Słyszałam, że często trwa tu trzęsienie ziemi, a nawet w niektórych miejscach grunt całkowicie się zapada. Cieszę się, że potrafię latać...

Od Odalis: Idziemy!

Skradaliśmy się. Ja, Neafel, Exalios i Kari, bo bardzo mnie prosiła.
Ostrzegłam Marchesę, żeby była gotowa na atak. Został z nią Hirik i Dangerous.
Powoli docieraliśmy do twierdzy ojca Blue'a - Ortanusa, przynajmniej pod takim imieniem znała go Neafel.
- Jaki jest plan? - zapytała Kari.
- Wbijamy im do zamku, uwalniamy Blue'a i jego rodzeństwo, ich matkę, zabijamy Ortanusa i uciekamy, a wszyscy, którzy mogą nam przeszkodzić, mają zostać unicestwieni - powiedziała Neafel.
- Okey... - Kari wycofała się z dyskusji.
Zamek był już w zasięgu widzenia.

Kari, Exalios, Blue? Brak weny... ;-;

Od Mrocznego

Co chwila byliśmy w nowym miejscu. Jakoś nie potrafiłem się do tego przyzwyczaic. Nikomu o tym nie powiedziałem, ale skrycie marzyłem, żeby wrócic do Magicznej Doliny. Teraz było to praktycznie nie do wykonania.
Ostatnimi czasy czułem się jakoś gorzej. Zaniedbałem swoje obowiązki Gammy wobec stada. Navi odsunęła się ode mnie. W głowie nadal miałem wspomnienie jej propozycji o odejściu z watahy. Ona była pełna nadzieji, chciała żebym się zgodził. Ale ja odbierałem to nieco inaczej. Miałem dośc samotniczego trybu życia. Wolałem przynależec do jednego stada. Tutaj czułem się jak w domu, miałem rodzinę, która się o mnie troszczyła, na którą zawsze mogłem liczyc...
Była zła. Powiedziała nawet, że ją zdradziłem. Zaczęła wyrzucac wszystko co myśli o stadzie, o tym, że to już nie jest to samo co wcześniej. Zabolało... Nawet chciałem ulec jej namowom... Byle tylko wróciła ta dawna Navi... Ale jakiś głosik w mojej głowie (możliwe, że był to Mroczny II) podopowiedział mi, że nie warto. Dlatego jej się postawiłem. Dlatego postanowiłem, że wolę pozostac wierny stadu, niż jej.
Jak na razie Navi pozostała w stadzie. Jednak coś podpowiadało mi, że już niedługo wilczyca zniknie z mojego życia. Wmawiałem sobie, że zostanie, napewno ze mną zostanie. Ale teraz, gdy na nią patrzę, nie widzę tej wilczycy w której kiedyś się zakochałem. Nie rozumiem do końca, co zrobiłem źle. Kiedy wszystko się popsuło... Mroczmy II stwierdził, że nie powinenem się nią przejmowac... Że nie jest mnie warta... Kiwałem wtedy głową, ale myślałem co innego. Ale czy Mroczny II musi o wszystkim wiedziec?

Wyniki konkursu "Opisz je"!

A oto i wyniki konkursu!

Każdy, kto napisał pracę, został nagrodzony:

Kari 12 Punktów
Via 12 Punktów
Shante 12 Punktów
Nesso 9 Punktów

Nie obiecujemy, że opisy już oficjalnie pojawią się w niezmienionej formie w mapce - trochę zedytujemy tekst, aby miał ładniejsze brzmienie i ewentualnie dopiszemy jakieś drobiazgi.

Gratuluję!

Z Zapadlisk pozdrawia Was Beta Odalis
której udało się opisać tę okolicę.

Od Blue'a: Rodzeństwo #6,5 Rozmowa z ojcem

Weszliśmy do wielkiej jaskini. Wtedy go zobaczyłem. Był cały czarny, miał wiele ran na ciele oraz czerwone oczy. Na łapach i na szyi miał bandaże.
- Gdzie mój brat?! - Veroni wyrwała się z szyku i popędziła ku naszemu ojcu.
Gdy była blisko niego, pnącza przyczepiły ją do ściany jaskini. Zaskomlała cicho, ukrywając swój strach i ból.
- Czego chcesz? - zapytałem.
- Waszej śmierci w cierpieniach! - odpowiedział.
Do jaskini wszedł Seloco.
- Synu, dobrze się spisałeś - powiedział mój ojciec. - Jak mogliście uwierzyć, że mój syn tak łatwo się poddał? Moje dzieci tak szybko się nie poddają. Chyba sami wiecie. Czego chcesz, Sel?
- Co mam zrobić z tym z żywiołem ziemi?
- Przyprowadź go.
Wszyscy patrzyli, jak Seloco wychodzi z jaskini. Po chwili mój ojciec rzekł wskazując na Veroni:
- Zabiję ją, chyba, że...
- Chyba, że co?
- Chyba, że powiecie mi, gdzie znajduje się wilczyca o imieniu Kari.
- Po co ci to? - wrzasnąłem przestraszony.
- Wiesz synu... Jesteśmy skrytobójcami. Orkus dużo zapłacił mi za jej śmierć... Wiesz w ogóle, kto to Orkus?
- Tak.
- No więc znasz Kari, prawda? Mów, gdzie ona jest, bo twoja siostra zginie.
- Nie zabijesz własnej córki!
- Na pewno...?
Skinął do wilka, który stał po jego prawej. Pnącza od razu puściły, a moja siostra spadła na ziemię pod nogi mojego ojca. Skinął jeszcze raz i pnącza znowu owinęły moją siostrę i zaczęły się zaciskać coraz mocniej.
- Stój! - krzyknąłem. - Powiem ci, gdzie ona jest!
Pnącza opadły bezwładnie na ziemię. Veroni podczołgała się do nas.
- Gdzie ona jest?!
- W... W... W Zapadliskach Udręczonych.
- Świetnie! Wyruszamy jutro z samego rana! - orzekł mój ojciec.
- Zdradź chociaż swoje imię! - krzyknąłem.
- Jestem Ortanus White Moon!
Przyszedł Seloco, ciągnąc za sobą coś, co wyglądało jak ciało. Wtedy zobaczyłem ślady krwi za moim bratem. Sel zaciągnął go pod łapy Ortanusa.
- Zrobiłeś to, co ci kazałem? - zapytał ojciec.
- Tak.
- Dobrze. Weźcie go sobie, już mi nie jest potrzebny.
Podbiegłem i przyciągnąłem Ryana do miejsca, w którym stało moje rodzeństwo. Położył się na boku, a w okół niego robiła się wielka plama krwi.
- Ryan! - mówiła Liv. - Nie odchodź. Nie odchodź.
- Pomścijcie mnie. Proszę. Zróbcie to dla mnie...
- Ryan! Nie!
Otoczyliśmy ciało mojego brata. I położyliśmy głowy na ciele mojego zmarłego brata. Ktoś mnie odciągnął od niego i związał pnączami i zaciągnął do jakiejś małej jaskini. Obok mnie leżało moje rodzeństwo - oprócz Ryana. Zaczęło być strasznie gorąco.